czwartek, 28 września 2017

wtorek, 26 września 2017

Namiot Fjord Nansen Tromvik II

Namiot, nasz dom, kuchnia, salon, sypialnia, warsztat itd. Jak znaleźć namiot idealny? Taki, by był komfortowy, wygodny, bezpieczny i co tam jeszcze trzeba. Ciężko tak od razu trafić na ten jedyny, trzeba przerobić dziesiątki namiotów. My od jakiegoś czasu mamy przyjemność używania namiotu Tromvik II, który przekazał nam Fjord Nansen na wyprawę Z NURTEM WISŁY.


Namiot, który nas zaskakiwał nie raz, używany już kilkadziesiąt noclegów, nie tylko na wypadzie rowerowym, ale i w górach, więc możemy co nieco o nim powiedzieć. Na wstępie trzeba zaznaczyć, że to cholernie drogi namiot, bo dwuosobowy kosztuje aż 1500 zł, ale biorąc pod uwagę, że to nasz dom, a domy kosztują w setkach tysięcy, to nie jest najgorzej ;)

Specyfika Tromvika jest wręcz cudowna, niska waga, bo dwuosobowy to niecałe 2 kg, przy wielkich wymiarach, gdyż sypialnia jest przestronna jak namioty Kadafiego. Wymiary: 205 cm długi -pozwala mi się wyciągnąć (mam 190 cm), szeroki na 120 cm pozwala wygodnie spać w 2 osoby z całym bagażem w środku. Wysokość 100 cm pozwala wygodnie operować w środku. Należy wspomnieć, że kształt jaki ma Tromvik sprawia, że na całości jest dość wysoki, nie ma stromych spadków, dzięki czemu w bazie czy na biwaku w razie niepogody wygodnie można w środku żyć, czytać, naprawiać coś czy nawet grać w karty. W razie potrzeby na siedząco komfortowo zmieszczą się 4 osoby, a z 6 na sardynkę. Przy codziennym użytkowaniu nie czujemy się jak w jakiejś klitce.


Konstrukcja Tromvika to klasyczny stelaż wewnętrzny z narzucanym tropikiem, ale dzięki zastosowaniu dodatkowej taśmy lub małym kombinacjom bez niej można rozstawić najpierw tropik, a później sypialnie. Jest to cholernie wygodne podczas rozbijania obozu w deszczu. Opcja dla minimalistów można też ustawić sam tropik, dzięki czemu waga namiotu schodzi bardzo. I mamy coś jak samonośny tarp ;) W takim ustawieniu namiot może być nawet czatownią. Siadamy pod daszkiem, otwieramy nieco wejścia, statywy, obiektywy i działamy. Dzięki samonośnej sypialni możemy jej używać jako moskitiery w upalnych warunkach lub jako odseparowania się od warunków zewnętrznych, śpiąc w wiatach czy obskurnych miejscach. W jednym namiocie mamy i samonośną sypialnie i samonośny tropik.


Fjord Nansen Tromvik to niezwykle przestronny namiot, dodatkowo na komfort użytkowania wpływają dwa przedsionki i dwa wejścia. Dodatkowe rzeczy można trzymać w przedsionku, a jak ktoś w nocy musi iść siku to bezproblemowo wyjdzie, nie budząc drugiej osoby. Przedsionek jest na tyle duży, że przy odpowiedniej wprawie można w nim bezpiecznie gotować - ale trzeba uważać, bo moment nieuwagi i 1500 zł pójdzie z dymem.

W sypialni mamy do dyspozycji płaskie kieszenie, które pozwalają najważniejsze rzeczy trzymać w ładzie, np. telefon, zegarek, tablet, czołówka, książka itd. zawsze są na miejscu i to w bezpiecznym miejscu. Dodatkowo na suficie mamy oczka, przez które można przeciągnąć linkę i powiesić np. skarpety do wietrzenia lub pranie czy lampkę biwakową (możecie zobaczyć to w filmie od 11 minuty https://www.youtube.com/watch?v=SQjdB-fA3VE)


Co z wytrzymałością? No jest delikatny, fakt, mocniejszy niż się spodziewaliśmy, materiał prześwituje, nam się tylko lekko naciągnął materiał sypialni, ale żadna dziura nie powstała (nie wpuściliśmy do środka psa - pies + tromvik = dziura na dziurze, przynajmniej nasz pies). Tarcie gałęzi świerkowych podczas wiatru wytrzymał bezproblemowo, tak samo kilka noclegów w burzy i w ulewie, łącznie z rzeką pod spodem, więc wodoodporny jest. To dzięki zastosowaniu najlepszych materiałów, tropik jest sylikonowany, wszelkie szwy starannie podklejone. Naprawdę nie trzeba obawiać się deszczu.
Co ciekawe, namiot jest bardziej mokry po ładnej nocy z rosą o poranku niż po całonocnej ulewie. Jest to kwestia wentylacji, która jak na ultralajta i tak nie jest zła, ale to po prostu mankament takich konstrukcji i kształtów. Coś za coś. Na szczęście wystarczy otworzyć namiot podczas porannego ogarniania albo powiesić tropik na rowerach i w kilkanaście minut mamy suchy dom.


Niestety po kilku nocach pękł jeden segment stelaża, trochę lipa przy takiej cenie. Materiał to duraluminium, mocny, ale jednak pękł, więc srebrna taśma weszła do działania i załatwiła sprawę. Sam stelaż przypomina trochę antenę radiową, ale nie sprawdzaliśmy jak odbiera fale - stawiam, że radio maryja odebrałby na luzie ;)

Podłoga, jak na ultralajtowy namiot, jest mocna, ale jeśli nie chce wam się wyjmować wszelkich patyczków, gałązek, kamyczków itd. przed rozbiciem, warto rozłożyć dodatkową płachtę, np. grubszy koc NRC. Ochroni przed przebiciem, a dodatkowo zwiększa komfort termiczny.


Kolor tropiku i sypialni sprawia, że namiot jest jasny (w gwieździstą noc widać w środku prawie wszystko) oraz nie nagrzewa się aż tak bardzo, stojąc w słońcu. A w razie potrzeby regulacji termiki otwieramy drzwi u góry i już jest lepiej ;)

Ciekawą sprawą jest, że namiot ma jedynie dwa odciągi, podejrzewam, że przy silnym wietrze może być słabo. My na razie mieliśmy burze, ulewy, wiatr i wytrzymywał wszystko bez problemu, ale na huraganie myślę, że może się położyć - jak nadarzy się okazja, to sprawdzimy ;) Z pewnością mało odciągów ułatwia chodzenie po ciemku dookoła namiotu, mniej linek równa się mniej potknięć ;)

Żeby nie było zbyt kolorowo są też mankamenty. Pierwszym z nich jest zwijanie namiotu. Ogólnie rozbicie namiotu zajmuje moment. Z początku trochę dłużej, gdyż trzeba ogarnąć ten stelaż, ale szybko się to opanowuje. Problem jest ze zwinięciem, gdyż tropik po zdjęciu ze stelaża jest dużą płachtą materiału, do tego bardzo lekką płachtą, więc już sami zapewne się domyślacie co się dzieje jak zawieje ;) Trochę bryzy i pompuje się cały jak spadochron, ale po tygodniu zwijania dzień w dzień i napompowany da się opanować. To nie wada, ale momentami śmieszna przypadłość Tromvika. Wadą, pomijając pęknięty stelaż, są śledzie, które otrzymujemy w zestawie. Pozornie fajne, srebrne, lekkie o trójkątnym przekroju dobrze trzymają i łatwo wchodzą w ziemię. Problemem jest ich haczyk, miejsce, gdzie wkładamy taśmy i odciągi, jest bardzo ostre przez co po 2 nocach zauważyliśmy przetarcia na materiale, więc od razu je wymieniliśmy na inne aluminiowe szpilki, z tego co pamiętam kilka z tych oryginalnych zgięło się lub pękło przy pierwszym wbijaniu w ziemie. Poza przecieraniem materiału problematyczne też było wyjmowanie ich, kaleczyły ręce, trzeba było używać multitoola lub noża. Przy tej cenie w zestawie powinny być bardziej dopracowane śledzie.


Podsumowując, Tromvik od Fjorda Nansena to naprawdę fajny namiot, wielki, lekki, idealny na trekkingi, spływy, wyprawy rowerowe itd. Owszem drogi, ale cena wychodzi z racji użytych materiałów. Czy polecamy? Tak, może cena troszku przegięta, zwłaszcza na polskie realia, ale w swojej kategorii robi robotę.

sobota, 23 września 2017

HandyShower

HandyShower - jakiś czas temu dość głośno było o tym projekcie. Pomysł prysznica dla turystów, survivalowców, komandosów i bóg jeden wie kogo jeszcze. Nie tylko prysznica, ale i bidetu i zmywarki do naczyń. O ile prysznic w terenie rozumiem, zmywarkę do naczyń mogę zrozumieć, to bidet ździebko już wania zbędnym luksusem i bajerem, no ale ok, co kto lubi.
Warto zwrócić uwagę, że poza komfortem dla turystów, handyshower ma być wysyłany do Afryki jako pomoc humanitarna, coby mogli dbać o higienę, minimalizując zużycie wody.


Co to takiego HandyShower? W sumie nic takiego, bukłak z rurką i  końcówką z wymiennymi dyszami w zależności od tego co chcemy umyć. Można powiedzieć, że poza końcówką z opatentowanym zaworem i dyszami nie różni się wcale od typowego bukłaka. Ten sam materiał co w camelach sprawia, że woda wcale się nie nagrzewa, co jest naprawdę sporym minusem, bo jednak człowiek chce się umyć w chociaż letniej wodzie, a tu dupa. Cały dzień na słońcu, a woda może nie lodowata, ale też niezbyt ciepła. To jest podstawowa wada tego produktu, wystarczyłoby użyć czarnego materiału. Natomiast sam dozownik sprawdza się naprawdę fajnie, płynna i łatwa regulacja ilości wody, dzięki której jestem wstanie się umyć w jednym baniaku. Bukłak ma +/- 2 litry pojemności. Jest tu jednak pewien problem, ja się mogę umyć cały, ale gdy ktoś ma długie włosy (czytaj Foka) potrzebuje minimum 2 baniaków na same włosy!! Jeśli ktoś będzie chciał naprawdę dokładnie się umyć lub jest wielki, ta pojemność może być niewystarczająca. Dlatego dobrze by było, gdyby pojemność wzrosła do 3 lub nawet 4 litrów, a sam worek miał bardziej dopracowany wlew, by przy zamykaniu nie wylewać wody.


By prawidłowo i wygodnie korzystać z prysznica musimy go powiesić wyżej (najlepiej na wysokości około 2 metrów) tak, by spływająca woda wylatywała pod odpowiednim ciśnieniem, dlatego do zestawu warto dorzucić sobie ekspander, na którym będziemy mogli zawieszać naszą łaźnię praktycznie wszędzie: w budynku, w lesie, na wiacie, na przystanku itd.

Handyshower jako prysznic sprawdza się bardzo dobrze, tak samo jako zmywarka do naczyń. Duże ciśnienie i silny strumień wody sprawia, że dużo łatwiej domyć garnki w biwakowej kuchni, nawet się nie spodziewałem, że będę woził na wypady zmywarkę do naczyń :P
Tego wynalazku można też użyć jako bidetu, jednak do mnie taki wynalazek nie mówi, więc postanowiłem, że nie będę tego sprawdzał. No i bez przesady, prysznic, zmywarka i bidet na survival? Chyba jajka se ktoś maluje!
Jako prysznic i zmywarkę można nosić, małe po spakowaniu i lekkie, około 400 g - czyli nie za bardzo ciąży, a nawet w najgłębszej dziczy można się poczuć jak w cywilizacji. Do plecaka bym nie pakował, ale jako bajer na rower czy spływ jak najbardziej warto wrzucić do bagażu.


Na powyższym obrazku widzicie urządzenie regulujące. Przyciskamy czerwoną końcówkę i tak długo jak trzymamy woda leci - zawór wygodnie i precyzyjnie ją dozuje. W momencie, gdy puszczamy, przestaje lecieć - pozwala to na naprawdę niezłą oszczędność wody, która w przypadku wielu biednych krajów jest na wagę złota. Przycisk nam się czasem blokował i nie odskakiwał lub nie chciał się wdusić, ale to mankament prototypowego egzemplarza. Należy pamiętać, że finalny produkt może nieco odbiegać od tego tu prezentowanego.


Bardzo fajną sprawą jest, że twórcy postanowili sprzedawać ten produkt w systemieBuy one - give one.
Za każdy sprzedany egzemplarz, drugi trafia do potrzebujących, gdzieś w Afryce czy do poszkodowanych w jakichś katastrofach.

Prysznicy turystycznych na rynku jest od nasrania i ciut ciut. Działają lepiej lub gorzej, niektóre kosztują tyle, że szkoda gadać, a jeszcze inne są tanią tandetą. Natomiast Handyshower ma swoje wady (prototyp), finalnie powinien być lepszy - ale dużą zaletą jest cena. Podstawowy zestaw
możemy mieć już za 60 zł, gdzie otrzymujemy rurkę z zaworem (podpiąć można pod zwykłego camela) + jedną końcówkę. Za 80 zł mamy zbiornik na wodę z rurką, zaworem i jedną końcówką. Za 120 zł dostajemy dodatkowo pokrowiec, 4 końcówki i przyssawkę, coby sobie gdzieś łaźnie powiesić. No i wersja hipersurfifalluxury, gdzie za 160 zł mamy wszystko co wcześniej + magnes neodymowy, wkrętak z hakiem i jeszcze jedną przyssawkę. Osobiście brałbym tę wersję za 60 zł, bo mamy najwygodniejszą końcówkę, którą wsio zrobimy, rurkę, którą jak pokombinujemy możemy połączyć z butelką (np. nalgene), a tam woda ciepła z zimną wlana wymieszana i mamy pełen komfort, do tego jeszcze niższa waga i przystępna cena.

Podsumowując, Handyshower to ciekawy produkt, ale raczej z tych gadżetów około turystyczno-survivalowych. Z pewnością przyda się podczas wypraw w upały, gdzie dobrze jest się odświeżyć po całym dniu, z pewnością pomoże potrzebującym w krajach 3 świata. Ale czy warto się w niego wyposażyć? Oceńcie sami, ja osobiście preferuję mycie się w np. poidle dla koni ;)




poniedziałek, 18 września 2017

MaxCom MS456 - shitfon

Taki już jest współczesny świat, że bez telefonu ciężko żyć, ale też powszechnie wiadomo, że nasze turystyczne działania nie sprzyjają długiemu życiu urządzeń elektronicznych. Dlatego poszukujemy rozwiązań pozwalających cieszyć się aktywnie spędzonym czasem, bez stresu, że coś skasujemy.
Przed wyprawą Z Nurtem Wisły zaopatrzyłem się w telefon MaxCom model MS456. Jest mocny jak skała i na tym kończą się jego zalety. Ja naprawdę nie jestem wymagającym użytkownikiem, tyle coby internet działał, aparat był, można było zadzwonić i odebrać rozmowę. Do tego chciałem wodoodporności, by się nie martwić czy telefon jeszcze działa czy już trup. Nazwa czy logo kompletnie mi wiszą. MS456 faktycznie przez pierwsze kilka dni działał prawidłowo - poza nawigacją, która nigdy nie zaskoczyła. Zacznijmy od jego mocnej strony wytrzymałość.




MaxCom MS456 to naprawdę solidnie zrobiony kawał "telefonu". Fakt, że brzydki jak noc, ale to najmniej ważne. Kopałem, rzucałem, topiłem, leżał też kilka godzin w kałuży i błocie. Żadna z tych sytuacji mu nie zaszkodziła. Wbijałem i wyciągałem nim śledzie od namiotu i fakt wyłączył się, ale odpalił i powiedzmy, że "działał" prawidłowo.Upadki na asfalt, beton, kamienie, błoto itd. też mu niestraszne. Po naprawdę brutalnym traktowaniu powstał jedynie mały odprysk na jednej krawędzi, który nie wpływa jakkolwiek na użyteczność telefonu. Wszelkie uszczelki trzymają bardzo dobrze.
Telefon jest cholernie mocny i faktycznie wodoodporny. Jedyna jego słabość to szkło, które po tygodniu NOSZENIA w kieszeni (nie testowania, nie tarcia itd.) było porysowane jakby zostało przeszlifowane papierem ściernym - a tego nie robiłem :P


Na wytrzymałości zalety się kończą. Przez około 3 tygodnie używania wszystko działało, a później zaczęło się sypać. MS456 potrafił sam zadzwonić, włączyć internet, wysłać eska. Rozumiem jednorazowy przypadek, ale tak się działo często, a z czasem coraz częściej, praktycznie przy każdym użyciu. Podczas jednej rozmowy, zadzwonił, włączył internet i grę i się nie zawiesił! Za co wielki szacun, że procesor mu to uciągnął.
Ponadto dużym problemem w przypadku takiego outdoorowego telefonu jest niedziałająca nawigacja. Przez kilka miesięcy użytkowania ani razu GPS nie złapał satelity.

W outdoorze ważną sprawą jest aparat umożliwiający uwiecznienie przygód.W MS456 działa, ale jakość jest poniżej krytyki. 5 mpx to bardzo mało, więc zdjęcia są mdłe i kiepskie. Aparat przedni to tylko 2 mpx, więc o nim możemy zapomnieć już na starcie. Kamera działa pod wodą, ale aparat już w momencie zanurzenia nie działa. Dlaczego? Nie wiem.

Bateria ma 2600 mAh, więc szału nie robi, też nie jest źle, ale co z tego, skoro telefon nie trzyma jednakowo prądu. Potrafi wytrzymać 5 dni, ale potrafi też rozładować się w ciągu 2 dni albo i szybciej, co jest mało zadowalające, bo nigdy nie wiadomo kiedy nam padnie. Ładowany jest niby standardowo z micro USB, niestety obudowa jest tak specyficzna, że typowy kabel nie pasuje (wtyczka jest za krótka, trzeba zastrugać plastik, by się zmieściła) i musi być oryginalny, który po miesiącu zaczął szwankować i już nie zawsze prawidłowo ładował telefon - aktualnie wtyczka się rozpadła.

Rozmowa podczas marszu, i to wcale nie na wietrze, jest niemożliwa. Głośnik łapie sam szum. A jak zawieje to już armagedon i padaka.

Telefon owszem jako młotek mocny, ale co z tego, jeśli nie spełnia swojej podstawowej funkcji. I to jeszcze za cenę 660 zł! Nie przeszkadza mi, że to noname i jakiś chinol bez znaczka, ale sorry taka cena za telefon, który tak naprawdę poza wytrzymałością nie zapewnia nic, to jest przegięcie!
Zwłaszcza, że też wytrzymałego, ale i super wykonanego Xcovera od Samsunga kupi się za jakieś 200 zł więcej. Przykro mi to stwierdzić, ale nie polecam, a naprawdę wydawał się fajny po wyjęciu z pudełka...

wtorek, 12 września 2017

Daniele i brzydka pogoda

Wolne czyli czas w las, a że pada to chęci nie ma ale, iść trzeba. To już uzależnienie. Jedziemy, wędrujemy, raz pada, raz coś słonko przebija nie jest źle.Po paru kilometrach marszu wchodzimy na ambonę i czekamy. Nie no godzina i nic, pogoda lipna, ni ma sensu siedzieć. A jednak........ mimo złej pogody takie towarzystwo mieliśmy.














Jaki z tego morał? Że nie ma złej pogody na wyjście w las ;)


poniedziałek, 4 września 2017

Małe weekendowe pedałowanie

Pierwszy weekend września to super okazja do pedałowania w świat i testowania nowych ustawień roweru i nowych rozwiązań biwakowo-turystycznych. Więc razem z tatkiem załadowaliśmy nasze rumaki i ruszyliśmy w trasę. Niestety Ania się podziębiła i nie mogła jechać :(

Trasa lajtowa, bo zaledwie ok. 140 km na dwa dni: (sobota) Poznań - Oborniki - Obrzycko - Leśniczówka Daniele i w las, ok. 90 km  (niedziela) Brączewo - Sycyn - Popówko - Lulin - Nieczajna - Kiekrz - Poznań ok. 50 km
Taki wypad pozwolił sprawdzić nową kierownicę (dużo lepiej się prezentuje) oraz centralnie zamontowane rogi, które umożliwiają wygodną jazdę i aerodynamiczną postawę. Do tego przyzwyczaić tyłek do nowego siodełka i sztycy bez amortyzacji - dupa boli, ale chociaż lżejszy rumak i wyższa pozycja :P Dystans, który pokonaliśmy jest w sam raz na jednodniowy wyjazd na lekko, trasa mieszana, większość asfalt, ale i szuter czy dukty leśne się trafiły, które z racji sporych opadów były bardzo błotniste, momentami po ośki w błocie - tak, trekkingowe rowery dają radę w takim terenie! Z potrzeby przetestowania nowego systemu podśpiworowego, czyli  samopompy 3/4 z decathlonu i dmuchanej podusi, podzieliliśmy trasę na 2 dni. Tak jak kierownica okazała się strzałem w dziesiątkę, dużo wygodniej i szybciej można łykać kolejne kilometry, tak też (jak na pierwszą nockę) mata sprawdziła się wyśmienicie, komfort spania wielki, miękko i ciepło, tylko trzeba pamiętać, by coś pod nogi podłożyć ;) Poduszka nieco mniej komfortowa, ale to kwestia dopasowania twardości itd.

Po drodze mijaliśmy sporo pięknych miejsc, widoków na Wartę, zwierząt, no i przede wszystkim wielkopolskich wsi. Nocka niestety była mało przyjemna, bo duszna jak diabli i pełna robactwa, no ale co zrobić, chociaż pierwsze jelenie w tym roku słychać było :) Cały sprzęt się sprawdził, kolejne pomysły na modyfikacje są, a poniżej macie nieco kadrów z naszego pedałowania ;)