środa, 10 lipca 2019

Lightest hammock Ticket to the moon

Jakiś czas temu dostaliśmy od Cragsportu hamak Ticket to the moon i to nie byle jaki, bo najlżejszy z produkowanych przez nich. Jak na tę firmę to hamaczek jest naprawdę lekki i mały, większość z ich oferty jest duża i ciężka. Dlatego z wielką chęcią przystąpiliśmy do testowania tej lekkiej nowości.


Kilka informacji technicznych:
Waga samego hamaka (bez systemu zawieszenia) to 228 g. Całkiem przyzwoicie, gdy dodamy do tego whopie, to waga będzie koło 350 g, co jak dla mnie jest już zadowalającym wynikiem.
Na szczęście mimo zbicia wagi nie zmniejszono jego powierzchni, dzięki czemu wygodnie możemy leżeć i wypoczywać (320cm x 140cm).
Natomiast nośność producent określił na 150 kg, co pozwala na wypoczynek nawet w dwie osoby.




Waga hamaka jest naprawdę fajna, gdy jako zawieszenie wykorzystamy whopie, natomiast my w zestawie otrzymaliśmy taśmy montażowe, które ważą tyle co sam hamak, więc o ultralighcie nie ma co mówić. Ale. No właśnie, zawsze jest jakieś ale... mimo sporej wagi taśmy przypadły mi do gustu z jednego prostego powodu, zawieszenie hamaka zajmuje dosłownie moment, regulacja wygodna, taśmy mocne, można się nie przejmować tak, jak przy wykorzystaniu lekkich systemów wieszania.




Nie będę ukrywał, nie jest to najwygodniejszy hamak, jaki miałem okazję używać, ale jest naprawdę przyjemnie. Mimo mojego wzrostu mogę wygodnie się wyciągnąć, odpocząć, wiercić się i kręcić.  Można powiedzieć, że jest wygodny niezależnie jak się w nim ułożymy, co do komfortu wypoczynku daje mu mocne 5-.
Na komfort użytkowania wpływa również komfort rozkładania i składania. I tu sytuacja ma się bardzo dobrze, zintegrowany pokrowiec w kształcie banana czy jak kto woli księżyca pozwala na wygodne i szybkie zwinięcie bujadła, sam system pozwala szybko i łatwo rozwiesić oraz wyregulować hamak. Oczywiście jest pewien mankament, taśmy nie lubią się z grubymi drzewami, więc trzeba poszukać miejsca nieco dłużej niż przy używaniu np. whopie.



Lightest hammock jest mega przewiewny, co w obecnych temperaturach jest bardzo pożądane w połączeniu z lekkim wiaterkiem od jeziora i zimnym napojem. Hamak jest wyposażony w kieszonkę, która idealnie z dwie buteleczki orzeźwiającego napoju albo książkę zmieści.
Ta przewiewność przy wysokich temperaturach jest przyjemna, ale wszystko ma swoje plusy i minusy. W temperaturach niższych niż 15*C mocno ciągnie po plecach. Wybrałbym ten model jako bujadło w cieplejszych warunkach lub po prostu trzeba pod tyłek sobie coś podłożyć ;)

Hamak nie posiada jakichś specjalnych wzmocnień typu ripstop itd., przez co obawiałem się, że będzie słaby, a w razie uszkodzenia materiał poleci na łeb na szyję. Obciążenia znosi świetnie, nawet nieco powyżej 150 kg wytrzyma (jednak pamiętajmy, że są to obciążenia statyczne, gdy zaczniemy wierzgać to może być różnie).
Obawiałem się, że w razie uszkodzenia dziura się powiększy i wykrakałem... przez swoją głupotę i nieuwagę zrobiłem w nim dziurę. Nie zauważyłem wystającego gwoździa w wiacie i usiadłem, huk, trzask, dziura wielkości coś koło 2 zł w materiale bez wzmocnień. Hamak działa dalej tak samo, dziura nie powiększyła się, mimo dalszego używania, nic się nie strzępi, siepie itp. Jestem tym naprawdę mocno zszokowany!! Pozornie lekki i delikatny Ticket to the moon lightest hammock jest naprawdę mocny i wygodny.



Opisując hamak tej firmy nie można pominąć faktu, że Ticket to the moon pięknie wpisuje się w trendy ekologiczne i fairtrade. Hamaki szyte są na Bali w małej miejscowości, firma pomaga tubylcom, do tego propaguje slow tourism, czyli odpowiedzialną, racjonalną turystykę nastawioną na zrównoważony rozwój. I co ciekawe jest to największy producent hamaków na świecie!!

wtorek, 2 lipca 2019

Boże Ciało 2019 izerski relax

Długi weekend to super sprawa, można wyskoczyć i odpocząć. Pierwotnie w planie były góry Sowie albo inne pasmo, ale jakoś nie było czasu planować, więc postawiliśmy na sprawdzone i dobrze znane Izery. W nocy wyjazd i rano meldujemy się w Świeradowie.
Pierwszy dzień mozolnie łapiemy wysokość i walczymy z upałami, pierwszy postój przy źródełku Adamsa w celu napojenia i uzupełnienia wody, dalej w skwarze docieramy na halę, by po chwili w Chatce Górzystów pałaszować pyszne naleśniki. Szczęście, że udało się zająć jedyny stolik w cieniu, a na samej hali wiało przyjemnie chłodem :)


Po popasie kierujemy się w stronę lasu, łapiemy oddech i stygniemy od słońca, by po chwili ruszyć dalej drogą, a następnie na przełaj przez las i torfowiska, by dotrzeć nad rzeczkę w celu relaxu, biwaku itd.



Zmęczenie po całonocnej jeździe, upale itd. spowodowały, że większość popołudnia spędziliśmy na spaniu i obijaniu się, zmieniając jedynie miejsca i pozycje :P
Wieczorem, gdy temperatura odpuściła (w słońcu termometr pokazał ponad 60*C!!) rozpaliliśmy ogień i zjedliśmy obiad, znaczy się kiełbasę Sokołowa, która była podła jak nic, nie polecamy :P


W nocy mocno lało, a gdy przestało, uaktywniły się meszki, które uprzykrzyły ostatnie godziny snu.
Rano niespieszne śniadanie, zwijanie obozowiska, kręcenie filmu i ruszamy dalej na przełaj wzdłuż rzeczki, torfowisk i lasów.


Z racji dobrego tempa i wczesnej pory po dojściu do szlaku nad Izerą, ruszamy w kierunku Orla. Tam zimne piwo i pyszny żurek. Po dłuższym odpoczynku w CIENIU (!!!) ruszamy dalej na mostek graniczny z planem spania w wiacie lub nad samą rzeką. Wiata była już zajęta, więc postanowiliśmy ruszyć w górę Izery i gdzieś nad nią poszukać miejsca na nocleg. Mocno nas zdziwiła liczba miejsc po ogniskach, szkoda, że ludzie nie umieją posprzątać albo chociaż korzystać z jednego miejsca zamiast co 5 metrów robić krąg.



Kolacja i lecimy spać.


W nocy przyjemna temperatura, żyć nie umierać. Z samego rana szybkie mycie w Izerze i zwijamy obozowisko, by zrobić sobie śniadanie już po czeskiej stronie na plaży.



Ruszamy szlakiem można powiedzieć idącym prawie cały czas +/- wzdłuż granicy. Po drodze mijamy piękne widoki, skałki, smażymy się w słońcu (na szczęście wiatr nieco pomagał). Pod koniec planowanej trasy robimy sobie nad rzeczką obiad i uzupełniamy zapasy wody, gdyż w planowanym miejscu noclegu jest z tym problem.


Po obiedzie, który mimo że syty miał specyficzny smak (kuskus, barszcz biały i suszona wołowina) ruszamy ostro pod górę i zdobywamy najwyższy szczyt Izer, czyli Smrk. Tam w chatce pod wieżą widokową nocleg. Wieczorem dołączyli do nas Czesi, część spała z nami, a część poszła hamakować w gęsty zagajnik. Pozdrawiamy czeską bushcraftową brać ;)



Ranek bardzo rześki, chłód w połączeniu z wiatrem sprawiał, że temperatura odczuwalna była grubo poniżej 10*C. Ruszamy w kierunku Stogu Izerskiego, następnie czerwonym szlakiem w dół i koło południa meldujemy się przy samochodzie.