wtorek, 29 sierpnia 2017

Carhartt Tacoma - czyli spodnie na ciepły dzień

Już opisywałem pancerne i grube spodnie carhartta CARGO WORK, które idealnie spisują się w warunkach chłodniejszych czy skrajnie nieprzyjaznym środowisku. Dziś przyszedł czas na spodnie, które są  stworzone do warunków cieplejszych. Carhartt Tacoma to budżetowe spodnie ze stajni amerykańskiego producenta odzieży roboczej. Czemu budżetowe? Bo możemy je kupić już za 160 zł, czyli za tyle co chińskie bojówki :p


Można by powiedzieć szału nie ma, zwykłe spodnie z bawełny w ripstopie. Nie jest to byle jaki ripstop, bo cholernie mocny, w przeciwieństwie do innych taktikulowych spodni w tym przedziale cenowym. Fakt, że przedzierając się przez jeżyny i inne kolczaste krzaki czuć jak łechtają po łydach, ale na materiale nie ma najmniejszych śladów, przetarć itd., a na skórze nie widać rozcięć, więc dość dobrze chronią przed złymi badylami. Materiał jest niezwykle mocny i zapewnia długotrwałe użytkowanie spodni. Na kolanach i zadku też żadnych przetarć ani zużycia nie zaobserwowałem. Pancerny materiał, nie aż tak jak w Cargo Work, ale w 90% warunków wystarczy.


Tacomy charakteryzują się też dobrymi szwami, wszelkie przeszycia są trzykrotne, nawet te wewnętrzne! To sprawia, że carhartty to wytrzymałe spodnie przy stosunkowo niskiej wadze. Są cienkie, dzięki czemu dobrze odprowadzają nadmiar ciepła i schną błyskawicznie. Przemoczone do ostatniej nitki wyschną w marszu w kilka godzin (+/- 2-3h).


Tacomy Carhartta posiadają wzmacniane kieszenie, którym niestraszne klipsy od folderów i innego szpeju.
Na komfort znacznie wpływają specjalne przeszycia na kolanach. Spodnie nie podjeżdżają, ani nie uwierają w trakcie siadania, kucania, klęczenia itd. Dzięki temu rozwiązaniu, nawet gdy mamy nogawki wsadzone w buty, mamy pełen komfort we wszelkich aktywnościach i pozycjach. Krój jest luźny i wygodny zarówno w codziennym cywilnym użyciu, jak i w lesie, na rowerze, za kółkiem itd.


Spodnie sprawdzają się w temperaturach od powiedzmy +5*C do +25*C, no max 27*C, bo w wyższych jedyne spodnie, które się w moim przypadku sprawdzają to szorty.

Ale żeby nie było, że tylko kolorowo, to są tu pewne mankamenty. Brak zapinanych kieszeni. Owszem, są spore na zadku kryte patką, ale nie zabezpieczają one cenniejszego szpeju. Są dwie na wysokości bioder, normalne kieszenie, dobre na klucze czy folder, ale też czegoś cenniejszego nie uchronią na 100% przed wypadnięciem. Jest jeszcze jedna kieszeń na udzie też niezapinana - a podobno na telefon! Wejdzie tam smartfon nawet taki duży, ale to, że wcześniej czy później wypadnie albo ktoś sobie go weźmie jest pewne. Dobrym wyjściem jest wszyć sobie w kieszenie sznurki do których zaczepiamy ekwipunek - jest względnie zabezpieczony przed kradzieżą czy zgubieniem. Brakuje tu jakiejś kieszeni zapinanej napą czy czymś takim.


Warto też wspomnieć o odporności tych spodni na brud, zresztą nie tylko spodni, ale wszystkich produktów carhartta z jakimi mam do czynienia. Błoto wystarczy przetrzeć mokrą szmatką albo wykruszyć, śladu nie ma, krew i smary schodzą na luzie w praniu, różne brudy niewiadomego pochodzenia nie zostawiają plam, nawet znikają po przetarciu ręką. To wygodne zwłaszcza, gdy używamy tych spodni w warunkach zarówno miejskich, jak i leśnych czy po prostu mamy brudną robotę ;)


Czy polecam Carhartt Tacoma? Owszem. Są lekkie, idealne na wiosnę, chłodniejsze lato i jesień. Po zaimpregnowaniu woskiem wodoodporne, bez impregnacji przyjemne spodnie na upał. Do tego wysoka jakość wykonania, mocne materiały  i naprawdę dobra cena. Polecam zarówno do miasta, jak i w busz ;)


sobota, 26 sierpnia 2017

Nerka Angry Warrior to jest to!!!

Natura tak już nas stworzyła, że każdy ma 2 nerki, jednak w pewnych środowiskach występuje mutalizm w postaci trzeciej. Czy to osiedlowy dresik z kołczanem prawilności, czy to bazarowy sprzedawca, czy survivalowiec, turysta, każdy potrzebuje dobrej trzeciej nerki. No ok, może miłośnik 3 pasków i bazarowy sprzedawca jakiejkolwiek, ale reszta potrzebuje dobrej nery, która wytrzyma trudy życia w trasie.


Przerobiłem kilkanaście nerek, od takich za kilkanaście złotych, przez topowe modele z naszego środowiska i customowe produkty, ale zawsze czegoś brakowało. A to za duża, a to za mała, a to niewygodna, a to coś. Od kilku miesięcy mam przyjemność dosłownie codziennie i wszędzie nosić nerkę by ANGRY WARRIOR - czyż sama nazwa nie robi już roboty? Mała taktyczna nerka jest tak dopracowana, że człowiek naprawdę chcąc się dowalić do niedoróbek nie może nic znaleźć. Wszystko jest perfekcyjnie wykończone.


Widać tu najwyższej jakości materiały - dlatego mała nerka Angry warrior jest moją ulubioną!!
Dużo naprawdę umilających życie rozwiązań sprawia, że jest świetna nie tylko dla taktikalsów, ale i survivalowców, turystów, rowerzystów, i po prostu do codziennego, zwykłego, cywilnego noszenia.
Nawet do jogi w moim wykonaniu się nadaje ;)


Pojemność jest idealna do przenoszenia podstawowego codziennego ekwipunku typu:
  • Latarka
  • Multitool/folder
  • Portfel
  • Telefon
  • Buff
  • Zapalniczka
  • Wizytówki 
  • I jeszcze parę bajerów wejdzie ;)

Poza zastosowaniem nerkowym, można ze spokojem wykorzystać Angry Warrior jako ładownicę do jakiejś kamizelki taktycznej czy innego systemu kompatybilnego z molle, np. jako apteczkę czy inny organizer.


Pasek po obu stronach posiada klamry, czyli zarówno lewo jak i prawonośni będą mieli komfort użytkowania. Bałem się, że będzie ryzyko wypięcia z którejś strony, ale na szczęście klamry trzymają mocno i pewnie. Co ważne, do wyboru mamy dwie szerokości taśmy 25mm oraz 40mm - ja mam tę węższą, według mnie lepiej się sprawdza w codziennym noszeniu. Mniej ciśnie i łatwiej ją skitrać. Dzięki wąskiej taśmie, małym rozmiarom i przyjemnemu profilowi nerka pod bluzą czy kurtką jest właściwie niewidoczna. Mimo militarnego charakteru, można ją zaliczyć do lowprofilowych produktów, dzięki czemu nawet noszona na wierzchu nie powoduje wścibskich spojrzeń.


Nerka Angry Warrior ma kilka fajnych bajerów. We wnętrzu mamy mały organizer z gumek, dzięki któremu możemy uporządkować swój majdan. To wygodne, po otwarciu nic się nie wysypuje.
Zamek jest bryzgoszczelny, a materiał impregnowany, dzięki czemu nerka bezproblemowo wytrzymuje deszcz, nie jest w 100% wodoodporna, ale na deszczu nie puszcza.
Bardzo fajną sprawą są gumki ze ściągaczem, możemy zamontować dodatkowe rzeczy. Na froncie np. rękawice robocze, a od spodu kurtkę wiatrówkę itp.


Oczywiście, jak przystało na nerki taktikul itd., jest rzep do personalizacji nosidła. Umiejscowiony na taśmach molle, dzięki którym zyskujemy możliwość zamontowania dodatkowej ładownicy czy przeciągnięcia troków.


Nerek na rynku jest od nasrania i ciut ciut, niektóre są wręcz kultowe, wokół których obrosła legenda, są też seryjne wielkich firm, ale są też małe customowe wytwórnie, ludzi z pasją i co najważniejsze z genialnymi pomysłami zrodzonymi z doświadczenia. Właśnie taką firmą jest Angry Warrior - świetna jakość, świetne pomysły i dobre ceny. Mała nerka to 120 zł, czyli bardzo konkurencyjna i dobra cena. Dlatego z czystym sumieniem  polecam zarówno twórcę, jak i samą nerkę. Nie wiem czy trafi się jakaś, która przebije ten komfort użytkowania, bo poprzeczka teraz jest naprawdę WYSOKO!!!


Wymiary 22cm x 11cm x 6cm
Cordura® IRR: 1000D/500D
Rzepy IRR: Alfatex® /Velcro®
Klamry DKAL/ITW Nexus®
Zamek: Alfa bryzgoszczelny matowy
Taśmy IRR: Pasamon/Murdock
Guma: Pasamon/GreenSide
Laminat 650 g/m2 antyrefleksowy matowy, atest niepalności

środa, 23 sierpnia 2017

Z nurtem Wisły - relacja

Całą przygodę zaczęliśmy już w Poznaniu, gdzie wystartowaliśmy w wielogodzinną podróż, a właściwie walkę o przetrwanie w jakże cudownych taborach PKP. Cała nocka z przesiadką (będąc takim cargo - nie polecamy) i mogliśmy ruszać od samiutkiego początku Wisły.


Zaczynając od źródła, byliśmy zdziwieni, że ten (górski!) odcinek WTR jest praktycznie płaski! Pierwszy dzień potraktowaliśmy jako rozruchowy, przepedałowaliśmy +/- 70 km, podziwiając piękne krajobrazy i ciekawostki jak np. dworek myśliwski, samochód podziurawiony kulami i wielki zalew Goczałkowicki, a wszystko to w upale rzędu 45*C. Na nocleg zjechaliśmy za zaporę, gdzie dostaliśmy kawałek ziemi pod namiot u super ludzi (nawet prąd nam podciągnęli!).  






Rano szybkie śniadanko, mała sesja foto, ładowanie rumaków i w drogę. Celem były Rusocice, nie blisko i nie daleko, bo około 100 km do przejechania. Pogoda optymalna, czyli upał przeplatany chłodem mżawki i pochmurnego nieba. Większy postój dopiero w Wilamowicach, gdzie funkcjonowała wielka fabryka maczet i kos, idących na eksport nawet do Ameryki i Afryki! Niestety, od kilku lat fabryka nie istnieje, więc pozostało nam cieszyć się pączkami i bananami z biedry. To miasto z ciekawą historią, mające nawet swój własny język, w stroju regionalnym szkocką kratę i często pojawiające się szkockie nazwisko Fox (więcej w naszym filmie z wyprawy). 




Kolejnym ciekawym punktem na naszej trasie był Oświęcim. Ania była tam za czasów szkolnych, a ja miałem pierwszy raz okazję wejść do tego niemieckiego obozu zagłady. Robi wrażenie, kto nie był - musi odwiedzić to miejsce. 





Przykre jest jedynie, że w miejscu zagłady multum ludzi w kolorowych ciuszkach, robi sobie selfie na tle baraków itd. Nosz kur...a, ja rozumiem, turysta chce mieć pamiątkę, ale troszku ogłady i rozumu - Polacy, Żydzi, Francuzi, Turcy itd. w czasie naszej wizyty takie fotki sobie pstrykali...


Po wizycie w obozie ruszyliśmy już prosto WTR do Rusocic. Trzeba przyznać, że tutaj trasa jest niezwykle przyjemnie przygotowana, asfalt i szuter na podłożu + oznaczenia nachyleń zjazdów i podjazdów, znaki ostrzegawcze, no tylko łykać kilometry.


Po drodze spotkaliśmy jeszcze koziołka, który nie miał najmniejszej ochoty ruszać się z krzaczków i pięknie nam pozował. Dotarliśmy do Rusocic.


Dość spora wieś, średnio było rozbijać się między domami, więc przystaliśmy na pewną ofertę Sołtysa ;) Swoją drogą: #sołtysRusocicnaprezydenta ;) (szczegóły w filmie).






Po małych przebojach na wałach pełnych potłuczonych butelek czekała na nas atrakcja w postaci przeprawy promowej.


Po zejściu na ląd ruszyliśmy w drogę do Tyńca. Gdy już się wdrapaliśmy na te cholerne klasztorne wzniesienia mogliśmy odsapnąć w przepięknym i ciekawym miejscu jakim jest Opactwo Benedyktynów. Piękny widok na Wisłę!





Ruszyliśmy najszybszą trasą do Krakowa. Po drodze mieliśmy okazję obejrzeć m.in. zawody w kajakarstwie górskim. Podziwiając krajobrazy, zbliżaliśmy się prawym brzegiem w akompaniamencie potężnej burzy do Krakowa.




Mieliśmy małą misję znaleźć kamienice w której Babcia mieszkała za czasów wojny ;) Małe zwiedzanie i spacer po Krakowie połączyliśmy z poszukiwaniami, wszamaliśmy pizzę na schodach nieczynnego hotelu i w moment minęły nam jakieś 4 godziny. 







Z Krakowa ruszamy do Niepołomic, gdzie dopada nas niemała burza, a właściwie 3 spore armagedony z różnych stron. Przeczekujemy najgorsze i dalej jedziemy do Puszczy Niepołomickiej. Docieramy do Nadleśnictwa, a tam chamska, bo inaczej nie da się nazwać, odpowiedź baby, że tu nie ma opcji nawet na terenie pełnym wiat i z miejscem na ognisko. Chyba, że najmiemy sobie cały teren - za kilkaset złotych :P Według mapy mieliśmy jeszcze dwie leśniczówki. O tyle, o ile w jednej nie było nikogo widać, to w drugiej był ktoś w środku, były otwarte drzwi, słychać było ruchy, ale nawet nie raczył wystawić nosa zza framugi :P A potem weź miej dobrą opinie o LP :p 



Troszkę zdesperowani dotarliśmy do wsi, gdzie była wielka impreza :P W końcu udało nam się rozbić obóz u przesympatycznych ludzi między krowimi plackami i w rytm przebojów disco :D
Rano odbiliśmy nieco od Wisły i ruszyliśmy w stronę Zalipia.




Mijaliśmy kolejne wioski i w końcu naszym oczom ukazały się domy, płoty, doniczki itd. pomalowane w najróżniejsze kwieciste wzory. Tutaj w kwiatach jest nawet szambo ;)






Ruszyliśmy znów w kierunku Wisły. Dotarliśmy do wałów na których została przygotowana asfaltowa ścieżka rowerowa, mieliśmy okazję zobaczyć chomika europejskiego, niestety nie współpracował z aparatem i skitrał się w swoich tunelach. Zbliżaliśmy się do Szczucina. Dzięki uprzejmości Waldka (spotkanego na ścieżce na wale) z Hurtowni Spożywczo-Przemysłowej Wisła załapaliśmy nocleg w iście królewskich warunkach - prąd, czyli baterie doładowane, woda, czyli buszmeństwo wykąpane i przeprane.




Rano pożegnaliśmy się z Waldkiem i znów odjeżdżając troszkę od Wisły udaliśmy się na spotkanie z Koziołkiem Matołkiem. 



Przez Połaniec przedarliśmy się bez większych problemów, ekstremalne przeżycia zaczęły się dopiero podczas przeprawy przez most. Tragiczne oznakowanie dogi rowerowej i brak zjazdu na ścieżkę zmusiły nas do jazdy między tirami, autami, po potłuczonym szkle itd. Na szczęście takich warunków było tylko kilka kilometrów i po chwili zjechaliśmy na spokojne wiejskie drogi o ruchu równym 1 auto/pół dnia.


Dotarliśmy do Baranowa Sandomierskiego, gdzie zrobiliśmy mały popas. Dalej ruszyliśmy do Tarnobrzegu, by nad jeziorem znaleźć miejsce pod namiot.



Jadąc sobie wzdłuż jeziora rozglądaliśmy się za parcelą pod naszego Tromvika. Na samiuśkim końcu jeziora jest mały domek z bali, który okazał się bazą WPR, gdzie na nasze: SZUKAMY MIEJSCA POD NAMIOT, dostaliśmy błyskawiczną odpowiedź: TO ZNALEŹLIŚCIE :D 




Jednak po chwili z miejsca pod namiot przenieśliśmy się na poddasze, nie było co dyskutować z  wilkiem morskim ;) Jak się później okazało, nasz gospodarz to Waldek (druga super gościna i drugi Waldek, przypadek? nie sądzę!) Dzień zakończył się wieczorną kąpielą w jeziorze i biesiadą do późnej nocy :)





Rano kierunek Sandomierz. Dosłownie poczuliśmy się jak Ojciec Mateusz, rowerem po Sandomierzu :P A księżulek przewija się wszędzie, tu sklep, tu bar, tu muzeum, tu dworek. Skusiliśmy się na zapiekankę Ojca Mateusza, bardzo tania i bardzo dobra. 




Mijaliśmy opuszczone ceglarnie i inne klimatyczne porzucone gospodarstwa. 



Na lewym brzegu dopadła nas wielka burza, ulewa niemiłosierna, więc szybki manewr desantowy na prawy brzeg za pomocą promu. Tak jak prom to fajna sprawa, to w tym przypadku było kombo, lało, pijany sternik? Kapitan? Zwał jak zwał, ale cud, że nie wypadł za burtę. Koszt przejazdu to bagatela 12 zł za dwie osoby i rowery - ze zniżką, którą nam wilk prom(il)owy dał :P 
Na prawym brzegu była nieco lepsza pogoda, więc ochoczo przemierzaliśmy kolejne kilometry, by po pewnym czasie dotrzeć do Józefowa nad Wisłą, gdzie spotkaliśmy się z Adim i ferajną z Tradycyjnego Włóczęgostwa. Biwak nad Wisłą, ognisko, pizza, napoje różniste, kiełba i masa komarów zakończyły kolejny dzień w siodle.





Zajechaliśmy na przeprawę czołgową i śmigaliśmy szosą do kamieniołomu, gdzie rozpościera się fantastyczny widok na Wisłę i całą okolicę. 



Po chwili dopadł nas deszcz, więc zrobiliśmy na najbliższym przystanku postój i śniadanko w postaci bułek z kozim serem od Adiego. NIEBO W GĘBIE! Bułki się skończyły, deszcz też przeszedł. Ruszyliśmy do Kazimierza Dolnego. Po drodze na świetnym zjeździe, na którym szło rozhulać niezłą prędkość, niespodziewanie drogę zajechał nam znajomy na chwilkę gadki :) Kazimierz - piękne, średniowieczne miasto, cudna architektura i niestety multum cyganów (jednak duży nóż przy pasie działa odstraszająco) ;)



Po nasyceniu się goframi ruszyliśmy dalej z nurtem Wisły, przebiliśmy przez Puławy i dotarliśmy do Gołębia, gdzie w centrum tak niepozornej wsi znajduje się niezwykle ciekawy architektonicznie niderlandzko-włoski manieryzmi i pierwszy w Polsce domek loretański. Tutaj polecamy też odwiedzić Muzeum Nietypowych Rowerów :)



W całkiem przyjemnej pogodzie ruszyliśmy w kierunku Dęblina. Planowaliśmy biwak w okolicy przeprawy czołgowej, a tam multum ludzi. Nie było jak bezpiecznie i niepostrzeżenie się rozstawić, łacha piachu była oddzielona od nas bagnem, gdzie nasze 50 kilogramowe rowery od razu by utonęły. Na nasze szczęście przybył wybawca na rowerze, facet z pekińczykiem w koszu, który zaproponował nocleg u siebie. Też miało być miejsce pod namiot, a ostatecznie zlądowaliśmy w nazwijmy to pokoju gościnnym przy garażu. Na kolację skosztowaliśmy pysznej jajecznicy na wiejskich jajkach :D Rano wypiliśmy z gospodarzami herbatkę i obraliśmy kierunek na Warszawę.



Za Dęblinem pogoda dowaliła na 102. Temperatura koło 10*C, ulewny deszcz, piekielnie silny wiatr, który miotał nami po całej drodze. Po 30 km w takich warunkach dotarliśmy do pierwszej stacji benzynowej, kompletnie zgnojeni zastanawialiśmy się czy ciśniemy dalej, czy szukamy gdzieś tam noclegu. Postanowiliśmy pojechać dalej i było to dobre posunięcie, bo po kilku godzinach przynajmniej przestało padać, wiało do końca dnia. Nocka była przyjemna, nad starorzeczem Wisły, w doborowym towarzystwie, świętując urodziny kumpla z HobbyHouse.pl, i co ważne przy ognisku, więc można było się wysuszyć ;)



Kolejny dzień zaczęliśmy od przepychania rowerów przez bagnisko do szutrowej drogi, później do głównej 801 i mozolnie pedałując poboczem zbliżaliśmy się do Wawy. Wielki smród i wielkie miasto :P Jadąc wzdłuż Wisły nie da się ominąć stolicy. Zajechaliśmy do Hali Rowerowej, gdzie umyli nasze rowerki, wyregulowali, podokręcali, nasmarowali i powymieniali co tam było trzeba.
  



Będąc już tak blisko, postanowiliśmy przejechać przez Puszczę Kampinoską. Na jej końcu mieliśmy już załatwione miejsce na nocleg.


Kolejny dzień zaczęliśmy naleśnikami od naszej gospodyni. Pożegnaliśmy Kampinos, żeby po chwili jazdy przekroczyć Bzurę.


Po paru kilometrach skręciliśmy w drogę o zerowym ruchu i jechaliśmy bardzo blisko rzeki w miłym towarzystwie napotkanego kolarza na przełajowce. Nasze tempo wynosiło 20 km/h. Zbliżaliśmy się do Płocka.


Popedałowaliśmy do Soczewki nad sympatyczne jeziorko i nockę na polu namiotowym PZW - co się tam działo widać troszku na naszym filmie. Byliśmy całkiem blisko rodziców Ani (w sumie naszych :) rodziców) z którymi niestety widzimy się rzadziej, więc wpadli do nas z prowiantem i wyżerką oraz nowym bajerem do testowania, czyli HANDYSHOWEREM.


Jadąc przy samej Wiśle i podziwiając widoki dotarliśmy do Włocławka. Minęliśmy tamę, istną bombę ekologiczną, która jeśli wybuchnie, to żegnaj świecie, witaj apokalipso (więcej o tym w filmie). Za Włocławkiem ruszyliśmy w las, z początku całkiem przyjemną leśną drogą, która zmieniła się w piaszczysty dukt. Trwała walka o każdy przejechany metr, ale w końcu doczłapaliśmy się do Bobrownik. Polecamy wskoczyć na ruiny krzyżackiego zamku, fajny widok na rzekę.




Za Bobrownikami WTR była nieprzejezdna dla naszych obciążonych rowerów. Drogą pożarową nr 13 zamierzaliśmy dojechać pod Toruń. Fakt, fragment dojechaliśmy, jednak jakoś ponad 10 km pchaliśmy rowery w sypkim, dosłownie morskim piasku. Mijając porzucone cmentarze i domy z patolką w środku lasu (wiało horrorem), późnym wieczorem rozbijaliśmy obóz na starej przeprawie promowej.


Rano ruszyliśmy prosto na Toruń, gdzie zasiedzieliśmy się na pogaduchach i herbatce w EDCkanciapie. Poza tym było bardzo przyjemnie przejechać całe miasto nad rzeką.


Za Toruniem stan licznika pokazał tysiąc kilometrów! Tego dnia dotarliśmy do Borówna, gdzie w ogródku sołtysa rozbiliśmy namiot. Obok na wale mieliśmy piękną panoramę na Wisłę, w połączeniu z zachodem słońca żyć nie umierać :) (obozować się nie dało ze względu na ilość kręcących się tubylców).



Dalej udaliśmy się do Chełmna - miasta zakochanych. Naprawdę bardzo ładne miasteczko i pyszne lody i rurki z kremem na rynku.


Mijaliśmy także bardzo ciekawe Górne i Dolne Wymiary :D



Po małych wygłupach ruszyliśmy już bez zbędnych postojów do Grudziądza, gdzie zamierzaliśmy coś zjeść i ostatni raz przekroczyć Wisłę. Podobno Grudziądz to fajne i bezpieczne miasto. Fakt, niezwykle urodziwe, ale z tym bezpieczne to nie wiem. Przez godzinę mieliśmy okazję użerać się z wariatką, zobaczyć wypadek taksówki z dwoma tramwajami, z centrum handlowego wylazł gość z nożem krzycząc, że ma nóż i pozabija wszystkich - nikt się nim nie przejmował, nawet policjanci stojący obok... Ruszyliśmy na lewy brzeg Wisły.


Po kilku godzinach pedałowania objazdem dotarliśmy do Agroturystyki Huzar i tam postanowiliśmy obozować.


Rano, korzystając z dobrej czasówki, postanowiliśmy zadbać nieco o higienę. Ania umyła włosy za pomocą Handyshower, a ja jak przystało na Buszmena szybko umyłem się w korycie dla koni ;) 



Odświeżeni szybko dotarliśmy do Kociewia. Podziwiając piękne krajobrazy, zdychaliśmy w upale na podjazdach, których było więcej niż na górskim odcinku wyprawy. Jeśli są podjazdy, są też zjazdy, a na końcu jednego z nich czekało na nas Betlejem. Jezuska nie było, więc ruszyliśmy dalej.


Dotarliśmy do zamku Gniew, a kto jest jego właścicielem sprawdźcie sami (reklama wisi na murach - jest śmiesznie) ;) 


Późnym popołudniem dotarliśmy do Tczewa, gdzie opierdzieliliśmy pysznego burgera giganta na bulwarze, chwilę odpoczęliśmy i popedałowaliśmy dalej. Jechaliśmy przyjemnie zrobionym bulwarem nadwiślańskim.


Słońce było już coraz niżej, a my jeszcze pedałowaliśmy, aż do Steblewa, gdzie znajdują się świetnie zachowane ruiny kościoła. Po małej sesji foto zrobiliśmy jeszcze kawałek i znaleźliśmy nocleg w szkółce jeździeckiej.


Ostatni nocleg przed metą, kładliśmy się w super nastrojach i w takich samych wstaliśmy. Na ostatni dzień wypadło nam +/- 30 km, więc żaden to dystans, jednak, jak się później okazało, końcówka była bardzo, bardzo powolna. Pchanie roweru lub ciągnięcie go po plaży i przez Mewią Łachę aż do samiuśkiego ujścia Wisły było tak wolne, że liczniki przestały nam liczyć dystans.


Po 14 dniach i 7 godzinach osiągnęliśmy ujście. Przejechanie niecałych 1300 km zajęło nam dokładnie tyle czasu, ile spływ Wisłą, który miał miejsce kilka lat wstecz.
Fantastyczna przygoda, wspaniali ludzie oraz wiele niezapomnianych chwil i przepięknych miejsc.





Dziękujemy wszystkim, którzy nas wsparli i dopingowali. Sponsorom, patronom, rodzince, znajomym i wszystkim spotykanym po drodze ludziom za każde miłe słowo :)

Bardziej szczegółowa relacja (trasa, ciekawe miejsca itp.) na zamknięcie Roku Wisły ukaże się w grudniowym Rowertourze :)

A później! Będziecie mogli przeczytać jeszcze więcej o wiślanej turystyce... i to nie tylko rowerowej... w książce, za którą powoli się zabieramy! :)


Kto jeszcze nie widział, niech siada i ogląda ;)