poniedziałek, 26 czerwca 2017

URBAN TACTICAL SKIRT + e-militaria.pl… czyli to, co foki lubią najbardziej!

Nawet leśna foka ma w swojej szafie i przyodziewa czasem jakieś sukienusie ;) wtedy wszystko, co się nosi musi wylądować w torbie. A co jak najdzie ochota założyć spódniczkę, taką zwykłą, codzienną, ale niekoniecznie delikatną i bardziej praktyczną niż miniówa? Taadaam! Rozwiązanie w postaci miejskiej taktycznej spódniczki Helikona podesłało e-militaria.pl. Swoją drogą brawa dla Helikona, że w końcu pomyślał też o babkach (nadal mi mało).


Paczka od e-militaria.pl wylądowała u mnie już daaawno. Trochę pochodzone, więc mogę się wypowiedzieć. Pierwsze wrażenie: „o kuźwa, ale to ciężkie!”. Biorąc do ręki czuć, że swoje waży, ale jest naprawdę gruba i porządna. Po założeniu na siebie waga oczywiście znika i w ogóle jej nie czuć. Materiał sprawia, że nadaje się na każde warunki, teraz latem super oddycha, nie smażę się, a z rajtkami pod spodem na zimę też się nadaje. Drugie wrażenie: „ale długa!”, mimo najmniejszego rozmiaru. Wyszło przyzwyczajenie do biodrówek i miniówek. Spódniczka jest mniej więcej do połowy uda, przed kolano, i to jest spoko, nie mogłam się przestawić na to, że ma dość wysoki stan. Zapinana na – jak mi się wydawało – kilometrowy zamek (YKK) zakończony velcro. Po czasie okazało się, że motyw velcro, któremu nie ufałam, jest naprawdę mocny i wygodny, a długość spódniczki zapobiega wystawaniu dupy podczas schylania. Informacja dla lubiących nosić paski, w te szlufki wlezie wszystko, bo mają szerokość aż 50mm! Dodatkowy plus przy zakupie za możliwość dopasowania długości dla niższych i wyższych kobiet.



Spódniczka dostępna w e-militaria.pl może być skuteczna w walce ze skoliozą ;) Tyyyyle kieszeni! Zakładając ją mieściłam się z całym codziennym majdanem w kieszeniach! Duże przednie, z wzmocnionymi krawędziami, idealne na wsuwanie i wysuwanie klipsów. Nóż w kieszeni spódniczki to nowa jakość życia ;) Poniżej tych są kolejne z klapkami, wielkością przeznaczone na magazynek, a że ja takowych rzeczy nie mam, mogłyby być na telefon… ale nie. Mój niestety się nie mieści :P i noszę tam chusteczki, balsam, vicka, zapalniczkę itp. Natomiast idealnym miejscem na telefon czy portfel są kieszenie udowe (moje ulubione) zapinane na zamek. Myślałam, że noszenie tam telefonu nie będzie zbyt wygodne, a jest mega! Te są świetne, w fajnym miejscu i całkiem spore. Największe są jednak nadupne,
no ogromne! Mieści mi się dłoń i aż za nadgarstek :P co prawda ja rzadko z nich korzystam, bo z pierwszej linii edc już nie mam czego tam chować :P jeśli wyskakuję tylko do sklepu, to wrzucam tam klucze, normalnie słychać jak lecą w tę przepaść ;) Dodatkowo w tych kieszeniach (jakby jeszcze było za mało) są wąskie, podłużne kieszonki. Zapomniałabym, że z przodu są oczywiście pętle na wpięcie karabinków czy d-ringów. Wszystko naprawdę wykonane bez najmniejszych zastrzeżeń i wyglądające bosko. Znalazłam jedną małą odstającą niteczkę przy zamku, no wiecie co, byście się wstydzili ;)



Spódniczka jest produkowana w 4 kolorach: denim blue, camogrom, beżowy i czarny (subiektywnie ułożone pod względem ładności), wybór zależny od upodobań. Na moim dość mocno widać psie kłaczory i wszystko co się czepia materiału, na pewno zlałoby się z nim w przypadku camogromu. Natomiast świetnie reaguje na zabrudzenia, wystarczy przetrzeć. Przyznaję, nadal jej nie prałam, szok, ale ciągle jest czysta i świeża! Materiał jest naprawdę mocny i raczej nic mu nie będzie straszne. Uwielbiam tę spódniczkę za wygląd, wygodę, praktyczność, za wszystko. To, co na początku wydawało mi się wadami (z przyzwyczajenia) okazało się zaletami i świetnymi rozwiązaniami.

Jak widać, nadaje się na co dzień, na spacer, do pracy, nawet na rower! Serio, jeździ się w niej całkiem wygodnie. Jedynie na rajstopach trochę się podciąga, co wkurza.
Jeśli nie ma problemu z przetrwaniem codziennego survivalu mojej pracy, to przetrwa wszystko ;) Właściwie tylko nie chodzę w niej latem do lasu, bo... kleszcze.




Cena: około 130 zł. Dużo i niedużo. Biorąc pod uwagę co oferuje, to jest naprawdę super! Szczerze polecam i czekam na więcej damskich produktów Helikona :)

sobota, 24 czerwca 2017

czwartek, 22 czerwca 2017

Sponsorzy i Patroni wyprawy rowerowej Z nurtem Wisły

Moment startu coraz bliżej, to czas zaprezentować patronów oraz sponsorów tegoż przedsięwzięcia. Jednocześnie wszystkim zaangażowanym w przygotowanie, wsparcie itd. chcielibyśmy serdecznie podziękować.

SPONSORZY

Fjord Nansen - wsparł nas ultralekkim i wielkim namiotem Tromvik 2 oraz ręcznikami.


Monk Sandals - sandały Manaslu dobre i na rower i na trekking ;)


Militaria.pl -  leatherman signal 




Hala Rowerowa - części i narzędzia, na czarną godzinę.


Muszak Ski - serwis rowerów przed startem, coby rowerom nic nie doskwierało.



PRACOWNIA
ZEGARMISTRZOWSKA
SZAMARZEWSKIEGO 26 POZNAŃ

Crosso -  jeden komplet sakw wodoodpornych, coby rzeczy suche były.
 



PATRONI

Rowertour - relacja z wyprawy










poniedziałek, 19 czerwca 2017

Izery przed Wisłą i zlot WSS

Długi weekend zakończony. Było fantastycznie jak zawsze, ale i nieco inaczej, o tym później. Ania, Tatko i ja ruszyliśmy w góry na ostatni trekking przed miesiącem pedałowania. Chcieliśmy przetestować nowy namiot, który przekazał nam Fjord Nansen - namiot gigant, sam Kadafi by się nie powstydził, i sprawdzić nową kuchenkę. Klasycznie, jak to już na nas przystało, jak góry to w 99% Izery.


Meldujemy się w czwartek z samiuśkiego rana na parkingu w Świeradowie i po chwili organizacji rura na Sępią Górę. Mozolne parcie pod górę i w końcu zdobywamy szczyt. Jesteśmy już któryś raz na Sępiej, a dopiero teraz niebo nam się otworzyło i mogliśmy podziwiać piękne widoki na Izery czy też pogórze Sudetów. Po obowiązkowej sesji foto ruszamy dalej w pięknej, jak dla mnie nieco za ciepłej, pogodzie.


Wędrujemy w promieniach słońca, bez pośpiechu, na pełnym luzie, łykamy kolejne kilometry. Momentami topimy się w słońcu, ale po kilku godzinach marszu docieramy do planowanego miejsca obozu. Piękny cypelek nad górskim potokiem w otoczeniu majestatycznych buków (wiem, bukowisko to niedobry teren na biwak). Zanim przystąpiliśmy do rozstawienia obozowiska zajęliśmy się foceniem wody i innych kadrów. Efekty są naprawdę fajne, zresztą sami zobaczcie ;)


Po sesji foto zabraliśmy się za rozbicie namiotu, rozstawienia tarpa i gotowania. Dzięki wydajności i mocy kuchenki paliwowej można naprawdę pobawić się w gotowanie, i tak na obiad zrobiłem nam rosół parówkowy. Kuchnia z Savoya to nie była, ale wszystkim zgodnie smakowało :) Po posiłku obowiązkowa sjesta, by już koło 8 wieczorem wylądować w śpiworach. Czemu tak wcześnie? A no dlatego, że całą noc jechaliśmy i zmęczenie dawało już w kość.


W nocy ulewa, burza, wichura, rano niestety też. Na szczęście trochę bardziej łaskawa i dało się zrobić śniadanie i zwinąć obóz w chwilowych przerwach deszczu. Zwinięci, spakowani, a pada dalej, więc nie ma co marudzić, trzeba ruszać w trasę. Po chwili, gdy doszliśmy do szlaku, pogoda się poprawiła, słońce, brak chmurek, bardzo przyjemnie, tyle że znów za ciepło :P


Wędrując, podziwialiśmy piękne lasy, ptaszki ćwierkające i przede wszystkim odpoczywaliśmy w jednym z kilku ukochanych miejsc na świecie. Idąc w kierunku Rozdroża Izerskiego, napotkaliśmy ludzi wyciągających drewno z lasu przy pomocy koni. Jeden się darł niemiłosiernie na konia tekstami typu hajda skurwielu, a mina konia była bezcenna. Kompletnie wysrane miał na typa, pełne olanie poganiacza. Kawałek dalej spotkaliśmy miłego gościa, który grzecznie rozmawiał z koniem, a ten pięknie słuchał i pracował, miał podejść "jeszcze 2 metry" to podciągnął kłody jeszcze 2 metry :)


Kawałek dalej zaczyna wiać i padać, a po chwili lać i w ścianie deszczu przekraczamy drogę między Szklarską a Świeradowem i zdobywamy ponownie wysokość żółtym szlakiem. W połowie podejścia przestaje padać i znów mamy piękną pogodę, więc postój na zdjęcie membran i na batonika. Gdy tak siedzieliśmy przeleciały nad nami dwa cietrzewie!! Szok, ostatnio ich coraz więcej, kiedyś nie szło spotkać żadnego, a ostatnio był jeden, na tym wyjeździe dwa tu i kolejnego dnia jeszcze jedna samiczka.


Wędrujemy dalej w słońcu i jednej krótkiej mżawce w stronę Chatki Górzystów i w pewnym momencie skręcamy w las, gdzie rozstawiamy obóz.


Słońce i ciepło nie trwało długo, bo udało nam się rozbić, ugotować obiadek i chwilę posiedzieć na słońcu, a później już do samego rana padało, raz mocniej, raz tak mocno, że nawet nie dałoby się iść. Rankiem śniadanie, zwijamy obóz i ruszamy w kiepskiej pogodzie i kilku stopniach powyżej zera do schroniska, by zjeść sławnego naleśniczka z Chatki Górzystów. Tam spotykamy super miłą parę, z którą trochę pogadaliśmy - notabene znali nas - i po pewnym czasie wędrujemy już do auta.


Schodząc do auta spotkaliśmy bardzo sympatycznego ptaszka, który z chęcią pozował i kompletnie się nas nie bał. Szczerze nie wiem co to za gatunek, ale minę miał zarąbistą. A już po niecałych 2 godzinach wędrówki meldujemy się na parkingu.


Zazwyczaj tu by się kończyła relacja, ale nie tym razem. Prosto z parkingu ruszyliśmy do Stanicy Rycerskiej, gdzie odbywał się konwent Wielkopolskiej Szkoły Survivalu. Super ludzie, świetna atmosfera i fajowe miejsce. Było intensywnie! Śpiewy przy ognisku, rozmowy o wszystkim i o niczym, kupa żarcia i wiele innych atrakcji. O tym wszystkim już nie będę pisał, niech zdjęcia wam to opowiedzą ;)

 

I to by było na tyle. Filmik postaram się zrobić w tym tygodniu.
A już za 2 tygodnie z haczykiem ruszamy na podbój Wisły!