poniedziałek, 26 lutego 2018

piątek, 23 lutego 2018

Na co zwrócić uwagę przy wyborze czołówki

Światło w terenie jest wręcz rzeczą podstawową. Według mnie latarka, a najlepiej czołówka, to zaraz po nożu, źródle ognia i manierce najważniejsza rzecz, by wygodnie i bezpiecznie przemieszczać się w buszu. Dlatego dziś kilka porad na co zwrócić uwagę przy wyborze czołówki.

Czemu czołówki a nie latarki ręcznej? Chociażby dlatego, że przy czołówce mamy wolne ręce, możemy ją wygodnie zawiesić jako lampkę obozową itd.


Czołówka zasadniczo składa się z trzech elementów. Modułu oświetleniowego, systemu nośnego i panelu zasilania. Każdy z tych elementów znacząco wpływa na użyteczność oraz jakość czołówki.


Moduł oświetleniowy to najważniejszy element czołówki, to właśnie on odpowiada za dobrą widoczność. Obecnie stosuje się diody LED, które mają kilkanaście razy mniejszy pobór prądu niż tradycyjne żarówki i są żywotniejsze. Co ważne są też bardziej odporne na uderzenia i inne nieprzyjemne zdarzenia, na które nasza czołówka jest narażona.
Dlatego jednym z ważniejszych czynników na które trzeba spojrzeć jest wyposażenie w diodę a nie żarówkę - owszem mało jest czołówek na żarówki, ale jeszcze się zdarzają ;) Należy też unikać tzw. diod kwadratowych, które są w tanich czołówkach, cechują się potężnym poborem energi.
Kolejną sprawą, która wiąże się z diodą jest moc mierzona w LUMENACH. Jeszcze kilka lat temu latarka o mocy 100 lumenów to był max maxów, dziś nikogo nie dziwią czołówki o mocy kilkadziesiąt razy większej. Sam mam kilka o mocy powyżej 2 tysięcy lumenów. Wyścig zbrojeń między firmami powoduje, że mamy coraz większy wybór czołówek o potężnej ilości lumenów.  Niestety im mocniejsza, tym szybciej pada bateria, więc coś za coś.
Optymalna moc od której można uznać, że czołówka jest spoko to 150 lumenów. Ale ideałem jest 250 i więcej. Oczywiście istotne jest też, by mieć łatwą i płynną regulację snopa światła.


System nośny zazwyczaj składa się z jednego paska (gumy), który trzyma latarkę na głowie. W przypadku cięższych modeli występuje pasek podtrzymujący czołówkę od góry. Przy wyborze należy zwrócić uwagę czy guma nie jest zbyt wiotka, co mogłoby spowodować spory problem z regulacją. Najfajniejsze paski ma Black Diamond i Armytek, gumy w czołówkach Petzla dość szybko się rozciągają. System nośny składa się też z klamerek, dzięki którym możemy regulować obwód. Przy wyborze zwróćcie uwagę czy żadna ze sprzączek nie uwiera.
System zasilania, czyli czy czołówka jest na baterię, czy akumulator. Baterie mają tę zaletę, że są powszechnie dostępne na całym świecie, więc z uzupełnieniem zapasu nie powinno być problemu. Niestety czołówki na baterie zazwyczaj mają krótszy czas działania niż modele zasilane akumulatorami. Dużą zaletą modeli akumulatorowych jest możliwość naładowania ogniwa zasilającego z panelu solarnego lub powerbanka. W każdym miejscu na świecie możemy podładować nasze światełko.
To w jaki sposób jest zasilana nasza latarka zależy w dużej mierze od własnych preferencji i potrzeb. I akumulatory, i zwykłe baterie sprawdzają się dobrze.


Najważniejszym na co trzeba zwrócić uwagę, wybierając czołówkę to do czego ona jest nam potrzebna. Firmy prześcigają się w nowinkach, jakichś kosmicznych patentach itd. A przede wszystkim stwarzają czołówki dostosowane do konkretnych zadań. Inna na biwak, inna dla elektryka, inna do biegania, trekkingu itd.

Biwakowa:
Najtańsza opcja, jej podstawowym zadaniem jest oświetlenie najbliższego otoczenia na kempingu i ewentualnie oświetlenie drogi do kibelka ;) Dlatego przy takiej czołówce wystarczy moc około 50 lumenów. Taka moc pozwala oświetlić wszystko, co jest w zasięgu ręki, a nie oślepia współbiwakujących. Tu można znaleźć coś w okolicach 30 - 100 zł. Latarka o takich parametrach w zupełności wystarczy jako zapas do domu albo auta w razie w.

Czołówka trekkingowa i rowerowa

Level wyżej. Nie dość, że musi oświetlić obozowisko i umożliwić znalezienie czegoś po ciemku w namiocie, to jeszcze musi umożliwić wędrówkę w ciemnościach. Dlatego przy tego typu działalności minimalna moc to 100 lumenów. Optymalną mocą według mnie jest 150 lumenów, oczywiście można mieć dużo więcej. I nawet dobrze mieć moc 2000 lumenów, należy jednak pamiętać, że taka moc jest zabójcą baterii i szybko się rozładuje ogniwo zasilające. Dlatego starajmy się korzystać z mocy na poziomie 150 lumenów, a latarka wytrzyma długo, a my i tak będziemy widzieli wszystko co trzeba. Przy wyborze czołówki na długie wędrówki należy zwrócić uwagę na deklarowany przez producenta czas pracy na baterii na poszczególnych trybach świecenia. Warto też spojrzeć na wagę latarki, bo każdy gram po pewnym czasie zaczyna ważyć dużo więcej ;)
W przypadku chęci użytkowania na rowerze warto poszukać modeli z możliwością zamontowania na kierownicy za pomocą specjalnego montażu - coś takiego znajdziecie w stajni Armyteka i Silvy.

Czołówka na syberyjskie mrozy powinna być taka sama jak trekkingowa, z różnicą, że ogniwo zasilające powinna mieć w osobnym pojemniku na kabelku, dzięki czemu baterie można trzymać cały czas pod kurtką w cieple, a -30*C i więcej nie wpływa specjalnie na czas pracy czołówki.

Niezależnie od przeznaczenia warto zwrócić uwagę na wodoodporność, jak powszechnie wiadomo woda elektronice nie służy. Wodoodporność czołówek jest określana na podstawie współczynnika International protection rating. Zazwyczaj na czołówkach są oznaczenia IPX lub IP + cyferki. Cyferki oznaczają poziom wodoodporności w skali od 0 do 8. Przy czym 0 to brak wodoodporności, a 8 to wręcz pływać można. IPX4 sprawia, że czołówka wytrzyma trekking w ulewie, a IPX7, że jest odporna na zanurzenia do 30 min na głębokość do 1 m.


Kilka cennych dodatkowych funkcji, które znacznie mogą umilić korzystanie z czołówki.
Regulacja kąta świecenia, praktycznie każda czołówka ma możliwość pochylenia w celu świecenia pod nogi. Warto sprawdzić jaki zakres ma czołówka - najfajniej wypadają Armyteka, które można obracać praktycznie o 360*.
Wskaźnik zużycia baterii. Zazwyczaj w postaci diody, która zapala się lub mruga w momencie, gdy bateria słabnie. Jest to cenne zwłaszcza, gdy jesteśmy w dziczy i nie za bardzo możemy sobie pozwolić na nagłe zaciemnienie.
Blokada włącznika - najcenniejsza dodatkowa funkcja, która uchroni latarkę przed przypadkowym włączeniem latarki w plecaku i niepotrzebnym oświetlaniu jego zawartości, a w efekcie rozładowaniem baterii. Co jest nieprzyjemną niespodzianką. Takie zabezpieczenie znajdziemy w czołówkach Black Diamonda.
Stabilizator napięcia - dzięki czemu, mimo słabnącej baterii, strumień światła nie słabnie.

Owocnych poszukiwań odpowiedniej czołówki ;)



sobota, 17 lutego 2018

Torba Foxtrot mk2 od Predathor.pl

Nerka za mało, a plecak za dużo? Często stajecie przed takim problemem? Od niedawna na rynku dostępna jest torba biodrowa Helikon-tex Foxtrot mk2, która rozwiązuje ten odwieczny problem.


Torba zaprojektowana przez Helikona i Survivaltech została stworzona tak, by wygodnie przenosić najpotrzebniejsze rzeczy w każdym terenie. Zwłaszcza podczas długich marszy, gdzie plecak to nie do końca najlepsze rozwiązanie, tutaj też całe obciążenie spoczywa na biodrach, a szelki nie zaburzają termoregulacji, jak to w wypadku plecaka, dzięki czemu nie cierpimy na przepocone plecy, co zwłaszcza w chłodnych porach roku jest dość kontuzjogenne.

Foxtrot od Predathora jest przeznaczony na długie marsze, główny test przebiegał właśnie podczas marszu 42 km. Sprawdził się świetnie.
Pojemność całkiem przyjemna, zmieściło się trochę jedzenia, ciepła czapka, grube zimowe Mechanixy, kompas, super kubek, poncho Sea to summit, multitool, krzesiwo, kamerka i kilka innych bajerów, pod spodem przytroczony Swagmanroll, po bokach stalowa Nalgenka i litr pepsi. Na pasie nośnym z każdej strony zamontowałem jeszcze kieszenie E&E w których było sporo słodkiego, mapa i kuchenka survivalowa + kilka innych bajerów.
Jak widać Foxtrot ma całkiem sporą pojemność, do tego podczas marszu na wierzchu przytroczyłem kurtkę z syntetycznym ociepleniem. Finalna waga wszystkiego wyszła 7,5 kg - czyli dość sporo, mimo to obciążenie dobrze przenoszone było na biodra. A to dzięki szerokiemu pasowi nośnemu oraz szelkom z pełną regulacją, przez co bardzo łatwo i szybko można wyregulować i dopasować torbę do sylwetki.

Fajną sprawą jest możliwość zamontowania na szelkach ładownicy Navtel w którą idealnie mieści się aparat lub kamera, dzięki czemu aparat jest zawsze pod ręką.

Podczas długiego marszu największą zaletą jest niezaburzanie termoregulacji, suche, niespocone plecy to miód malina. Nie cierpimy na marznięcie na postojach i co ważne znacznie minimalizujemy ryzyko przeziębienia pleców - co nie jest przyjemne.


Komfort przenoszenia jest super, ale czy komfort użytkowania też? Otóż i tak i nie. Wygodne przenoszenie, sporo kieszeni (w głównej komorze są jeszcze dwie zamykane na zamek, jedna na froncie, druga na klapie, po bokach elastyczne na butelkę, a na froncie umieszczona jest spora płaska z przegródkami zapinana na rzep) sprawia, że pomieścimy i zorganizujemy cały swój majdan.



Na klapie jest gumka, którą ze spokojem można przytroczyć wiatrówkę lub poddupnik, natomiast od spodu są troki, którymi można zamontować większą kurtkę czy np. swagmanrolla lub małą karimatę. Troki nie są zapinane fastexami, przez co trudniej się troczy, a długość pasków jest niestety o te 5-8 cm za mała.
Jeśli Foxtrota zdejmiemy to dostęp do rzeczy jest lajtowy. Podczas marszu wygodny dostęp jest jedynie do kieszeni zamontowanych po bokach na pasie nośnym. Do głównej komory jest ograniczony. Musimy zdjąć szelki (przynajmniej jedną) i przesunąć całą torbę na pasie biodrowym lub ją całkowicie zdjąć. Może nie jest to jakieś straszne, ale nieco uciążliwe, zwłaszcza podczas cięższych warunków albo po wielu kilometrach męczącego marszu.


Użyteczność jest naprawdę niezła, ma swoje mankamenty, ale nigdy nie jest przecież w 100% idealnie ;) Foxtrot mk2 świetnie sprawdza się na długich marszach jako podstawowe nosidło, ale równie dobrze jako dopełnienie mniejszego plecaka. W plecaku sprzęt foto, a survivalowo-outdoorowe zabawki w Foxtrocie.


Najważniejsza sprawa - wytrzymałość i wykonanie, bo bez tego ani rusz w busz.
Jakość wykonania jest naprawdę wysoka, wszystkie szwy staranne, nie ma odstających nitek, zastosowane materiały też są mocne i odporne na brutalne ciuranie, szuranie, zahaczanie itd., więc nie ma co się przejmować, że w ciężkich warunkach się rozleci.


Czy warto się wyposażyć w takie coś? Według mnie jak najbardziej, od dłuższego czasu szukałem czegoś co czasem zastąpi plecak, a będzie pojemniejsze od największych nerek. I właśnie Foxtrot spełnia moje oczekiwania. Fakt, 230 zł to sporo, ale niejedna większa nerka kosztuje tyle samo albo podobnie, a tu mamy dużą przestrzeń ładunkową, wygodny system nośny i świetne wykonanie. Jeśli szukacie czegoś na długie marsze albo uzupełnienie mniejszego plecaka to Foxtrot jest idealnym wyjściem. Bardzo fajny zestaw to np. Raccoon 22L + Foxtrot - taki set możecie kupić w Predathorze ;)

środa, 14 lutego 2018

Kuchnia survivalowa bez ekwipunku.

Gotowanie w terenie!
Mamy w Buszmeństwie taką niepisaną regułę, ja gotuję w domu, Konrad w terenie. Jakoś tak wychodzi. Ale nie jestem pewna czy nie zacznę czasami dla przyjemności przejmować przygotowania posiłku w lesie... Za sprawą dwóch poradniko-przepiśników Kasi i Artura (Szkoła Rzemiosła Survivalowego) wydanych przez Pascala w ramach serii survivalowej.



Kasia i Artur mają ogromną wiedzę, i nie mówię tego dlatego, że to nasi znajomi! Żyją w zgodzie z lasem, odtwarzają życie prymitywne, pierwotne, prowadzą warsztaty przetrwania itd. Patrząc na przydrożny trawnik, Kasia widzi więcej niż przeciętny człowiek ;) Artur od wielu lat zajmuje się archeologią doświadczalną. To chyba wystarczy, żeby zaufać im, sięgając po pozycje przybliżające pierwotne techniki kulinarne.



Sami autorzy zaznaczają, że prowadzą czytelnika od technik najprostszych do zaawansowanych. W części pierwszej zawarte są metody kuchcenia w ogniu i żarze, za pomocą kamieni i w dole ziemnym. Dodatkowo opisane są pierwotne metody niecenia ognia. Faktycznie są to techniki łatwe i ogólnodostępne. Wszystkie przystępnie opisane, opatrzone kilkoma przepisami. Na początku przeszkadzał mi brak konkretnych proporcji, przyzwyczajenie. Po przestawieniu myślenia na brak miarki, przygotowanie posiłku na oko nie stanowi problemu. Przepisy są ciekawe, brzmią smacznie i będą przez nas sprawdzane na wypadach. Niektóre mają ten mankament, że przygotowanie ich trwa bardzo długo - dłużej niż nasze przebywanie w buszu ;) Są też nastawione na pobyt stacjonarny, a my zazwyczaj mocno się przemieszczamy. Niemniej sporą część postanowiłam wykorzystać (nad chipsami z pasikoników i kebabem z chrząszcza się zastanowię...). Coś mnie jednak wśród tych przepisów męczyło, ilość podpłomyków. Natomiast mocnym plusem są pomocne tabelki o właściwościach gatunków drewna i wykorzystaniu dzikich roślin jadalnych fajnie systematyzujące informacje.
Druga część jest bardziej zaawansowana i ciekawsza na wieczorne pochłanianie wiedzy. O kuchceniu w glinie i wędzeniu. Rozpisane informacje o rozpoznawaniu, rodzajach, poszukiwaniu i przygotowaniu gliny i posiłków z jej pomocą wciągają. Takie kuchcenie daje więcej możliwości (będę w lesie robić pizzę z pieca :D). To samo w przypadku zawartych opisów różnych wędzarni. Rozdziałem kończącym tę część są kolejne techniki ogniowe, a przed nimi ściąga czym zastąpić targanie ze sobą worków mąki. Według mnie ta część wypada ciekawiej od poprzedniej, jednocześnie będąc dla nas mniej użyteczną. Więcej pracy przy gotowaniu, budowanie pieca czy wędzarni ogranicza nas przestrzennie. Najczęściej dużo łazimy, z punktu A do B. Ale książka zainspirowała mnie do częstszego uskutecznienia życia obozowego stacjonarnie. Oczywiście jak poprzednio na końcu są zdjęcia oraz dodatek w postaci tabeli o wykorzystaniu dzikich roślin jadalnych.



Obie części są w formacie kieszonkowym, bez problemu można je zawsze gdzieś wcisnąć i zabrać ze sobą. Po to zostały wydane. Mają dołączone dodatki, rzemień do wykorzystania przy łuku ogniowym i mała tytka z niezastąpioną solą. Fajny pomysł na gift do książki :) Ciekawostką, która coraz częściej pojawia się w publikacjach jest wykorzystanie aplikacji skanującej, odwołującej do filmów uzupełniających treść. Szkoda, że aplikacja czasami nie działa. Tylna okładka jest linijką calową i centymetrową, wbrew pozorom miarka w terenie może się przydać.

Nie byłabym sobą, gdybym nie doczepiła się do korekty ;) Błędy są. Nie jest to ilość ogromna, ale są. Dla normalnego człowieka pewnie niezauważalne ;) Pozycje jak najbardziej leśnym ludkom polecam mieć i używać!


Foka z buszu.

sobota, 10 lutego 2018

Survival Force, Knieje, Rybomania, Tour Salon, czyli intensywny weekend

Ostatnie dwa dni od rana do wieczora spędziliśmy na targach z aparatem i kamerą.

Targi jakoś specjalnie nas nie porwały. Trochę ciekawostek, ale jakiegoś wielkiego szału nie było. Kilku nożorobów, Prządka, Trollsky, Siadaka... Kilka firm eventowo-szkoleniowych, Survival Team, Military Events... Jeden krawiec taktyczny Angry Warrior (mega produkty!). Survivalowych klimatów niestety niewiele więcej, za to stoisk myśliwskich było naprawdę sporo. O Rybomani nie wspominam nawet, tam istny szał, dwie wielkie hale pełne wędek, haczyków, zanęt, łóżek, taczek i innego kosmicznego sprzętu za miliony monet.

Z racji, że survival pojawił się na targach pierwszy raz, trzeba liczyć na kolejne większe i bardziej dopracowane edycje, bo niedosyt pozostał. Może nieco oddzielić od myśliwskich, tu była mieszanka, a jak wiadomo nie każdy lubi panów z flintami. Z pewnością wielką zaletą Survival Force jest okazja spotkania się ze znajomymi z całego kraju, wymiany pomysłów, patentów itd. oraz szansa na poznanie nowych zakręconych leśnych ludków.

Relacja video niedługo się pojawi, a dziś łapcie fotki ;)
















wtorek, 6 lutego 2018

Marsz urodzinowy - relacja

Lubię spędzać urodziny aktywnie w terenie, a nie w jakimś cywilizowanym przybytku. Oczywiście torcikiem, eklerkami i innymi słodyczami nie pogardzę ;)
W tym roku wymyśliłem urodzinowy marsz. Założenie: przejdziemy ile przejdziemy, bez noclegu po prostu kilosy do przejścia, może 50, może 100, zobaczymy.




W sobotę ruszyliśmy busem do Międzychodu, tam zaczęliśmy akcję. Wędrówka miała być na lekko, więc nie obciążaliśmy się zbytnio. Zabraliśmy ze sobą jedynie jedzenie i podstawowy sprzęt jak nóż, kubek, kompas itd.
Ja spakowałem się w torbę biodrową Helikon-Tex Foxtrot mk 2 od sklepu Predathor z dwiema kieszeniami E&E, a Ania i Tatko w plecaki. 



Pierwsze kilometry pokonaliśmy po znienawidzonym asfalcie! W końcu zeszliśmy na leśne dukty i dalej wędrowaliśmy czarnym szlakiem przez Puszczę Notecką. Szlak nawet całkiem ok oznakowany, dobrze przygotowany, więc ochoczo łykaliśmy kilometry.




Pierwsze 10 km nie stwarza żadnych problemów, poszło nam sprawnie, wielkich atrakcji też nie było. Zresztą nie mieliśmy czasu podziwiać krajobrazu, bo tylko marsz, marsz, marsz! :P  Krok za krokiem się liczy, to nie jest wycieczka krajoznawcza! ;)
Na naszym szlaku pojawiły się tropy wilka, więc podekscytowani żwawo wędrowaliśmy dalej i po około 15 km odpoczęliśmy chwilkę na mchu, wciągając musiki owocowe i coś słodkiego.



Przy takich marszach nie ma co długo siedzieć i odpoczywać, bo mięśnie się rozprężą i będzie małe ała. Długa regeneracja wcale nie jest dobra ;)
Na szlaku spotykamy świeżutką nogę sarenki, jeszcze błonki, mięso itd. nie przeschło, a szpik prawie że ciepły. Kilometr, może dwa, dalej jakiś wilczek zrobił kupsko i to naprawdę wielkie, ślady łap dalej szły równo po naszej trasie, niestety po kilku kilometrach zniknęły, a my nie spotkaliśmy żadnego wilka :( 


Przeszliśmy na szlak czerwony w kierunku Wronek. Pogoda nas nie rozpieszczała, raz przyjemne słoneczko i wiosenne powietrze, czasem pochmurno i zimniej, czasem popadał deszcz, śnieg, grad, więc szału nie było, ale przynajmniej motywacja: idziesz - jest ci ciepło i schniesz, siedzisz -marzniesz.




Po 30 km zaczęło zmierzchać, szarówka, trochę mgła, opad, nie nastrajał optymizmem. Na stopach Ani pojawiły się odparzenia i spore odciski - dobór skarpety i obuwia na taki marsz - o tym innym razem ;) a ja zacząłem czuć starą kontuzję kolana. 


Już po zmroku dotarliśmy do Sierakowa, mając prawie 40 km na liczniku. Przeszliśmy przez miasteczko, by po chwili wejść na niebieski szlak i iść wzdłuż Warty. Widoków nie było, bo ciemno jak w dupsku, pogoda też nie najlepsza, bo grad dawał tak, że z połączeniem świateł z czołówek mieliśmy dosłownie stroboskop i widoczność bliską zera.



Przestało padać, minęliśmy Chatę Zbójców, kolejne opuszczone cmentarze. Słyszeliśmy walkę jakichś zwierzaków (chyba dziki weszły w paradę gęsiom na polu).
Po 42 km dotarliśmy do drogi, gdzie odebrał nas kolega ze sklepu modelarskiego DATALANDHOBBY :)