wtorek, 28 listopada 2017

Latarka Armytek Elf C2

Światłość! I stała się światłość! Odkąd używam latarek Armyteka, to dosłownie nie wiem co to ciemność. Czy to w mieście, czy w buszu zawsze mam prywatne słońce w kieszeni. Jakiś czas temu opisywałem WIZARDA, a dziś przyszedł czas na nieco słabszego ELFA C2. Święta zbliżają się wielkimi krokami, więc w sam raz zapoznać się z elfem ;)


Czołówka przeznaczona jest zarówno do użytku w terenie, jak i w mieście, i w każdym z tych środowisk sprawdza się wyśmienicie. Płynna regulacja mocy światła pozwala na oświetlenie każdego ciemnego zaułka, a jeśli nie potrzebna nam latarnia, minimalna moc i doświetlimy tylko najpotrzebniejsze rzeczy tuż przed nosem ;)

Elf wyposażony jest w akumulator 3200 mAh, który na pełnej mocy (900 lm) wytrzymuje 2h, a w najsłabszym trybie (0,4 lm) aż 200 dni! 0,4 lumena, jak sam producent podaje, to tryb świetlik i faktycznie to jest świetlik po przejściach. Ale zawsze coś tam da, jakbyśmy musieli siedzieć w metrze czy kopalni przez prawie rok ;)
Co fajne, latarka ma wbudowaną ładowarkę micro USB, dzięki czemu bezproblemowo możemy elfa podładować z panelu solarnego, powerbanka itd. A co jeszcze lepsze, może działać niezależnie poprzez ten port. Czyli wywalamy akumulator, podłączamy do gniazdka, powerbanka, dynama itd. i możemy cieszyć się niezłym światełkiem ;)
Pod względem wydajności, wytrzymałości i użyteczności energetycznej jest petarda jakich mało.


Poza tym ma szereg innych zalet. Mianowicie wytrzymałość. Elf jest odporny na zanurzanie do 10 metrów, więc można z nim pływać, wytrzymuje upadki, rzucanie, zamarzanie. Ta latarka jest pancerna, wytrzyma dosłownie każde warunki. Co ciekawe, nawet farba, którą jest pokryta świetnie się trzyma i jest dość odporna na zarysowania. Korpus z aluminium lotniczego sprawia, że nie dość, że jest pancerna, to jest też dość lekka - oczywiście bez akumulatora, który niestety musi nieco ważyć.

Latarki armytek sprawiają, że można mieć swoją własną podręczną latarnię i tak też Elf C2 oświetli nam wszystko nawet w odległości +/- 110m! Ponadto strumień światła ma 70*, a poświata oświetla nam wsio w promieniu 120*. Dzięki temu elf świetnie się sprawdza podczas jazdy na rowerze lub szybkiego przemieszczania, gdzie dosłownie wszystko musimy dobrze widzieć.

Na wielki plus, zwłaszcza przy użytkowaniu w EDC, jest magnes umieszczony w zakrętce, dzięki któremu możemy doczepić Elfa do samochodu czy innego metalowego przedmiotu w celu oświetlenia sobie miejsca pracy lub np. kadru. Ta czołówka, dzięki przyjemnej barwie światła fajnie się sprawdza jako doświetlenie kadru przy fotografii nocnej lub podczas złych warunków oświetleniowych.

Ponadto mamy tu wygodny system pasków, który sprawia, że czołówka siedzi pewnie i stabilnie na głowie nawet podczas biegania. Co ważne, latarkę możemy szybko wypiąć z uprzęży i używać jako zwykłą ręczną.
Dzięki mocowaniu latarkę wygodnie możemy ustawiać pod dowolnym kątem - od oświetlenia ziemi pod stopami po strumień światła skierowany w nieboskłon.



Podsumowując, czołówka Armytek Elf C2 jest naprawdę godna uwagi. Świetne wykonanie, super moc, wytrzymałość, wydajność, zabezpieczenie przed przegrzaniem (a przy takiej mocy nietrudno o przegrzanie) i wskaźnik naładowania baterii. A to wszystko w nawet nie najgorszej cenie, bo 250 zł. Za latarkę o takich parametrach jest naprawdę spoko.





poniedziałek, 27 listopada 2017

Fotorelacja z wypadu na kozice w Masyw Śnieżnika

Trochę fotek z wypadu w Masyw Śnieżnika gdzie naszym celem były kozice. Niestety nie udało nam się złapać żadnej ale i tak wypad można uznać za udany. Więc łapcie foty a obszerniejsza relacja i filmik już niedługo ;)

























poniedziałek, 20 listopada 2017

Zestaw rowerowy od rowerystylowe.pl

Jak już jesteśmy przy jesiennym pedałowaniu to jeszcze przez chwilkę zostańmy w tych klimatach. Dostałem od rowerystylowe.pl rękawiczki i stuptuty rowerowe.


Zacznijmy od stuptutów czy jak kto woli ochraniaczy na buty. Produkt idealny na jesienną pogodę. Deszcz, mokro, zimno, auta chlapią na nas błotem i Bóg jeden wie czym jeszcze, a my potem musimy spędzić cały dzień w pracy albo na uczelni w mokrych butach. Takie ochraniacze pozwalają nam zabezpieczyć się przed deszczem i wszelką materią, którą na nas rzucają auta. Świetna sprawa dla każdego przemieszczającego się rowerem po mieście przy niesprzyjającej aurze. Przyszło mi testować holenderskie pokrowce Anuy Blue Action, niby wszystko pięknie, łatwe w założeniu, faktycznie chronią przed wodą, deszczem, śniegiem nasze nogawki i buty. Zakrywają całą łydkę. Niestety nie zabezpieczają nas przed wodą skraplającą się od środka, gdyż nie są wyposażone w membranę. Jednak przy spokojnej jeździe w mieście to nie problem, bo nie wydzielamy aż tyle wilgoci co podczas ostrego napierania. Jednak przy wyższych temperaturach bywa źle. Więc można przyjąć, że idealnie chronią przed wodą w trakcie użytkowania w mieście i na lekkich przejażdżkach po lesie czy parku. W trakcie jazdy nie spadają, dość dobrze trzymają się nogi, nawet możliwa  jest jazda w koszyczkach.
Niestety nie jest aż tak kolorowo z rozmiarem, ogólnie dobranie rozmiaru pod but to żaden problem, wybieramy odpowiedni rozmiar pokrowca, a później za pomocą taśmy z rzepem dopasowujemy na szerokość. Problemem jest łydka, jeśli ktoś ma szczupłą nogę to tego dobrze nie zapnie, gdyż rzep jest dostosowany do naprawdę sporej nogi i musimy nieco kombinować. Zamiast trzymać się na 100% rzepa, zapinamy pokrowiec na powiedzmy 30 no może 40%. I fakt, trzymają się dalej, ale nieco odstają na boki, przez co w razie zahaczenia na pewno spadną lub co gorsza spowodują glebę - za co wielki minus. Od spodu pokrowce trzymają się na gumkach, które wcześniej czy później się przetrą więc mamy kolejny mankament, a niestety nie ma możliwości wymiany :(
Cena +/- 100 zł za produkt, który nie do końca jest dopracowany to sporo, niby godny polecenia, jednakże ja bym raczej szukał czegoś innego, bo cena nie jest adekwatna do jakości.
Czy warto wyposażyć się w takie stuptuty rowerowe? Ogólnie tak, bo patent niezwykle wygodny i praktyczny, niestety te są za drogie i lepiej poszukać czegoś innego. W rowerystylowe mają jeszcze kilka innych pokrowców, więc jest w czym wybierać.


Było negatywnie to teraz pozytywna strona posta - rękawiczki rowerowe CHIBA retro, może na jesienną pogodę są średnie, bo ręka w nich zmarznie, ale jeśli ktoś jest gorący lub po prostu szuka rękawiczek na cieplejszy sezon, to te są genialne. Firma CHIBA to niemiecki producent z ponad 150-letnim doświadczeniem w produkcji rękawiczek rowerowych i fitnessowych.
Przerobiłem niejedne rowerowe rękawiczki i te są naprawdę zarąbiste. Po pierwsze retro design, który od razu mnie urzekł. Bo czy bawełniana siatka od góry i spód ze skóry nie jest genialnym połączeniem? Przewiewność, lekkość i wytrzymałość w czystej klasycznej postaci. W połączeniu z nowoczesną technologią zastosowaną w spodniej części, specjalne żelowe wkładki, dzięki którym nie czujemy ucisku, jest naprawdę miękko i przyjemnie. Na kciuku mamy frotową wstawkę, dzięki której katar podczas jazdy nam nie straszny ;)

Kolejnym fajnym rozwiązaniem są specjalne pętelki między palcami, które ułatwiają  nam zdejmowanie rękawic. Poza tym jest genialna przyczepność i niezwykle dobre wykonanie. Wszelkie szwy starannie wykonane, nie ma odstających nitek, skóra dobrej jakości, rzep mocny, czego chcieć więcej? Dobrej ceny? A to  proszę bardzo, rękawice CHIBA retro mamy już za niecałe 50 zł. Takie wypaśne, klasyczne, klimatyczne rękawice przy tej cenie to najlepszy wybór.


wtorek, 14 listopada 2017

Helikon UTP Lady

Wiosną zachwycałam się świetną spódniczką damskiej serii Helikona i ucieszyłam, że pomyśleli w końcu o kobietach. Teraz przyszła pora na podsumowanie kultowych spodni UTP w wersji lady. Wcześniej zdarzało mi się (baaardzo rzadko) łazić w małych męskich M-89, ale to średnie rozwiązanie przy kobiecej sylwetce. Cisną biodra okropnie. Dlatego częściej, nawet w buszu, można mnie było spotkać w legginsach. Łazęga po górach i lasach w UTP okazała się niewątpliwą przyjemnością.


Linii produktów Urban Helikona chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Pomyślane tak, żeby spełniały swoje zadania, ale jednocześnie starały się wyglądać zwyczajnie. W przypadku kobiety wydaje mi się, że to i tak nie jest lowprofile, bo na co dzień chodzimy troszku inaczej ubrane. Dlatego kobieta w UTP właśnie wyróżni się z tłumu i od razu widać, że coś tu z nią nie halo. Mimo wszystko spodnie są całkiem ładne! Nie przepadam za militarnym stylem na sobie, a ten wygląd jest całkiem do przyjęcia. Kilka kolorów do wyboru, więc każda może znaleźć jakiś jej odpowiadający. Najładniejsza wypada chyba jednak standardowa oliwka.


Spodnie dostajemy niewykończone, czyli pierwsza rzecz wyciągamy maszynę albo drepczemy do krawcowej, żeby dopasować sobie długość. Śmieszne to, ale i niegłupie, producent nie musi robić kilku wersji. Zapewnia kilka rozmiarów do wyboru, radzę sprawdzać w tabelce, przykładowo moje 26 lub 36 zależy od rozmiarówki, to tutaj 29/34. Polecam sugerować się bardziej biodrami, przymierzałam dwie pary, najmniejszy rozmiar był na mnie ciut za duży w talii i dość mocno opięty w biodrach (nieużyteczne tylne i przednie kieszenie), rozmiar w którym chodzę jest ok w biodrach i trochę za duży w talii, ale dzięki temu mogę docieplić się, zakładając termo lub polar pod spodnie.

Wykorzystany materiał to bawełna rip-stop, poliester, z domieszką spandexu, czyli wytrzymałość i wygoda. Poza miastem spodnie nie miały lekko, przedzierały się przez krzaczory, taplały w błocie, były wystawione na słońce, deszcz i śnieg. Mimo cienkiego materiału są mocne, nic złego im się nie stało, nic się nie popruło, nic nie rozerwało, są bardzo dobrze wykonane. Nie są wodoodporne, ale przy lekkim deszczu dają radę, jeśli jest krótkotrwały perli się na materiale, dłuższy przemaka, z ulewą spodnie przegrają. Łatwo się z nich wszystko ściera i spiera. Były srogo ubłocone, ale już nawet po przejechaniu szmatką wyglądały nieźle. Spandex powoduje, że użytkuje się je komfortowo, lekko się rozciągają, dzięki czemu dają swobodę ruchów w każdych warunkach leśnych i górskich. Na dłuższe wędrówki idealne, nie przewiewają jakoś bardzo, ale też ani razu się w nich nie upociłam. Tak samo jak opisywana kiedyś spódniczka, mają wysoki stan, nie ma szans, żeby się zsuwały nawet przy najdziwniejszych wygibasach (dla zdolnych lub miłośników są szlufki na szeroki pas), a i chronią nasze nery przed zimnem.


Zapinane na zamek YKK, z velcro zamiast guzika. Rozwiązanie do którego przekonałam się chodząc w spódniczce i utwierdzam przy spodniach. W terenie velcro sprawdza się świetnie. Mocne, nie urwie się i lipka, wygodne w czasie zimna, szybkie, dające maleńką możliwość regulacji, jeśli pod spodnie wjeżdża dodatkowy ciuch. Dodatkowo mają z tyłu wszytą elastyczną taśmę i wyprofilowane kolana, więc się fajnie dopasowują. Kolana są wzmacniane dwiema warstwami materiału, faktycznie wygląda na to, że chyba będą nie do zdarcia. Między warstwami jest kieszeń na miękkie ochraniacze, zastanawiam się tylko czy wkładane od dołu nie wypadną. Nie wiem, jeszcze nie używałam tego rozwiązania. Natomiast bardzo lubię pętle przy przednich szlufkach na karabińczyki lub paracord zabezpieczający to, co w kieszeniach.


Spodnie idealne? Niestety nie. Niezbyt fajne są tutaj kieszenie. Czyli coś, co również przydałoby się w terenie. Zachwalałam takie same przy spódniczce, więc dlaczego teraz się krzywię? To, że krawędzie przednich są wzmacniane na klips noża itp. oczywiście super i wszelkie spodnie powinny takie wzmocnienie mieć. Ale, żeby mieć dostęp do tylnych kieszeni i móc z nich korzystać należy wziąć większy rozmiar spodni, ponieważ ciężko wsunąć rękę. Przednie są normalne, ok. Kieszenie na udach są zbyt wąskie. Większe zapinane na zamek i mniejsze na klapkę z rzepem. Do tych mniejszych podobno mieści się telefon, otóż nie. Sony nie wlazło, wcisnęłam tam paczkę chusteczek na styk. Smartfon mieści się w kieszeni na zamek, ale ciężko go wyjąć, a już na pewno siedząc, trzeba prostować nogę i próbować wyciągnąć telefon, obcierając sobie palce o zamek. Dostęp do kieszeni udowych jest tragiczny. Zrzucam winę na to, że są zbyt wąskie albo może są minimalnie za wysoko? Bo zapięcia wypadają prawie na biodrach, co utrudnia korzystanie z kieszeni, materiał jest w tym miejscu mimo wszystko najbardziej napięty. Bronią się dwie przednie, małe, wewnętrzne kieszonki. Świetne do dyskretnego noszenia drobiazgów czy jakiegoś szpeju.



Cena: ok. 250 zł za jakość i wytrzymałość jest całkiem normalna. Spodnie są tak wygodne i wytrzymałe, że stały się moim podstawowym leśnym ciuchem, trzeba tylko brać poprawkę, że nerka lub plecak do przenoszenia sprzętu są przy nich konieczne, bo w kieszeniach się nie pomieścimy, a przede wszystkim wyjmowanie czegokolwiek jest upierdliwe. Ja używam kieszeni do wtykania w nie papierków po cukierkach ;)


Foka z buszu.


wtorek, 7 listopada 2017

Namiot na zimę - kilka rad.

Większość ludzi kończy swoją działalność biwakową wraz z pierwszymi chłodami i krótszymi dniami, jednak jest garstka lubiących biwakowanie w śniegu, w niskich temperaturach, bez robactwa itd.
Można pomyśleć, że namiot na zimowy biwak niczym się nie różni od tego letniego, a jednak jest kilka spraw, które trzeba rozważyć przed wybraniem się w mrozy na biwak.

Niewłaściwy namiot w takich warunkach może przysporzyć nam sporo kłopotów. Podstawą powinna być mocna konstrukcja. Taka, która wytrzyma silny wiatr, opad śniegu i nawet marznący deszcz. Może to być namiot tunelowy, chociaż najlepiej sprawdzają się konstrukcje samonośne jak np. iglo - mniejszy problem z odciągami. Na prawdziwe wichury najlepsza będzie klasyczna tunelowa konstrukcja, odpowiednio rozbita wytrzymuje warunki, które często dają w kość i potrafią niejeden namiot zmienić w strzępy.


W zimowym plenerze często zdarza się, że rano budzimy się przysypani śniegiem, słaby stelaż może spowodować przygniecenie, a w efekcie uduszenie lub inne kłopoty. Dlatego najlepiej odpuścić sobie na starcie marketowe namioty.







Wodoodporność. Tak, zimą jest istotna. O ile tropik może nie mieć podklejonych szwów, o tyle podłoga musi być wodoodporna. Minimalny poziom to 5 tyś mm słupa wody. Taki parametr pozwoli na spokojne biwakowanie nawet w lekko przetopionym śniegu (pamiętajmy, że przez noc sami wytapiamy śnieg pod naszym domem). Jednak najlepszymi parametrami będzie wodoodporność na poziomie 10 tyś mm - co pozwoli nam spać dosłownie w roztopionej brei.


Wentylacja. Podczas zimowego biwakowania ważna jest maksymalna wentylacja naszego namiotu. Wilgoć zabija, wszystko zamarza, namaka itd. Wszechobecna zamarznięta materia w minimalnie podniesionej temperaturze zaczyna topnieć i cały sprzęt nam zamaka. A jak wiadomo mokre rzeczy i niska temperatura równa się problem. Dlatego namiot na zimowe biwaki powinien mieć dobrą wentylację, która jako tako umożliwi nam suche wnętrze.


Dwie powłoki. Ostatni, ale najważniejszy element. Mamy sypialnie i tropik. Taki system pozwala na lepszą cyrkulację powietrza, a dzięki temu mniej doskwiera nam wilgoć. W jedno powłokowej konstrukcji skraplanie i zamarzanie na tropiku i całej reszcie rzeczy jest gigantyczne! Co jest niedopuszczalne zimą.
Dlatego namiot musi mieć osobno sypialnie i tropik. Natomiast czy jest to stelaż wewnętrzny, czy zewnętrzny, to już wedle uznania.

I na samiuśki koniec pamiętajcie o zdrowym rozsądku, żaden namiot ani inny sprzęt go nie zastąpi, a zimą nie ma przelewek. Jeden błąd i można wrócić bez palców albo wcale nie wrócić. Zimowe spanie w terenie jest fantastyczne, ale wymaga też wiedzy i pomyślunku.

I zachęcam do zapoznania się z poradnikiem zimowego biwakowania.

czwartek, 2 listopada 2017

Bluza Carhartt Wind Fighter

Czy bluza z kapturem, taki zwykły kangur może robić robotę w buszu? Czy bluza niebędąca polarem może sprawdzać się przy różnych aktywnościach outdoorowych? I czy taka bluza może chronić przed wiatrem i deszczem? Kiedyś powiedziałbym nie ma bata, coś takiego nie istnieje... a jednak. Od jakiegoś czasu tyram bluzę Carhartta Wind Fighter - czy ta nazwa nie brzmi zajebiście? ;) Klasyczna bluza z kapturem, rozpinana po całości. Materiał to poliester + bawełna, czyli niby nic takiego. Geniusz tej bluzy objawia się dopiero, gdy spojrzymy na dwa czynniki: gramaturę, która tu ma aż 288 - czyli bluza jest cieplutka; nasączenie specjalnym impregnatem, dzięki któremu deszcz tej bluzie niestraszny.
Powłoka Rain Defender zapewnia nam niezłą ochronę nie tylko na mżawkę, ale i całkiem spory deszcz, dlatego ostatnio to mój podstawowy ciuch nie tylko w las, sprawdza się przede wszystkim w codziennym życiu, zwłaszcza jesienią. Mimo wielokrotnego marszu w deszczu ani razu nie przemokła. Nie były to ulewy, ale i nie jakaś tam mała popierdółka. Materiał wprawdzie namaka, ale szybko schnie, więc jako bluza do bushcraftu w sam raz. Mimo impregnacji i bawełny w składzie materiału Wind Fighter wyjątkowo dobrze oddycha, co jest kolejnym plusem.


Dzięki gęstemu materiałowi bluza Carhartta stanowi świetną ochronę przed wiatrem, przy tej gramaturze mamy ciepłą i wszechstronną bluzę. Okazuje się, że z pozoru zwykła bluza może często zastąpić nawet kurtkę.
Co ważne, bluza Carhartta świetnie sprawdza się podczas marszu z plecakiem w temperaturach między 0 a +10*C. W wyższych temperaturach jest za ciepło ;)




Krój Wind Fightera zapewnia pełną swobodę
ruchów zarówno podczas zwykłego spaceru, jazdy na rowerze, jak i podczas wszelkich aktywności, gdzie dynamika i specyfika sprawia, że musimy kucać, podnosić ręce, sięgać coś itd.  Kaptur jest obszerny, co umożliwi nam schowanie kapelusza (bone hat, kangur się nigdzie nie mieści :P) czy czapy z pomponem. Bo jak wiadomo pompon to +10 do przetrwania. Jak przystało na klasyczne bluzy kaptur posiada ściągacze, dzięki którym możemy dopasować go do naszej głowy i opatulić się niczym babunia na bazarku.
W mankietach i u dołu bluzy mamy ściągacze z gumy z dodatkiem spandexu, fajnie dopasowuje się do szerokości nadgarstka, nerki na biodrze itd., dzięki czemu zawsze jest wygodnie i komfortowo. Wiadomo, że ciuch w busz musi mieć mocne zamki i kilka pojemnych kieszeni. Tu główny zamek YKK, nie zawiedzie, przynajmniej nie powinien. Taki sam zamek mamy w kieszeni napoleońskiej (to ta na piersi), w której bezpiecznie możemy skitrać portfel, telefon czy inny bajzel.

Dodatkowo mamy dwie kieszenie u dołu, dość obszerne, więc pomieszczą łapy z rękawicami. Do tego są wyściełane przyjemnym polarkiem, czyli możemy w nich ogrzać zgrabiałe dłonie. Jedyna ich wada to brak zapięcia, jakiegokolwiek! Chociaż zwykłego napa tam dać już byłoby coś, a tu tak bez niczego to lipka. Dobrze, że chociaż zastosowano patki z materiału, więc się do środka nie syfi ani nie kurzy ;)

Wiatroszczelna, wodoodporna, dość lekka, ciepła i wygodna, bluza idealna. Super wykonanie i mocne materiały, dzięki którym mamy ciuch na lata, wytrzyma nie jedną, a setki najróżniejszych przygód w dziczy i mieście. Kolce, mury, beton, piach, zagajniki itd. są niestraszne dla Wind Fightera ;)

Nawet jak na Carhartta nie jest najdroższa, bo kosztuje 399 zł, czyli cena porównywalna z większością dobrych polarów turystycznych.