sobota, 21 października 2017

Domowy survival - recenzja bardzo subiektywna.

Domowy survival dostaliśmy chwilę przed wyprawą wzdłuż Wisły, po powrocie byłam mocno zabiegana, dlatego dopiero teraz mogłam ze spokojem usiąść do lektury. Znając jednego z autorów z kanału YouTube, zabrałam się do czytania z entuzjazmem zdobycia nowej wiedzy, ponieważ modnym dziś preppingiem interesowałam się mniej niż więcej. Dlaczego z każdą stroną coraz intensywniej zastanawiałam się po co ta książka została wydana i coraz bardziej szkoda mi było tego zmarnowanego papieru – odpowiedź poniżej.

Autorami książki są prowadzący bloga domowy-survival.pl. Na zamieszczane przez nich materiały od czasu do czasu zerkałam. Trzeba przyznać, że informacje podawane są przystępnie i nienajgorzej się ogląda. W moje życie co prawda wnoszą niewiele, ale laikowi mogą się przydać. Dlatego wersji papierowej postawiłam poprzeczkę wysoko.

Samo wydanie jest naprawdę fajne. Świetny format, podział na rozdziały i dobre zdjęcia do nich wprowadzające. Reszta zdjęć zawartych w książce niestety nie powala. Nie umknęło mojej uwadze również kilka błędów interpunkcyjnych, gramatycznych i literówek w redakcji (zboczenie zawodowe!).

Autorzy wyjaśniają kim jest prepper, jakie są trudne czasy, piszą o survivalowych potrzebach w domu i poza nim, wodzie, żywieniu, energii w domu, samochodzie w sytuacjach kryzysowych, zestawie przetrwania, bezpieczeństwie, rodzinie i ewakuacji, przytaczają scenariusze apokaliptyczne. Każdy rozdział składa się z kilku krótkich notek. Tak krótkich, że tylko zaznaczających podane tematy (rozumiem, że gdyby chcieć wszystko rozwinąć, powstałaby biblia survivalu, ale w takim razie po co w ogóle pisać o tak podstawowych sprawach?). Każdy, kto jako tako zajmuje się domem o wszystkim, o czym piszą autorzy już wie. Może tego nie praktykuje, ale wie (więc nie musi tracić czasu, żeby o tym czytać), że dla zabezpieczenia na wypadek braku wody powinien mieć jej zapas, alternatywne dla lampy źródło światła również, gdyby kiedyś musiał uciekać powinien być spakowany już dziś, wiedzieć gdzie może uciec i jak, zna też (mój ulubiony fragment) listę produktów, które można suszyć, kisić, marynować, myślę, że nawet dłuższą listę. 

Może to ja jednak za bardzo wierzę w ogarnięcie życiowe ludzi, a wtedy ta książka (jeśli padnie internet) ma sens. Mnie było naprawdę ciężko przez nią przebrnąć. Prawie 300 stron takiego pitu pitu… Poradnik wskazujący rzeczy oczywiste. Zdecydowanie lepiej przeglądać bloga autorów, do którego zresztą odsyłają czasem po jakiś konkret. Dla ciekawej lektury książkowej polecam raczej spojrzeć na inne publikacje, chociażby Gdy rozpęta się piekło Lundina czy pozycje Canterbury’ego, a z naszego gruntu na Dżunglę miasta Pałkiewicza.


Foka z buszu.

1 komentarz:

  1. To nie piłu piłu to taki pseudofachowy bełkot. Porównując do starszych książek polskich autorów to jest porażka i kreowanie się na kogoś kim się nie jest a bardzo by się chciało. Pozdrawiam świetny blog treściwy, ciekawy tworzony z pasją.

    OdpowiedzUsuń