poniedziałek, 27 stycznia 2020

Hasvik Wind Fjord Nansen

Od powrotu z Islandii minęło już niestety sporo czasu, ale na szczęście pozostały nam super wspomnienia, kupa przygód i niezawodny sprzęt, jak bluzy Fjord Nansen Hasvik Wind.
Można by pomyśleć, że bluza turystyczna jak to bluza, nic nadzwyczajnego, jednak to jest naprawdę konkret, bluza techniczna idealna.



Zachwalamy, ponieważ sprawdziły się świetnie na Islandii! I po powrocie też.


Geniusz tkwi w prostocie mawiają, i tu to się potwierdza. Cały fenomen bluzy polega na dwóch rzeczach. Pierwsza to zastosowanie materiału termoaktywnego Micropile Stretch, który bardzo dobrze odprowadza nadmiar wilgoci, ryzyko przeziębienia znacznie maleje, a komfort jest gigantyczny. Pot w moment jest transpirowany na zewnątrz, przy większej aktywności widać, jak jest wypychany i osadza się na zewnętrznej warstwie materiału, po czym odparowuje dalej. Dzięki stretchowi bluza idealnie dopasowuje się do ciała, nie ma zbędnych przestrzeni (z powietrzem, które wyziębia) i nie krępuje ruchów. Można w niej biegać, jeździć, machać rękoma itd. I nic nie ciągnie. Na komfort wpływa też zastosowanie płaskich szwów, które nie gniotą nawet pod plecakiem.

Na plus materiału wpływa to, że jest przyjemny w dotyku, nawet na gołe ciało. Kaptur jest na tyle obszerny, że mieści nawet kask, a dzięki ściągaczom można go ładnie dopasować tak, by nic nie podwiewało.



Kolejnym czynnikiem geniuszu Hasvika Winda jest zastosowanie z przodu panelu wiatroszczelnego.  Dzięki czemu, mimo niesienia plecaka, dużej aktywności itd., przodu nie przewieje, a po bokach czy z tyłu jest pełna i błyskawiczna transpiracja wilgoci. Jednocześnie przedni wiatroszczelny panel też  jest oddychający.






To teraz łyżka dziegciu. W bluzach brakuje wycięcia na kciuki w mankietach rękawów. Co ciekawe takie rozwiązanie jest w większości bluz tego typu, w decathlonie też! Tym dziwniejsze, że Fjord na to nie wpadł :(
Kolejną wadą jest to, że materiał lubi się mechacić. Po tygodniu używania były już pierwsze mocne zbrylenia materiału. Wystarczy go ogolić, no ale w bluzie za prawie 400 zł to średnio, że tak szybko się coś zaczyna dziać.
Ostatnia wada to różnica w jakości wykonania między egzemplarzami. Nasze są spoko, ale zdarzają się takie brzydko obszyte albo z brzydko zakończonymi haftami, szwami itd. Wady kosmetyczne, ale to jednak nie przystoi takiej marce.

Zanim przejdziemy do podsumowania, to jeszcze jedna ważna rzecz. Mianowicie termika. Jak ta bluza sprawdza się w różnych temperaturach i na wietrze?
Według producenta temperatura użytkowa jest od +20 w dół. I jestem w stanie się zgodzić, ale tylko częściowo. Według mnie już powyżej 15*C jest nie do wytrzymania. Natomiast w niższych temperaturach sprawdza się fantastycznie. Od +2 do +15 miałem tylko krótki rękawek (termo), a na to Hasvika i było mi idealnie. Na lodowcu, przy odczuwalnej około -8/-5, miałem jeszcze założoną membranę i stykało.



Pełny komfort użytkowania samej bluzy oceniałbym na od +5 do +15, a niżej to trzeba się docieplić grubszym termo i/lub osłonić dodatkową warstwą zewnętrzną.

Co do odporności na wiatr, to nie zauważyłem, by przewiewało, wychładzać materiał się wychodził przy silniejszych zimnych podmuchach, ale wydaje się, że jest szczelnie.





Podsumowując, Fjord Nansen Hasvik Wind to naprawdę świetna bluza, owszem ma kilka niedociągnięć, mogłaby mieć kilka rozwiązań inaczej zrealizowanych, ale mimo to dalej jest w pełni funkcjonalna. Oddychalność i wiatroszczelność na wysokim poziomie, wytrzymałość mechaniczna nieco kuleje. Ogólnie, polecamy!



wtorek, 14 stycznia 2020

Najgorsza impreza outdoorowa czyli Antyzlot vol 2

Czy jest na świecie impreza tak straszna, tak kiepska, tak dziadowsko zorganizowana, że jednocześnie jest najlepszą w naszym kraju?  Wydaje się bez sensu? Jak może coś być złe a jednocześnie wspaniałe? Otóż każdy kto był na jakimkolwiek Antyzlocie Hopeless Outdoor Team, ten wie, że to właśnie ta impreza!

Ognisko, pogadanki, żarełko, pełna kultura, super ludzie i fajne otoczenie. Nie ma co się nad tym rozpisywać, było super!

Dla tych co nie byli zdjęcia a my już zachęcamy do śledzenia strony chłopaków i wyczekiwanie na kolejny Antyzlot!


poniedziałek, 6 stycznia 2020

Sylwester w Górach Sowich

Sylwester to idealny moment by wyskoczyć w góry, tym razem  spędziliśmy zakończenie roku w nowym miejscu, mianowicie padło na Góry Sowie. Góry ciekawe i piękne mimo swojej malutkiej powierzchni. To właśnie tu hitlerowcy budowali swoje podziemne miasta, ukrywali skarby itd..



Szybko i sprawnie dojechaliśmy do rzeczki, gdzie prosto z parkingu w zimowej aurze ruszyliśmy w teren. Swoją drogą musieliśmy przejechać prawie 300 km by zobaczyć śnieg :P
Wędrujemy śmiało w śniegu i szybko Sowie nas zaskakują, mianowicie są cholernie strome, co chwila podejście i co gorsza większość, by nie powiedzieć wszystkie nachylone fragmenty szlaku są wyślizgane przez sanki, do tego stopnia, że ciężko ustać o marszu nie mówiąc. Góry Sowie to chyba mekka dzieci i dorosłych na sankach, jabłuszkach, hulajnogach z płozami itd. :P


Podziwiając piękne widoki, docieramy do schroniska Zygmuntówka, mały ładny obiekt położony w malowniczym miejscu i co najważniejsze prowadzony z pasją! Można tu poczuć klimat prawdziwego schroniska, który coraz ciężej odnaleźć w naszych górach.  I wielki plus za flagę Powstania Wielkopolskiego przy wejściu! Jak się później okazało prowadzący są z naszego fyrtla (rejonu). W schronisku herbatka, lokalne piwo i ruszamy dalej w trasę. Kolejnym punktem na naszej trasie była Kalenica. Wieża widokowa daje możliwość podziwiania pięknej panoramy, chociaż sama wieża nie zachęca do wchodzenia, wygląda jak z apokaliptycznego świata, jakby miała się zaraz rozwalić :P


Po zrobieniu kilku zdjęć schodzimy nieco w dół, pogoda zaczęła się pogarszać, silny wiatr, w porywach powyżej 80 km/h , co zmusiło nas do szybkiego i awaryjnego rozbicia namiotu. Ultralekkie namioty mają tę wadę, że postawienie ich na silnym wietrze nie jest ani lekkie a tym bardziej przyjemne. Nocka minęła lekko, wiatr się uspokoił a poranek przywitał nas mgłą bądź chmurami.


Pierwszy cel ostatniego dnia 2019 roku to śniadanie w Zygmuntówce, trzeba przyznać, że było pyszne ale nietypowe, ogórkowa na śniadanie brzmi dziwnie ale wchodzi nad wyraz dobrze. Dalej na spokojnie bez pośpiechu ruszamy w stronę Wielkiej Sowy. Pogoda piękna, ale wietrzna, docieramy na sowę, troszkę grzejemy się przy ognisku i po pewnym czasie rozbijamy namiot, nie jesteśmy sami, gdyż obok nas rozbił się Damian z synem (świetne chłopaki), kawałek dalej były jeszcze dwa namioty. 
Koło 21 zaczęło się robić tłoczno i sowa była wypełniona po brzegi, multum ludzi, którzy z czasem mniej lub bardziej tracili kontakt ze światem :P  Ogólnie był zakaz fajerwerków, ale niestety znaleźli się idioci, którzy musieli puścić syf w powietrze i las, straszyć zwierzęta, szok, że leśnicy którzy byli na imprezie nie zareagowali :(



Po północy zaczął robić się luz i poszliśmy spać, w nocy temperatura spadła grubo poniżej -10*C stawiam na jakieś -15*C. Przestało być miło ale jakoś się udało wyspać ;)
Poranek był piękny, słońce, cieplutko i milutko. Szybkie śniadanko przy ognisku i schodzimy do Rzeczki.  Po drodze chcieliśmy wejść do schroniska Sowa, zobaczyć jak wygląda, może napić się herbaty. Ale zaraz za drzwiami ktoś z obsługi przywitał nas słowami: Zamknięte, nikogo nie obsługujemy, do widzenia. Szczerze, to nie powinni nazywać się schroniskiem tylko kiepskim pensjonatem, ale jak później sprawdziliśmy to nie tylko nas tak "miło" przyjęto. Zdecydowanie odradzamy korzystanie z tego obiektu.



Zejście szybkie ale i ciężkie z racji wszechobecnego lodu i wyślizganego śniegu. Żałowaliśmy, że nie zabraliśmy ze sobą raczków.  Po +/- godzinie docieramy do auta i tak kończy się nasza pierwsza styczność z Górami Sowimi, ale na pewno nie ostatnia. Co ciekawe kilka kilometrów od parkingu była już pełna wiosna, słońce, ciepło i zero śniegu.