poniedziałek, 23 października 2017

Multitool Leatherman Signal od Militaria.pl

Każdy facet jakieś ostrze przy zadku nosi, a brodacze i szwendacze z reguły wybierają multitoole jako swoje edc. Krótko przed Wisłą, dosłownie kilka dni przed startem dotarł na mój pasek Leatherman Signal od Militaria.pl. Tool stworzony do survivalu i outdooru.



Multitool ze stajni najbardziej znanego i zarazem najlepszego producenta podręcznych skrzynek narzędziowych, stworzony do włóczenia się po lesie, górach i innych bezdrożach, towarzyszy mi od kilku miesięcy w krzakach czy dziczach wszelakich, do tego noszę go w mieście jako edc.
Jako nóż outdoorowy w terenie sprawdza się świetnie, w mieście czasem doskwiera brak cywilnego osprzętu jak pilnik itd. Więc już na wstępie warto zauważyć, że do miasta dużo lepszy jest np. Leatherman Wave ;)
Ale wróćmy do Signala, ma on 19 funkcji:

1. Kombinerki wydłużone płaskie
2. Kombinerki uniwersalne
3. Standardowy przecinak do drutu (wymienny)
4. Przecinak do drutu twardego (wymienny)
5. Przyrząd do zdejmowania izolacji
6. Ostrze nożowe częściowo ząbkowane ze stali nierdzewnej 420HC
7. Piła do drewna
8. Młotek
9. Szydło/rozwiertak z oczkiem
10. Otwieracz do puszek
11. Otwieracz do kapsli
12. Hex Bit Driver 1/4 cala
13. Duże gniazdo na wymienne bity (wkrętaki) + 1 dwustronny bit
14. Płaski klucz uniwersalny do nakrętek 1/4 cala
15. Karabińczyk
16. Płaski klucz uniwersalny do nakrętek 3/16 cala
17. Gwizdek ratowniczy
18. Krzesiwo
19. Diamentowa ostrzałka



Jak przystało na toola kombinerki to podstawowe narzędzie, tu mamy do czynienia z mocnymi i uniwersalnymi, którymi coś dokręcimy albo odkręcimy, do tego mamy w nich wymienne przecinaki do drutu, które są niezwykle wygodne w przypadku majsterkowania przy linkach roweru, kabelkach czy np. niszczeniu wnyk zastawionych przez debili w lesie.

Ważnym elementem multitoola jest nóż. Mamy tu niestety tylko jedno ostrze i to jeszcze w połowie ząbkowane. Niby jest wszystko ok, nawet całkiem spoko trzyma ostrość i można otworzyć je jedną ręką. Jednak ten cholerny ząbkowany kawałek do mnie nie mówi, ja wiem, lepiej tnie linkę, ale dużo gorzej się ostrzy i ogólnie ząbki zbierają syf, a poza tym ja nie lubię ząbkowanych ostrzy. No ale ok, taki zamysł producenta, przód do smarowania, cięcia itd., a tył ostrza do cięcia lin itd.


Kolejne podstawowe narzędzie przydatne podczas walki o przetrwanie czy też na biwakach to piła do drewna, którą Signal ma naprawdę świetną. Ostra, nie tępiąca się i co ważne równie dobrze tnąca suche, jak i mokre drewno. Do tego jest zabezpieczona mocną i stabilną blokadą (tak samo jak nóż), dzięki czemu przygotowywanie opału lub budowa schronienia są szybkie i bezpieczne.


Signal klasycznie jest jeszcze wyposażony w otwieracze do butelek, puszek, gniazdo na bity itd. i wszystko to się rzadziej lub częściej przydaje, ale przede wszystkim działa wyśmienicie i nas nie zawiedzie.
A teraz smaczki survivalowe tworzące z Signala maszynkę do buszowania. Karabińczyk, który pełni kilka funkcji, mianowicie jest otwieraczem do butelek, tak gdyby kogoś naszło na piwko podczas walki o przetrwanie ;) Jest też zabezpieczeniem narzędzia przed zgubieniem, przyrządem do wyjmowania szpilek/śledzi z ziemi, ale też do ich wbijania w podłoże. Młotek  nada się do wbijania gwoździ czy rozłupywania skorupiaków - z pewnością jest to jedno z fajniejszych narzędzi, które najczęściej się przydaje.
Dodatkowo w młotku mamy dwa klucze płaskie (1/4 cala i 3/16 cala). To niestety jest tylko bajer, bo trzeba mieć idealny dostęp do śrubek, by się sprawdził. A jak to zwykle bywa idealnego dostępu nigdy nie mamy :P

Ale to nie dość bajerów survivalowych, bo mamy jeszcze ostrzałkę diamentową. Jest malutka i mało wygodna w obsłudze, ale w sytuacji kryzysowej da się coś naostrzyć. Mamy też krzesiwo z gwizdkiem. Bajer, który z początku najbardziej do mnie mówił. Sprawiał, że: woowowowo tool z krzesiwem, wszystkie potrzebne narzędzia i jeszcze źródło ognia, a przy okazji gwizdek, by wezwać pomoc lub odstraszyć krwiożerczego królika.

Ale żeby nie było zbyt kolorowo, jedno ognisko w mokrych warunkach i pręt krzeszący zajechany prawie do zera. Iskrzy nieźle, ale i mega szybko się ściera. Wada spora, bo sprawia, że krzesiwo wbudowane w Signala trzeba zostawić sobie w razie W, a nie używać na co dzień, gdyż jest bardzo miękkie i szybko się zużywa. Natomiast gwizdek jest mega głośny i sprawdza się wyśmienicie.


Zarówno krzesiwo z gwizdkiem, jak i ostrzałkę możemy dokupić. Fajnie, że jest taka możliwość, ale 40 zł za krzesiwo i 50 zł za ostrzałkę to lekkie przegięcie.

Podsumowując, Signal to kawał fajnego narzędzia stworzonego do lasu. W mieście też się sprawdza, ale jednak brakuje mu nieco do legendarnego i już wspomnianego Weva. Jeśli potrzebujecie toola
w busz to Signal jest ciekawą propozycją, wygodną przy pracach obozowych tych lżejszych, jak i cięższych. Jakość wykonania jak przystało na Leathermana jest bardzo, bardzo dobra, ergonomia i komfort użytkowania wysoki. Wytrzymałość na brutalne traktowanie też na wysokim poziomie. No niby tool idealny, ale ma swoje wady (mało narzędzi i słabej jakości krzesiwo). A największą wadą jest cena, 500 zł za tego toola to sporo, zwłaszcza, że weva w militaria.pl kupimy już za 400 zł, a jest ze mną od prawie 5 lat w służbie i sprawdza się świetnie. Sami musicie ocenić czy taka zabawka w postaci Signala jest Wam potrzebna ;)
 
Obiad też ogarnie ;)


sobota, 21 października 2017

Domowy survival - recenzja bardzo subiektywna.

Domowy survival dostaliśmy chwilę przed wyprawą wzdłuż Wisły, po powrocie byłam mocno zabiegana, dlatego dopiero teraz mogłam ze spokojem usiąść do lektury. Znając jednego z autorów z kanału YouTube, zabrałam się do czytania z entuzjazmem zdobycia nowej wiedzy, ponieważ modnym dziś preppingiem interesowałam się mniej niż więcej. Dlaczego z każdą stroną coraz intensywniej zastanawiałam się po co ta książka została wydana i coraz bardziej szkoda mi było tego zmarnowanego papieru – odpowiedź poniżej.

Autorami książki są prowadzący bloga domowy-survival.pl. Na zamieszczane przez nich materiały od czasu do czasu zerkałam. Trzeba przyznać, że informacje podawane są przystępnie i nienajgorzej się ogląda. W moje życie co prawda wnoszą niewiele, ale laikowi mogą się przydać. Dlatego wersji papierowej postawiłam poprzeczkę wysoko.

Samo wydanie jest naprawdę fajne. Świetny format, podział na rozdziały i dobre zdjęcia do nich wprowadzające. Reszta zdjęć zawartych w książce niestety nie powala. Nie umknęło mojej uwadze również kilka błędów interpunkcyjnych, gramatycznych i literówek w redakcji (zboczenie zawodowe!).

Autorzy wyjaśniają kim jest prepper, jakie są trudne czasy, piszą o survivalowych potrzebach w domu i poza nim, wodzie, żywieniu, energii w domu, samochodzie w sytuacjach kryzysowych, zestawie przetrwania, bezpieczeństwie, rodzinie i ewakuacji, przytaczają scenariusze apokaliptyczne. Każdy rozdział składa się z kilku krótkich notek. Tak krótkich, że tylko zaznaczających podane tematy (rozumiem, że gdyby chcieć wszystko rozwinąć, powstałaby biblia survivalu, ale w takim razie po co w ogóle pisać o tak podstawowych sprawach?). Każdy, kto jako tako zajmuje się domem o wszystkim, o czym piszą autorzy już wie. Może tego nie praktykuje, ale wie (więc nie musi tracić czasu, żeby o tym czytać), że dla zabezpieczenia na wypadek braku wody powinien mieć jej zapas, alternatywne dla lampy źródło światła również, gdyby kiedyś musiał uciekać powinien być spakowany już dziś, wiedzieć gdzie może uciec i jak, zna też (mój ulubiony fragment) listę produktów, które można suszyć, kisić, marynować, myślę, że nawet dłuższą listę. 

Może to ja jednak za bardzo wierzę w ogarnięcie życiowe ludzi, a wtedy ta książka (jeśli padnie internet) ma sens. Mnie było naprawdę ciężko przez nią przebrnąć. Prawie 300 stron takiego pitu pitu… Poradnik wskazujący rzeczy oczywiste. Zdecydowanie lepiej przeglądać bloga autorów, do którego zresztą odsyłają czasem po jakiś konkret. Dla ciekawej lektury książkowej polecam raczej spojrzeć na inne publikacje, chociażby Gdy rozpęta się piekło Lundina czy pozycje Canterbury’ego, a z naszego gruntu na Dżunglę miasta Pałkiewicza.


Foka z buszu.

czwartek, 19 października 2017

niedziela, 15 października 2017

Walka jeleni.

Każdy leśny ludek wie co to rykowisko, wielu miało okazje je usłyszeć na żywo, ale niewielu miało okazję oglądać ten spektakularny pokaz, który natura serwuje nam każdej jesieni. My do dziś też tylko słyszeliśmy lub widzieliśmy jedynie odginające się drzewka i krzaki, nie było nam dane oglądać bezpośredniego starcia dwóch byków walczących o względy dam.
Dwa tygodnie temu specjalnie na rykowisko pojechaliśmy w Izery i żadnego jelenia nie widzieliśmy, nawet niespecjalnie ryczały. Coś tam pobekiwały, ale jak na izerskie rykowisko to była straszna stypa. Wtedy zgodnie uznaliśmy, że się spóźniliśmy i już jest po rykowisku. Ale dziś, przy okazji zwyczajnego weekendowego wypadu w las z aparatem, natura miło nas zaskoczyła. Okazało się, że jednak rykowisko trwa i to jeszcze jak!!!

Najpierw stadko danieli, a po kilku minutach naszym oczom ukazały się łanie. Cali happy chwyciliśmy za aparaty, aż tu nagle dorodny ryk jelenia, po chwili odezwał się inny. Nieźle zaskoczeni czekaliśmy na rozwój sytuacji. Ryków coraz więcej, trzaski gałęzi, uderzenia poroży, dyszenie i coraz głośniejszy pojedynek. Bitwa trwa na 102. Myślimy sobie super tylko czemu do cholery w krzakach walczycie zamiast nam tu na polane wyjść? Po chwili widzimy dwa całkiem dorodne i piękne byki wlatujące w zwarciu na łąkę przed nami. Kilka dobrych minut przepychają się, to jeden, to drugi ma przewagę, na zmianę wyprowadzają sobie ciosy, aż tu nagle bum, koniec. Jeden odpuścił, po prostu wyrwał się z kleszczy splątanych koron i odbiegł w las. Zapewne myśląc sobie tego kwiatu to pół lasu ;)
Zwycięzca dumnie jeszcze kawałek pogonił przegranego, by po chwili wrócić do swojego haremu. Widać było, że nieco zmęczyła go ta batalia, ale co zrobić, taki jesienny żywot jeleni ;) Porykiwał jeszcze chwilę, aż ucichł na dobre, oddalając się ze swoimi nałożnicami w głąb lasu.
Jeszcze kilka razy natknęliśmy się na daniele, i po kilku kilometrach wróciliśmy do auta.

Widok rykowiska nieziemski! Najważniejsze, udało nam się uwiecznić to wszystko na kartach pamięci w postaci zdjęć i filmów. Dziś łapcie fotki, a na filmik musicie chwile poczekać ;)





czwartek, 12 października 2017

Membrana - niezbędna czy marketingowy bajer?

Dziś kontrowersyjnie i z grubej rury, bo słów kilka o membranach. W środowisku outdoorowym panuje przekonanie, jak buty to goretex, jak ciuch to jeśli nie gtx to inna membrana. Przy niektórych aktywnościach i w niektórych środowiskach membrana jest niezastąpiona, bo jazda na rowerze w ulewie bez membrany to średnia sprawa, tak samo wspinaczka w deszczu itd.
Wyjaśnijmy pojęcie membrany. Jest to specjalny materiał, który niektóre cząsteczki przepuszcza,
a dla innych stanowi barierę nie do pokonania.
W przypadku odzieży i butów turystycznych rozróżniamy dwa parametry: oddychalność i wodoodporność.  Oddychalność mówi o ilościach cząsteczek potu/wilgoci, które kurtka odprowadzi na zewnątrz (pamiętajmy, że żadna membrana nie będzie oddychać szybko i wygodnie przy dużej aktywności - dlatego bardzo ważne są wywietrzniki pod pachami, ale o tym może kiedy indziej). Wodoodporność to główny parametr, dzięki któremu pozostajemy odizolowani od deszczu i innych złych warunków pogodowych. Optymalnym parametrem jest 10 000/10 000, pozwalają one na dobrą wodoodporność i nienajgorszą oddychalność. Oczywiście są też membrany, jak np. gtx, gdzie mamy 27 000/27 000, zdarzają się też jeszcze wyższe parametry, ale tu i cena rośnie bardzo mocno.

Oddychalność jest ograniczona, człowiek się poci przy wyższych temperaturach lub większej aktywności, w efekcie czego i tak jesteśmy mokrzy, dlatego ja jestem przeciwnikiem membran. Mam kilka kurtek z membraną i używam okazjonalnie, częściej stosuję kurtki impregnowane, lżejsze, lepiej oddychające i co ważne ich wodoodporność zależy od  nasączenia  impregnatem lub woskiem. Nie ma ryzyka uszkodzenia membrany podczas prania czy przedzierania się przez dzicz. Wystarczy taki materiał zaimpregnować np. kostką wosku i mamy wodoodporną kurtkę. Osobiście wolę nawet przemoknąć od deszczu niż od potu ;) A jeśli warunki są skrajne, to i tak jedyne co nas uchroni przed przemoczeniem to guma, dlatego ja stawiam zazwyczaj na poncho ;)


Powyżej macie zdjęcie przykładowej kurtki materiałowej ze stajni Pinewooda, która przy odpowiedniej impregnacji nie ustępuje wodoodporności membranom.

Oczywiście nieco upierdliwe jest wprasowywać wosk, a im więcej go damy, tym gorsza oddychalność. Ale przy spoko cenie mamy kurtkę na wieki, którą możemy dostosować do swoich potrzeb. Mniej wosku  - lepiej oddycha, więcej wosku - 100% wodoodporności, ale z gorszą oddychalnością.
Tak samo sprawa ma się ze spodniami. Czy polecam kurtki i spodnie z membraną? I tak, i nie. To jest bardzo indywidualna sprawa, którą każdy powinien sam przemyśleć, ja osobiście wolę poruszać się po buszu bez takich wynalazków. Ale co z butami? Czy w butach musi być ten sławetny Gore-Tex czy też inna membrana?
O tuż tu moja postawa jest jednoznaczna NIE! Preferuję buty ze skóry, całe z gładkiej skóry, czy to trekkingi, czy wojskowe wolę samą skórę. Jakakolwiek membrana + skóra + wyściółka sprawia, że człowiek się poci, a oddychalność jest znikoma. Dobry but skórzany wystarczy natłuszczać/pastować i dosłownie mamy kalosz.


Membrana w przypadku butów ma jedynie sens, gdy mamy do czynienia z lekkim butem ze sztucznych materiałów, siatek, tworzyw itd. i przy butach z zamszu, jednak i tak wodoodporność można uzyskać używając impregnatu - ja tak robię z butami pustynnymi i nie ciekną przy chodzeniu po kałużach ;)
Jeszcze taka ciekawostka, miałem wiele butów z membraną i po kilku latach ciekły, a przy dłuższym marszu w mokrej trawie membrana brała wodę jak szmata, natomiast sama nawoskowana skóra trzymała i trzyma wyśmienicie ;)

Czy warto przepłacać za membranę, która i tak po kilku latach zaczyna puszczać, jest delikatna i musi być odpowiednio prana? Według mnie do użytkowania bushcraftowego nie, do użytku
w sporcie, na rowerze czy w mieście już czemu nie. Jednak jak bushcraft to klasyka, czyli skóra
i impregnowany brezent daje nam niezniszczalny sprzęt, który co ważne nie szeleści, dzięki czemu lepiej sprawdza się przy podchodzeniu zwierzyny itd. Wiele razy zastanawiałem się czy membrana jest niezbędna, czy może to bardziej marketing. Po wielu latach używania różnego sprzętu, obracania się w branży itd. dochodzę do wniosku, że głównie robi tu robotę marketing, chociaż membrana ma też swoje plusy.

niedziela, 8 października 2017

MonkSandals Manasul

Każdy wędrowiec wie co to zmęczone stopy. Cały dzień w trepach, ileś tysięcy kroków, ileś kilogramów w nogach to wszystko powoduje, że stopy bolą i ciążą. Dlatego w schronisku i w obozie warto zastąpić trekkingi czymś lekkim a zarazem czymś bezpiecznym - coby se palucha nie uszkodzić. Świetnym, wręcz genialnym rozwiązaniem na takie obuwie są sandały Manasul do Monk Sandals. Niezwykle lekkie, bo rozmiar 42 waży zaledwie 180g!!! Tak, tak buty ważą tyle co dwie czekolady, a nawet mniej. A nie jest to jakiś zwykły klapek z bazaru a pełnoprawny sandał do chodzenia nie tylko po obozie i schronisku, ale też po mieście, lesie czy nawet lekkich szlakach w górach (jednak pamiętajmy, że trekkingowy but to trekkingowy but). Manasul mają wiele zalet ale jedną wielką ponad  innymi sandałami ze sklepów turystycznych. Mianowicie pakowność!!! Zajmują niezwykle mało miejsca, para włożona do specjalnego woreczka zajmuje 2 cm na grubość!!! Czyli tyle co nic, można je wsadzić w kieszeń, czy do komory głównej w plecaku nie tracąc praktycznie miejsca. Manasul to idealna opcja jako obuwie biwakowe i dodatkowe w podróży.


Kolejną zaletą jest podeszwa, 10 mm Vibram o gładkim bieżniku który sprawia, że mamy niezwykły komfort chodzenia, dosłownie można poczuć się jakbyśmy wędrowali boso. Mieć kontakt z naturą. Podeszwa jest nie za sztywna ale, nie za miękka i niezwykle elastyczna i wygodna. Sama mieszanka gumy w tym Vibramie zapewnia nam niezwykłą przyczepność, dzięki czemu sandały świetnie sprawdzają się przy przechodzeniu strumyków, lub jako obuwie pod prysznic w hotelach - coby pasażera na gapę nie złapać ;)

Paski przechodzą bezpośrednio przez podeszwę, co zapewnia jeszcze większą naturalność chodu i dopasowanie do stopy.

Z początku mieliśmy małe obawy, że taki pasek szybko się przetrze, ale jak na razie poza lekkim przybrudzeniem śladów uszkodzenia, czy nawet zmęczenia materiału brak.A używane są zarówno  jako biwakowe i jako prysznicowe, ale i  na spacerach, na rowerze i w mieście. Taśmy zapinamy na klamrę made in usa od Nexusa który produkuje tego typu zapięcia już o 25 lat!! Klasa i jakość sama w sobie. Sandały sprawdzają się w prawie każdym z wyżej wymienionych zadań.
Prawie bo na rowerze średnio się w nich jeździ. Stopa boli bo jedziemy jakby boso, a w razie przewrotki....
Lepiej sobie nie wyobrażać co z naszymi palcami się stanie. Ale w mieście, w obozie, na kajaku, spacerze itd. robią super robotę.


Czy mają wady? Same w sobie nie, jedyną "wadą" jest specyficzna rozmiarówka, trzeba ze strony producenta pobrać szablon, wydrukować go i przymierzyć czy będzie dobrze. My chyba z 4 rozmiary przerobiliśmy zanim dobraliśmy  właściwe:P Nie jest to wada, ale pewna upierdliwość ;) Sama regulacja jest płynna a paski trzymają dobrze, jedynie kilka pierwszych użyć skutkuje częstym poprawianiem taśm tak by w końcu znaleźć idealny układ, który nie uwiera a dobrze trzyma.

Komfort chodzenia jest gigantyczny, przynajmniej dla mnie. Wygodny lekki i naturalny krok, czucie nierówności przy jednoczesnym zabezpieczeniu stopy przed  złymi szyszkami. Do tego świetna przyczepność i wygodne paski. Oczywiście czujemy kamienie, patyki, i wspomniane już szatańskie szyszki!!!!!  Ale nie doskwierają nam one jakoś zbytnio. Przynajmniej nie tak jakby iść boso ;) Manasul to but idealny na odpoczęcie po całym dniu.


Podsumowując. Manasul od Monk Sandals to zarąbiste sandały dla każdego aktywnego człowieka który ceni jakość, niską wagę. A gdy dodamy do tego materiały z najwyższej  półki, spoko cenę (150zł) i to, że jest to produkt MADE IN POLSZA to nic tylko zamawiać. Oczywiście nie każdemu one muszą podejść ale dla nas są genialne!!! Z czystym sumieniem możemy polecić!! A i jest sporo kolorów do wyboru ;)

poniedziałek, 2 października 2017

Jeleni nie było, ale i tak było zajebiście - relacja.

Wrzesień, a właściwie jego końcówka to także końcówka rykowiska. W celu podejrzenia byków walczących o względy łań wybraliśmy się w Izery. Tak jak co rok o tej porze jelenie ryczą cały dzień i noc, tak tym razem cisza. Wchodzimy w góry, zdobywamy wysokość, a tu nic nie słychać, a nawet tropów mało lub całkowicie brak. Idziemy dalej, mały postój przy źródełku Adamsa - po co nieść wodę od samego początku skoro można po drodze nabrać ;) Po kilku kilometrach docieramy do Chatki Górzystów, gdzie robimy popas.


Jajeczniczka na boczku, naleśnik znany na całą Polskę i herbata z cytryną dają nam powera do dalszego działania. Kawałek wędrujemy szlakiem, by po chwili odbić w las. Dalej idziemy już na przełaj, mijamy kolejne strumienie, bagienka. Kupska jeleni są, tropy też, ale nic nie ryczy. Nawet nie czuć tego specyficznego jeleniego odoru. Normalnie o tej porze człowiek nie wie w którą stronę nasłuchiwać, takie ryki są, a tym razem kompletnie nic. Niezrażeni wędrujemy dalej, aż docieramy do planowanego miejsca biwaku. Rozwieszamy hamak od Bushmena, rozkładamy norkę, bivi i rozpalamy ognisko. Biwak na 102 ;)


A przy okazji zaczynamy świętować nadchodzące urodziny Buszfoki ;) Tortu bym nie doniósł, ale muffinki i świeczki były ;)

Siedząc do wieczora i chodząc już na lekko w okolicach obozowiska zero ryków, zero jakichkolwiek śladów na obecność jeleni. Nieco zawiedzeni, ale i tak w dobrych humorach kładziemy się spać. Ania testuje hamak, a ja z tatkiem lądujemy na glebie. W nocy jelenie się rozruszały, ale zdjęć ani ujęć byśmy w ciemnościach i tak nie zrobili :(


Rankiem wychodzimy ze śpiworów na rześkie jesienne powietrze (były ok. 2* w nocy) i ruszamy w drogę.
Przedzieramy się przez torfowiska, ale niestety poza bobkami i sporadycznymi tropami nie ma żadnych jeleni.


Docieramy do szlaku i już nim wędrujemy w stronę Świeradowa. Piękna jesienna aura towarzyszy nam przez całą trasę. Żółtym szlakiem docieramy do wiaty nad Kozim Potokiem, gdzie robimy mały popas, do zielonej budki docieramy drogą gruntową, a od niej już prosto na łeb na szyję schodzimy niebieskim do Świeradowa. Tak kończy się nasza tegoroczna weekendowa jeleniada w Izerach. Nigdy tak słabego roku w jelenie nie mieliśmy, a w Izery jeździmy od lat. Czemu taki słaby rok? Nie wiadomo. Możliwe, że polowania przepłoszyły jelenie, możliwe też, że to już po prostu koniec rykowiska albo maraton rowerowy Bieg Piastów i multum turystów sprawiły, że jelenie wstydziły się zalotów przed publiką ;)


Najważniejsze, że pogoda dopisała, a tak pięknej jesieni w Izerach to nie pamiętamy ;)