piątek, 9 czerwca 2017

Palnik spirytusowy - czy warto?

Palnik spirytusowy, niektórzy go kochają, inni nienawidzą, a jeszcze inni mają na niego zwis. Ale pytanie brzmi: czy on faktycznie ma sens? Z jednej strony łatwość dostępu do paliwa - w końcu każdy menel ma dyktę przy sobie - tanio i łatwo. Niska cena kuchenki też nie jest bez znaczenia - tandetnego milteca kupimy już za 15 zł, a porządnie zrobioną, wielką i dość ciężką, ale i z charakterem, szwedzkiej armii dorwiemy już za 25 zł. Do tego małe rozmiary, można pomyśleć, że kuchenka idealna - niestety prawda jest inna.  Owszem, na początek przygody z lasem spoko opcja, tania i na zrobienie herbaty starczy, ale ma jedną wadę, potrafi buchać niekontrolowanym płomieniem i może spowodować pożar.

Poniżej macie palnik milteca - najgorsza z najgorszych firm -  i od razu widać największy mankament tych kuchenek, problem z ustawieniem kubka. Niby można postawić od tak, ale zazwyczaj płomień gaśnie lub kubek się przewraca i dupa z gotowania. Więc przymusowe jest postawienie garnka na jakichś kamieniach, można też na szpilkach namiotowych lub kupić specjalny stojak, ale cholera nie po to mam kuchenkę, by jeszcze kombinować jak to postawić.


Czas zagotowania kubka wody (0,5l) to średnio od 10 do nawet 15 minut (a na kuchence gazowej to kilka minut), czyli naprawdę kiepsko. Co ciekawe, na kuchence szwedzkiej armii czas gotowania jest nieco krótszy, ale i tak szału nie ma. Najprawdopodobniej jest lepiej dopracowana, a może większa ilość paliwa, nie wiem, w każdym razie działa dużo lepiej i jest bardziej stabilna.
W celu sprawdzenia co jest lepsze, zalewaliśmy kuchenki denaturatem i benzyną - przy benzynie spore kopcenie i brudzenie naczyń, ale za to nieco lepszy czas gotowania, klasyfikujący się na poziomie 7 minut. W necie można przeczytać, by nie zalewać niczym innym jak dyktą, ale z naszych obserwacji wynika, że wsio można lać, byle parowało i się paliło.


W wysokich temperaturach na niedzielny spacerek, coby se herbatkę zrobić na szlaku, czemu nie. W dobrych, bezwietrznych warunkach nie ma problemu z zagotowaniem wody - wysoka temperatura zwiększa parowanie i automatycznie ułatwia palenie. Ilość paliwa zużytego do gotowania latem jest do przeżycia, jednak przy dłuższych wyjazdach zabieranie spirytusiaka mija się z celem. Tak samo zimą, człowiek siedzi i zamarznie zanim się ta kuchenka rozpali, nie mówiąc o zagotowaniu, a już o topieniu śniegu można zapomnieć. 

Pewnie jak już się domyślacie moja opinia na temat spirytusiaka jest negatywna, i macie rację, jest to fajny bajer i ciekawa sprawa w razie W, zwłaszcza, że łatwo można samemu zrobić taki palnik z puszki po piwie, czy coli. Ale w warunkach terenowych się nie sprawdza, bo co mi z kuchenki, która kubek wody gotuje tyle co gazówka kilka litrów. No i fakt, że na takim palniku nie da się gotować żadnej strawy, służy ona tylko do podgrzewania lub zagrzania małej ilości wody. Dla mnie nie ma sensu nosić czegoś takiego. Dużo lepszym wyjściem jest kuchenka na śmieci, palnik gazowy lub wielopaliwowy albo klasyczne ognisko.

Jest tylko jedna rzecz, która działa in plus spirytusiaka - klimat jaki daje taki mosiężny palnik. Dosłownie można się poczuć jak kilkadziesiąt lat wstecz. Ale poza klimatem nie zapewnia on nam dosłownie żadnych wartości.

To czy warto? Jako bajer do kolekcji czemu nie, ale do używania na szlaku odradzam. Zwłaszcza, że kuchenki na śmieci, patyki itd. można kupić już za 40 zł, a za poniżej 100 zł można kupić już naprawdę dobrą kuchenkę gazową, która posłuży lata i nie zawiedzie na szlaku. Oczywiście "surfifalowcy" powiedzą, że gaziak, to nie jest kuchenka dla survivalowca, no sorry na prawdziwym survivalu to się nic nie ma, ani gazowej, ani spirytusiaka ;)


3 komentarze:

  1. wady które opisałeś dotyczą niskiej jakości sprzętu.....

    Wydajność kaloryczna - tu można się zgodzić, ale lepsza niż spirytusu w żelu (armia) czy paliwa stałego typu Esbit.
    Spokojnie da się zagotować - trzeba tylko umieć. Z gazówką prawda, przegra w mocy kW, ale, jeśli ktoś nie ma 100g kartusza, to waga na krótki wypad, liczona nawet z wiatrownicą powoduje, że spirytusowa, to jedna z moich ulubionych.

    OdpowiedzUsuń
  2. Klimat i waga to coś, co dla mnie jest wielkimi zaletami. Na dłuższy wypad raczej odpada, ale in case of ;) Na survivalu to tylko ogniska :p

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też się pozbyłem spirytuśniaka... tzn. leży zapomniany gdzieś w garażu w pudle z napisem "mój prywatny demobil". Taka kuchenka przegrywa u mnie z innymi opcjami: palnikiem gazowym (kartusz 100g i lekki tytanowy palnik ważą mniej więcej tyle samo co dykciara + butelka z dyktą, a kłopot w razie wylania dykty spory), z kuchenką wszystkopalącą (jeszcze lepsza dostępność i koszty paliwa, a w zasadzie kosztów tegoż brak), a nawet z kuchenką na tabletki, choć za tą również nie za bardzo przepadam. Tak więc mój ranking:
    1. ognisko (za klimat!!! tego nic nie przebije)
    2. palnik gazowy
    3. składana kuchenka typu "spal wszystko" (za gniotsa, nie łamiotsa, brak kosztów paliwa, częściowo też za klimat podobny do ogniska)
    4. kuchenka (np. typu Esbit) na paliwo w tabletkach (nie przepadam za zapachem płonących tabletek... i szybka to ona też nie jest)
    5. Na końcu wreszcie spirytusówka (paliwo i tak trzeba wlec ze sobą do lasu, no chyba że trafi się jakaś dzika bimbrownia :), długi czas gotowania, ryzyko wycieku denaturatu, brak dedykowanego miejsca na naczynie - trzeba kombinować, coraz częściej trafia się denaturat OGNIOODPORNY!!! choć nie wiem, jak to możliwe)
    Zaznaczam, że nie miałem do czynienia z poważnymi kuchenkami na paliwo ciekłe, czy to poradzieckimi, czy wiodących firm turystycznych. Może w przeciwnym wypadku ranking wyglądałby inaczej. Do zobaczenia na szlaku! Pozdrawiam - Ob.Leśny

    OdpowiedzUsuń