środa, 1 listopada 2017

Masyw Śnieżnika z Grzesiem

Wolny weekend, to trzeba coś zrobić, gdzieś pojechać. Tym razem padło na Masyw Śnieżnika. Zapowiadali deszcz, grad, wiatry, burze i bóg jeden wie co jeszcze, ale to jakoś niespecjalnie wpływało na plany, więc spakowaliśmy wory i pojechaliśmy w Sudety.


Dojeżdżamy do Międzygórza, pogoda nie jest najlepsza. Wilgotność jak w akwarium, pochmurno, dość chłodno, ale nie pada, coś tam kropi, ale nawet mżawką ciężko to nazwać. Ruszamy czerwonym na Śnieżnik, pniemy się w wilgoci, marsz we mgle to fajne uczucie, ale zdecydowanie wolelibyśmy podziwiać widoki zamiast wody. Dochodzimy do schroniska w lekkiej mżawce i nabierającym na sile wietrze. W schronisku ciepła herbata, jajecznica (z jednego jaja bez niczego, NAWET SOLI :p) kiełba, piwko i dalej na szlak.


Wychodząc ze schroniska, wchodzimy w opad śniegu, który na przemian z deszczem towarzyszy nam przez najbliższe kilkadziesiąt minut, by zamienić się w zamarznięty deszcz, śnieg i silny jak cholera wiatr. Docieramy na szczyt, sesja foto i na czuja schodzimy +/- zielonym szlakiem.


Schodzimy w śniegu i wodzie, bo wszystkie szlaki zamieniły się w strumienie. Brniemy tak sobie w dół, coraz mniej śniegu, gleba, jeszcze kawałek i już praktycznie tylko deszcz i czasem nieco śniegu. Dochodzimy do ścieżki biegnącej do Chatki pod Śnieżnikiem.

Docieramy do wspomnianej już budowli z myślą, żeby może zostać na nockę, jednak po syfie, który zastaliśmy w środku odechciało nam się korzystać z przybytku cywilizacji. Pomijając jakiegoś zwierzaka, który nasrał na stół i porozwalał jedzenie, to butelki, puszki i inne ludzkie śmieci zepsuły klimat tego miejsca.
Po chwili odpoczynku w ukryciu przed deszczem ruszamy dalej w wodzie. Oczywiście tu w błocie zaliczyłem kolejną glebę :P ale na szczęście już ostatnią.
Po kilkuset metrach schodzimy ze ścieżki, by wbić się gdzieś w krzaczory na nocleg. Ja w hamaku od Bushmena, Ania i Tatko pod tarpem. Rozstawiony obóz, czyli na luzie możemy się skitrać pod tarpem przed deszczem (cały czas pada). Rozpalamy ognisko, chociaż to mocno powiedziane, bardziej ogniseczko nad którym podgrzewamy golonki, i idziemy się schować przed deszczem. Ja w hamaku dostaje kur**cy, masakra, sztywny, niewygodny, wąski i mega niestabilny. Klnę w niebiosa, zamek puszcza, a ja prawie wypadam z hamaka. Jak już się udało względnie ułożyć to materiał mnie ściska jak w imadle. Tak jak hamaki to ogólnie spoko opcja na nockę, to ten jest tragiczny - ale więcej o nim za jakiś czas. Po ponad godzinie walki z tym dziadostwem postanowiłem, że dupa ja tu nie wytrzymam, idę na glebę. Niestety nie miałem karimaty, musiałem nieco utrudnić nockę Ani i wbić się do jej norki. Dzięki dziadowskiemu hamakowi udowodniliśmy, że norka holenderskiej armii jest dwuosobowym hiper ciasnym mikro namiotem. Nocka minęła całkiem nieźle, jak na taką ciasnotę, deszcz co jakiś czas zawiewany pod tarpa, silny wiatr i skos na jakim przyszło nam spać.


Rano, zanim zdążyliśmy się spakować, zerwał się bardzo silny wiatr, było słychać przewracające się drzewa, zerwało tarpa i cała woda na nim zgromadzona wylała się na bambetle :P Szybka akcja przyszpilenia, dopakowanie mokrych szmat i dalej na szlak, a właściwie na strumień.
Po chwili wychodzimy z lasu na niebieski szlak i zaczyna się zabawa. Zero stopni, silny wiatr (w porywach +/- 100km/h), śnieg i wilgotność na poziomie 90%, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Silny wiatr połączony ze śniegiem dość mocno utrudniał kręcenie i focenie (zresztą cały wyjazd obfitował w małą ilość zdjęć z racji pogody). Coś tam mamy nagrane ;) Po kilkuset metrach wchodzimy w las i już nieco lżej się idzie, wiatr słabszy, ale niestety drzewa leżą na szlaku, więc trzeba obchodzić po krzaczorach, ale przynajmniej jest ciekawie.
Dochodzimy znów do schroniska pod Śnieżnikiem, robimy krótki popas w wiacie obok i schodzimy w dół. Oczywiście nie obyło się bez kolejnych atrakcji, połamane drzewa, w tym jedno idealnie na drodze. Wiatr, śnieg, deszcz, grad - tak nas pożegnał Masyw Śnieżnika. Mimo złej pogody było super, fajne przygody, ciekawe warunki i nowe doświadczenia. Jedno jest pewne, jeszcze wrócimy w ten rejon ;)

Dopiero jak zeszliśmy do auta dowiedzieliśmy się, że to orkan Grzegorz, może i faktycznie dawał nieco, ale Grzegorz jakoś tak do niego nie pasowało. Więc tym razem wędrowaliśmy z Grzesiem ;) 






A już niedługo filmik z naszego mokrego wejścia na Śnieżnik.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz