wtorek, 24 marca 2020

Ferie w Borach Tucholskich

Żywot nauczyciela nie jest taki zły, bo są ferie zimowe, natomiast z racji zmian klimatu ferie powinny się nazywać jesienne, deszczowe, chlapowe czy jeszcze inaczej, opisując paskudną niezimową aurę jaka ostatnio jest w każde ferie...


Korzystając z ferii w szkole Ani, ruszyliśmy w las. Tym razem padło na Bory Tucholskie, a dokładniej okolice Tlenia, gdzie jest kilka obszarów pilotażowych do biwakowania.

Koło południa dojechaliśmy na parking nad Wdą w Bedlenkach, ruszyliśmy w mżawce szlakiem. Pierwszą atrakcją na naszej marszrucie był wielki kamień narzutowy. Wysoki na 3 metry, o obwodzie 25 metrów! Głaz nosi dwie nazwy, albo św. Wojciecha, bo podobno prawił tutaj kazania, albo diabelski kamień. Legenda głosi, że diabeł chciał przejść przez Wdę, ale była za szeroka, więc postanowił wrzucić głaz i przeskoczyć po nim na drugi brzeg, gdy już był prawie na miejscu wyszło słońce i przypaliło skubańca, wtedy porzucił kamień i uciekł gdzie pieprz rośnie.

Następnie powędrowaliśmy w stronę miejscowości Żur, niestety znaczna część trasy wiodła asfaltem, co było skrajnie nieprzyjemne dla stóp, ale co zrobić jakoś trzeba dojść do celu. Już po zmroku dotarliśmy do żółtego szlaku, gdzie nad Wdą postanowiliśmy się rozbić.


Noc była ciepła, ale na zmianę deszcz, wiatr i to skrajnie silny, śnieg z deszczem itd. Całą noc szarpało tarpem. Co ciekawe rankiem był przygnieciony dość grubą warstwą mokrego śniegu, a dookoła obozu było nawet miejscami z 2 cm śniegu :P


Aura całkiem przyjemna, szlak w scenerii lekko zimowej był naprawdę urodziwy. Żółty szlak wiedzie brzegiem rzeki, kręta ścieżka nad szeroką Wdą to naprawdę cudne miejsce do wędrówki.


Mimo niezgodności szlaku w terenie ze szlakiem na mapie, przyjemnie pokonywaliśmy kolejne kilometry, podziwiając piękno Borów Tucholskich, zwłaszcza że wędrowaliśmy wąskimi ścieżkami, jarami, mostkami nad bagniskiem czy nawet musieliśmy przejść strumień w bród, szlak po prostu jest dziki, ale dobrze oznakowany. 
Bez większych przygód w zmiennej aurze dotarliśmy do Tlenia, gdzie okazało się, że mamy jeszcze do przejścia więcej kilometrów niż zakładaliśmy, a pora coraz późniejsza. Postanowiliśmy trochę przeskoczyć... W około godzinę i 3 samochody zrobiliśmy jakieś 25 km :D Taka magia.
Zanim udaliśmy się w las na biwak, odwiedziliśmy kładkę nad Wdą przy Leosi. Kładka jak kładka, ale rzeka tam ma charakter górski i robi wrażenie nawet w deszczowej szarówce. Obok kładki jest pomnik JP II, co ciekawe wiata i poletko przed nim są na mapie oznaczone jako miejsce biwakowe,  spoko baza na nockę podczas spływu. Ruszyliśmy z powrotem i już po ciemku rozbiliśmy się w lesie, pogoda w kratkę, ale źle nie było. 



W deszczu doszliśmy do buszmobilu i ruszyliśmy jeszcze do rezerwatu Cisów Staropolskich. Pogoda nie rozpieszczała, dojechaliśmy... i co się okazało? Rezerwat z racji kiepskiego stanu drzewostanu zamknięty, nie ma zwiedzania :( Zmuszeni zadowoliliśmy się małymi ciskami, wróciliśmy do auta i tak zakończyliśmy ten zimowy, jesienny biwak. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz