czwartek, 4 marca 2021

Lis porywacz - czyli wypad na kuropatwy z bonusem.

 Zazwyczaj już tak jest, że gdy chcemy coś konkretnego zobaczyć/zrobić, czy sfotografować to się nie udaje, tym razem na szczęście plan został zrealizowany i to z górką. Korzystając z pięknej zimowej aury wybraliśmy się z Rafałem i Kubą w okolice Sierakowa na kuropatwy. Zima w pełni, co jak na nizinne warunki jest świętem!


Docieramy na pola pod Sierakowem gdzie ostatnio przesiadywały kuropatwy. Chwila wędrówki, obserwacji przez lornetkę i są. Udało się dostrzec malutkie puchate kulki. 



Kilka zdjęć, i skubane uciekają, wędrujemy dalej i tak kręcąc się po okolicy jeszcze raz je wypatrujemy.


Główny cel wycieczki zaliczony, nowy gatunek na liście, więc ruszamy dalej ku przygodzie. W drodze do aut towarzyszą nam sarny i piękna pogoda. Przemieszczamy się nad Wartę, wysiadamy z aut i ruszamy w sypkim śniegu w teren.




Niby od słońca czuć ciepełko, ale jednak w nosie zamarza. Idziemy i cieszymy się deficytowym towarem jakim jest zima. Sarny, dzięcioły, i czaple jest po prostu pięknie. Niby tylko jednodniowy wypad, a baterie naładowane na całego.




Dotarliśmy nad Wartę i tu to dopiero był odpoczynek. Rozstawiliśmy się z całym sprzętem na potężnej krze, lekkie słoneczko, teren osłonięty od wiatru i pełno najróżniejszego ptactwa. Kaczki, czaple, gągoły, kormorany itd. żyć nie umierać.









Czas mija nam niezwykle przyjemnie, piękne widoki, dźwięk obijających się o siebie kier, liczne rozmowy aż tu nagle pojawia się na drugim brzegu nasz tytułowy bohater. Lis porywacz. 

Kątem oka zobaczyłem, że idzie sobie  drugim brzegiem lisek. Szybkie hasło" LIS TAM" i wszystkie aparaty skierowały się w jedną stronę. Patrzę w wizjer, a ten lis coś niesie. Skupiam wzrok i nie wierzę w to co widzę, ten łobuz ma w pysku kaczkę! Całą kaczkę! Niesie ją jakby nic, wcale się tym nie meczy.




Nic w tym dziwnego, zima, drapieżnik coś musi jeść. Ale największym zdziwieniem było to, że żadna, ale to żadna kaczka jak i inne ptaki nie podniosły alarmu, że im kolegę wynoszą z kry! Szok, ale cóż natura ma to do siebie, że lubi zaskoczyć. ;)

Po kilku godzinach nad wodą, ruszamy do domu. Po drodze trochę saren i jakaś drobnica. Żegnamy się z Rafałem i wraz z Kubą ruszamy do Poznania, postanawiamy jeszcze przejechać przez pole z kuropatwami licząc na coś ciekawego. Kuropatw nie uświadczyliśmy, za to było sporo saren i....


Niezwykle ciekawy i rzadki gatunek do obserwacji. Błotniak zbożowy. Pogoda nie była już idealna, mniej światła, ale kilka zdjęć dokumentacyjnych udało się zrobić. 






Wypad krótki acz niezwykle bogaty w atrakcje. 







sobota, 20 lutego 2021

Mały ale wariat Olight Perun mini

 Każdy, kto choć raz musiał szukać czegoś w ciemnościach bez latarki wie jakim to cennym elementem wyposażenia jest dobre i poręczne źródło światła. Przez lata wiele różnych latarek przewinęło się przez mój ekwipunek, od czołówek, przez duże ręczne szperacze, ale ostatecznie jako podstawowa latarka w moim EDC od dawna króluje OLIGHT. Przez ostatnie 5 lat codziennie w nerce, czy to przy kaburze z multitoolem dumnie siedział BATON S1. Jednak denerwowała mnie w nim słaba wydajność i częste przegrzewanie. Natomiast dzięki kompaktowemu rozmiarowi nie miał zamiennika. Wszystkie inne latarki były dla mnie nieco za duże by używać ich jako pierwszą linie EDC. Aż do zeszłego roku, gdy Batona wyparł Perun mini. Mała, lekka latarka kontowa w której nie dopatrzyłem się wad poprzednika.

Perun to mała ważąca zaledwie 52 gramy latarka kontowa o maksymalnej mocy 1000 lumenów! Pozwala to na osiągnięcie dystansu świecenia na poziomie 100 metrów! Oczywiście nie jest to potrzebne w większości zwykłych codziennych sytuacji, ale taka moc potrafi zrobić z nocy dzień w promieniu kilku metrów. Co może przydać się, gdy szukamy czegoś w aucie, piwnicy, w plecaku gdy panują wszędzie egipskie ciemności, czy też potrzebujemy doświetlić kadr, gdy aparat ma problem ze złapaniem ostrości. 

1000 lumenów to maksymalna moc, która jest osiągalna tylko przez moment. Dokładnie przez minutę, po czym zaawansowany system elektroniczny chroni latarkę przed przegrzaniem i zmniejsza moc do stabilnych 250 lumenów. Oczywiście po chwili można wrócić do maksymalnego trybu. Najczęściej jednak stosuje właśnie poziom 250 lumenów gdzie to maleństwo działa przez 98 minut. Co jest zadowalającym wynikiem, do dyspozycji jest jeszcze tryb 65 lumenów, na nim latarka działa 6 godzin, 15 lumenów ma przez 15 godzin, a gdy sytuacja tego wymaga i potrzeba długiego lecz słabego źródła światła do dyspozycji jest tryb 2 lumeny przez 4,5 dnia. Tryb stricte awaryjny, ale może się przydać w pewnych sytuacjach.



Perun mini jest zasilany customowym ogniwem IMR16340 o pojemności 540 mAh, które ładowane jest za pomocą dołączonej do latarki magnetycznej ładowarki, podłączanej do "dupki". Która jest portem ładowania i jednocześnie zakrętką, w której umieszczony jest magnes umożliwiający przyczepienie latarki do dowolnej metalowej powierzchni. Magnes to w moim przypadku obowiązkowy element każdej latarki EDC.




Latarkę poza całkiem fajnymi parametrami świecenia cechuje też konkretne wykonanie. Mocna obudowa wykonana z aluminium lotniczego zapewnia wytrzymałość na upadki, uszczelniona konstrukcja pozwala na przebywanie latarki 2 metry pod wodą przez 30 minut. Więc zanurzenie, deszcz itd. jest jej nie straszne. Obudowa jest karbowana, dzięki czemu nawet gdy jest mokro i ręce mamy zgrabiałe jest pewny chwyt. Czarna powłoka została dobrze nałożona i nie zaobserwowałem rys, ani odprysków, doceni to każdy esteta. Soczewka chroniąca diodę jest wykonana z odpornego na uderzenia, zarysowania i skoki temperatury szkła borowo-krzemowego.


Użytkowanie jest przyjemne, nie tylko za sprawą parametrów świetlnych i wydajności akumulatora ale i  dzięki małym rozmiarom i mocnemu klipsowi pozwalającemu na wygodne noszenie przy krawędzi kieszeni, w nerce, czy pokrowcu z multitoolem lub na innym elemencie wyposażenia. Intuicyjna obsługa za pomocą włącznika pozwala szybko i łatwo wybierać potrzebne tryby. Przeskok z maksymalnej mocy do trybu oszczędnego to chwila.


W zestawie poza akumulatorem i ładowarką jest smyczka - jak dla mnie zbędny bajer, wręcz utrudniający użytkowanie. Ale jest też ciekawa rzecz. Rzep velcro ze specjalnym montażem umożliwiającym zamontowanie latarki jako czołówki w połączeniu z dedykowanym paskiem, lub na czapce czy oporządzeniu wyposażonym w rzep. Ciekawy gadżet, ja niestety nie używam czapek z rzepem więc nie powiem Wam jak się to sprawdza. Ale obstawiam, że średnio. Daszek jednak będzie rzucał sporo cienia. Montaż na latarkę ma tulejkę z regulacją konta świecenia w zakresie 60*.

Na uwagę zasługuje też fakt, że latarki Olight są opatrzone 5 letnią gwarancją. Czy polecam? Oczywiście. Jest to  kawał porządnego maleństwa idealnego do EDC. Czy są jakieś wady? Nie zauważyłem, Perun ma same plusy :) Co ciekawe mimo małych i niepozornych rozmiarów wyposażony jest w opcję blokady przypadkowego włączenia, co nie jest częste w przypadku takich latarek. Z czystym sumieniem polecam :) 






poniedziałek, 15 lutego 2021

Subarctica

 Literatura piękna rzecz, kiedyś więcej czytałem, więcej czytali też ludzie. Dziś niestety żyjemy w ciągłym pędzie, czas niby taki sam, a przelatuje przez palce jak szalony. Doba się skróciła, świat się skurczył. Obecnie nieco pandemia oddaliła i powiększyła go, czas minimalnie zwolnił, ale i tak dalej pędzimy. Jednak dzięki spowolnieniu znalazłem czas na książkę, obowiązkową pozycje,  książkę tak cudną, że powinna stać na półce w każdym domu leśnego człeka. 

Subarctica to pierwsza autorska książka Rufusa ze Starego Wspaniałego Światu. Człowieka, który za życia stał się legendą Polskiego bushcraftu. Człowiek, który mimo życia w XXI wieku wybrał wolność od tego całego sprzętu turystycznego, pędu za gadżetami, człowiek prawdziwie wolny.

Subarctica to opowieść, o przygodach jakie przeżył podczas ubiegłorocznej wyprawy kanadyjką po skandynawskim jeziorze. Liczne przemyślenia, spostrzeżenia anegdoty napisane w przyjemny i dziarski sposób, sprawiają, że możemy sami poczuć się jakbyśmy to my młócili wodę pagajem, albo powietrze odganiając ręką chmary komarów. 

Przez książkę płynie się lekko i przyjemnie, przesuwając strony nie dość, że dobrze się bawiąc to jeszcze można wyciągając przydatne patenty, które są ponadczasowe. Jak pozbyć się komarów, jak urządzić sobie biwak itd.

Poza tekstem, książka jest bardzo estetycznie wydana, twarda oprawa i zdjęcia. Dla niejednego zwykłe, nieostre, paskudne itd. Dla mnie są piękne, czarnobiała fotografia zawsze do mnie mówiła, a tu w wydaniu z wykorzystaniem aparatu otworkowego, oddającego jeszcze bardziej klimat wypraw w starym stylu. To wszystko sprawia, że nie raz do samych zdjęć wracam, patrzę i je kontempluje. 

Tak więc każdy, komu dzicz gra w sercu, rzeki buzują w żyłach powinien już zamówić i zasilić swoją biblioteczkę tą książką, a ja już nie mogę doczekać się drugiego tomu.


wtorek, 9 lutego 2021

Najzimniejszy biwak w życiu z lisimi złodziejami

 Nie raz i nie dwa, a kilkadziesiąt razy spałem w ujemnych temperaturach, często to było zdecydowanie poniżej zera. Zdarzyło się i kilka biwaków w okolicach -30*C. Ale to teraz, w miniony weekend zmarzłem najbardziej w życiu :P 




Lajtowy wypad, zapowiadają mrozy jak na niziny, -10, ale bez śniegu. Wypad nie zakłądał wielkiego chodzenia, wręcz zero chodzenia po prostu biwak w urokliwym miejscu ze znajomymi. Ognisko, rozmowy, śmiechy, jakiś grzaniec, jedzenie i... 


i tu musi pojawić się opowieść o naszej niestety przegranej potyczce z lisim gangiem.  

Po rozbici obozu w małym zagłębieniu w celu osłonięcia się od wiatru poszliśmy nad jezioro popatrzeć i porobić zdjęcia. Ładnie, ale zimno, po jakimś czasie wracamy do obozowiska. A naszym oczom ukazuje się zniszczony plecak Darka. Pogryzione paski/troki! Potem zniknęły moje parówki i miód. Kilkukrotnie przeganialiśmy złodziei. 





Ściemniło się, a niebo rozbłysło milionem gwiazd wiec razem z Łukaszem ruszyliśmy na pomost pobawić się aparatami. Darek i Tomek zostali w obozie pilnować gratów i ognia. 

Jedno, drugie, trzecie i kolejne zdjęcie za zdjęciem, od 10 sekund do nawet 4 minut naświetlania. Człowiek beztrosko przymarza do pomostu i statywu ciesząc bułę jak lustro klapie.

 A tu nagle telefon: przychodźcie lis, próbuje zwinąć Konradowi śpiwór i coś jeszcze. Szok i niedowierzanie maluje się na naszych twarzach, dzida do obozu. 

Dobiegamy, intruz już przegoniony, chyba nic nie zginęło, śpiwór na szczęście jest cały, tylko trochę go przesunął. Wkurzony i zdeterminowany by dopaść drania i nic więcej nie stracić zwijam cały majdan do plecaka kładę go przy ognisku, zostawiam samego tarpa, tego chyba nie ukradnie. 







Jeszcze kilka razy rude sukinsyny podchodziły, ale na szczęście nic więcej nie zginęło..

Powinienem przejść teraz klasycznie, spanie, śniadanie itd. Ale zanim to nastąpi to okazało się, że lisy to skrajne dranie i już po powrocie przy rozpakowywaniu, zauważyłem, że rudy gnojek ukradł mi organizer demarpy z kuchenką survivalowa, krzesiwem, podpałką, szpilkami lesovika, słomką do rozniecania ognia i rękawicami roboczymi :P Darkowi zwinął apteczkę. Może uda się kiedyś to znaleźć. Ale przestrzegam wszystkich biwakujących nad jeziorem źródlanym w Puszczy Noteckiej UWAŻAJCIE NA LISY!!!

Zmęczeni poszliśmy spać, cisza spokój i mróz. Odczuwalna koło -20*C, rzeczywista -11 niby nic, luz spałem przy niższych temperaturach i się wysypiałem, teraz by było milej wziąłem nawet materac z izolacją. I tylko dzięki niemu chociaż od spodu było mi ciepło. Wiatr zmienił kierunek i cały czas wiał z prędkością do 60 km/h wzdłuż mnie. Dmuchał tak, że nie dało się spać, wypiździło mnie strasznie. Ale cóż nowe doświadczenia i nauczka na przyszłość. I chyba czas by na -15 i mniej brać grubszy śpiwór niż mój ulubiony lite line 400.






Rano chciałem wstać wcześniej i ruszyć na fotołwy. Jednak po ciężkiej nocy nie miałem najmniejszego zamiaru wstawać. Zgęźnieci i zmarznięci wstajemy idziemy do ogniska, jemy śniadanie. Grzejemy się herbatą, zwijamy obóz i ruszamy do aut. Końcówka przygody to mały offroad po zamarzniętej, śnieżnej leśnej drodze, docieramy do asfaltu i finito mroźnego wypadu. 

Czy żałuję za cienkiego śpiwora, zmarznięcia itd.? Nie, bo to zawsze nowe doświadczenie. Chociaż to, że teraz jak piszę relację smarkam co zdanie trochę mnie denerwuje.





niedziela, 24 stycznia 2021

Białowieskie Ferie

 2020 był dziwnym rokiem, epidemie, susze, itd. 2021 zaczął się dużo lepiej, ale rząd nie chciał pomóc w zimowym odpoczynku. Zamknięte hotele, knajpy itd. Zazwyczaj dla nas to nie problem po prostu zabieramy: namiot, tarp, hamak i nocleg gotowy. Problem w tym, że pierwszy raz chcieliśmy wybrać się na wypad cywilizowany, nocleg w kwaterze, wypady na lekko, odpoczynek ale aktywny bez marznięcia, moknięcia i noszenia ciężkiego plecaka. Po chwili szukania udało się ten problem rozwiązać i ruszyliśmy do Puszczy Białowieskiej. 


Poniedziałek poświęciliśmy na dojazd, w Poznaniu wiosna lub jesień, jak kto woli. Po drodze przez większość drogi też. Chociaż w Kruszwicy była prawdziwa zima, śnieżyca, dużo śniegu, droga biała itd. Bez większych przygód dotarliśmy do celu, na trasie tylko z atrakcji mieliśmy poślizg i kręcenie kółek :P Zalokowaliśmy się w kwaterze, jeszcze nie było zbyt ciemno, więc poszliśmy na mały rekonesans do Teremisek. Nic nie było widać, więc wróciliśmy do agro odpocząć przed kolejnym dniem.

Wtorek przywitał nas deszczową i paskudną pogodą, ale co zrobić takie uroki zmian klimatu, nawet na ścianie wschodniej. W mało sprzyjającej aurze ruszyliśmy na zwiedzanie rezerwatu ścisłego. Jest to najcenniejszy fragment PN, tu  czas się zatrzymał, ten niezwykły dziki las jest ciężki do opisania, to trzeba zobaczyć. By zwiedzić Obręb Ochronny Rezerwat trzeba skorzystać z licencjonowanego przewodnika, nie jest to tanie ale warto. (240 zł) Bez niego tam nie wejdziemy na szlak, a las jest cudny (nawet w taką pogodę), do tego przewodnik opowiada wiele ciekawostek i można się sporo dowiedzieć o historii, przyrodzie, ekologii itd.







Po kilkugodzinnej wędrówce w najcenniejszym fragmencie puszczy, ruszyliśmy do sklepu na małe zakupy. Uwielbiam sieć Arhelan, dużo towaru, super ceny i  mnóstwo wyboru kwasów chlebowych itd. :D Wracamy do kwatery i idziemy na spacer. Pogoda cały czas nie rozpieszczała, ale udało nam się zobaczyć z oddali żubry, ciemno, ponuro ale cóż, zawsze coś. Wracamy do agro i odpoczywamy. Cisza, spokój, brak Internetu, tak można żyć, a nawet trzeba.



Środa okazała się dużo lepsza, niższa temperatura, trochę śniegu, wybraliśmy się na spacer, w planach było jakieś 15 km. Co później zweryfikował GPS.

Przemierzamy Teremiski i słyszymy: Szukacie żubrów? Tam pod lasem są.

Sprawnym krokiem docieramy we wskazane miejsce, faktycznie kilka żubrów leży i relaksuje się na śnieżnej pierzynce.





Wędrując dalej, z nadzieją na spotkanie innych przedstawicieli fauny puszczy, mijamy kolejne, drzewa, tropy i ślady, ale zwierzęta postanowiły się ukryć. Po kilkunastu kilometrach pojawił się jeleń, piękny dorodny byk patrzył na nas z brzegu jednego z puszczańskich trybów. Miał na nas całkowicie wywalone, obserwował jak podchodzimy bliżej, aż nieśpiesznie odwrócił się i odszedł w las.

                                        


Jeleń to był przedsmak kolejnego spotkania, które nastąpiło może z kilometr dalej. Kilka saren spokojnie żerowało w lesie i również jak ich większy leśny sąsiad miały nas gdzieś, dały się blisko podejść, popatrzyły i nieśpiesznie oddaliły się w sobie tylko znanym kierunku. Po przejściu kilkuset metrów naszym zmysłom ujawniły się wyraźne ślady wilka, tropy i zapach, intensywny zapach mokrego psa, on nas zapewne widział, a my go niestety nie :(  Sarny też najprawdopodobniej wyczuły drapieżnika i dlatego odeszły, nas się nie obawiały.


Idąc dalej, śniegu było coraz mniej, za to błota coraz więcej. Mokro, ponuro i już tylko jedna sarna nam zamajaczyła w oddali we mgle. Tak trzeciego dnia trochę przed zachodem słońca dotarliśmy do naszej bazy i GPS pokazał zapis 18 km z haczykiem. Szok, bo nie czuliśmy się zbyt zmęczeni, a ostatnio raczej nieco się zapuściliśmy niż złapaliśmy formę. Nie pozostało nam nic innego jak zjeść, odpocząć i pójść spać, bo kolejny dzień miał być intensywny.

Z samego rana ruszyliśmy na łąki przy Teremiskach licząc na spotkanie z żubrami, lub też innymi mieszkańcami puszczy. Jak widzicie na powyższej fotografii udało się spotkać je w tym samym miejscu co dnia poprzedniego. Pogoda mniej przyjemna, ale co zrobić, taki mamy klimat ;)  Po małej sesji wróciliśmy do bazy i chcieliśmy pojechać do Czerlonki. I tu nasz dzielny buszmobil odmówił posłuszeństwa, stwierdził, że nie odpali i koniec. Nie załamując się poszliśmy pieszo Trybem Grubolipnym, dotarliśmy nim do pętli żubra i zrobiliśmy cały ten szlak, wracając zahaczyliśmy natomiast żółtym o rezerwat. Tropów mnóstwo, jelenie, dziki, żubry i wilki. Dużo świeżych tropów oraz śladów tych pięknych i znienawidzonych przez niektórych drapieżników. 

Z wilkami kilka razy mijaliśmy się, dosłownie o kilkanaście- kilkadziesiąt minut, one nas musiały widzieć, niestety my musieliśmy zadowolić się tylko śladami po ich bytności i gorącą czekoladą.






Po  niecałych 18 km wędrówki wróciliśmy do bazy i po krótkiej przerwie przystąpiłem do walki z autem. Pierwsza myśl. Akumulator. Poprosiłem gospodarza o prostownik, niestety okazało się, że problem tkwi gdzieś indziej. 


Zaczyna padać śnieg więc kończymy na dziś.


Wolne to wolne, urlop trzeba wykorzystać. Myśląc pozytywnie o aucie z rana ruszyliśmy na mały spacer. Pierwszym celem była wieża widokową, wędrujemy, przemierzamy kolejne kilometry i pusto nic naszym oczom się nie pokazuje. Jedynie zobaczyliśmy jelenie zaprzyjaźnione z naszym gospodarzem.




Popołudniu z przyrodnika zamieniam się w mechanika, pomocny i bardzo sympatyczny właściciel kwatery przybył z odsieczą. Pomoc, plus narzędzia pozwoliły rozkręcić trochę auta, świece, itd. Jak się okazało to też nie pomogło. Ale jak to sam gospodarz powiedział może obcego się wystraszy. Wsiadł, przekręcił kluczyk i maltretował rozrusznik oraz gaz. Po kilku minutach ożył! Pochodził z godzinę, i odpalił więc spokojny poszedłem na mały spacer w okolicy licząc na spotkanie z wilkiem kręcącym się przy agroturystyce. Spacer przyjemny, ale bez sukcesu :(

Przed wyjazdem postanawiamy jeszcze ruszyć na małą wędrówkę, na dodatek w nocy był opad śniegu i w ostatni dzień mieliliśmy śliczną zimową aurę i pierwszy dzień ze słońcem. 






Znosimy graty do auta, śnieg się topi, auto odpala i ruszamy w drogę. Koniec zimowego urlopu w fantastycznym miejscu jeszcze nie raz tu wrócimy. Ale najpierw buszmobil musi przejść leczenie u mechanika ;)