poniedziałek, 13 marca 2017

Izery mistycznie i ekstremalnie - relacja

Była fotorelacja, to teraz czas na relację z wypadu w Izery. Udaliśmy się z Tatkiem w nocy z czwartku na piątek do Świeradowa, naszym celem, jak zwykle na taki krótki wypad, były Izery, z tym że teren zupełnie inny, pusty - dosłownie pełne odludzie - dużo zwierząt, a i bardziej mistyczny, wręcz czuje się obecność tych wszystkich słowiańskich i innych kultur, które tu się przewinęły, bo podobno nawet Celtowie w tym miejscu byli i swe modły robili.






Ruszyliśmy z parkingu kawałek przez miasto, by po kilkudziesięciu minutach minąć ostatnie domy i wejść w las. Szlak z początku mega podmokły, bo momentami po kolana w błocie, a już po kilkuset metrach zaczęło lekko padać, i tak z każdym metrem wspinaczki, coraz bardziej i bardziej padało, z błota weszliśmy w wodę, by po chwili wejść w strefę śniegu, gdzie ni to deszcz, ni to grad, ni to śnieg sypał się na nas. Przemoczeni ulokowaliśmy swe zadki w wiacie, tu chwila postoju, po batoniku i dalej już w śniegu, który momentami sięgał nam ponad kolano brniemy przed siebie. Deszcz to przychodził to odchodził, to zmieniał się w grad, to w śnieg, no warunki straszne, na szlaku raz było więcej śniegu, raz mniej. Prawdziwe kombo, ciepło, bo w okolicach zera stopni, ale te wszystkie wariacje opadowe zgnoiły mnie do suchego, byłem tak mokry, że już mi ciekło po plecach, brzuchu itd, wszystko przemoczone, no ale co zrobić, trza brnąć dalej. I po kilku godzinach wędrówki, w nieco już lepszej pogodzie docieramy do miejsca, gdzie stwierdzamy, że tu będzie dobrze się rozbić, opał jest (a to najważniejsze), a dalej nie ma co się pchać w tym śniegu.
Zanim się dobrze rozbiliśmy znów zaczęło coś z nieba lecieć. Ale na szczęście tylko przez moment i delikatnie. Po rozstawieniu obozu przystąpiliśmy do walki o ogień. Jak wiadomo, w takich warunkach ognisko jest niezbędne. Aby się udało je rozpalić, trzeba się odpowiednio przygotować. I tak też nanieśliśmy drobnych gałązek, grubszych patyków, a nawet przytargałem kawał złamanej brzozy, ułożyliśmy podkładkę z próchna pod ognisko i przystępujemy do niecenia, i tak też męczyliśmy się 3 godziny, by mieć już pełen normalny ogień, który nie gasł co sekundę. By go rozpalić strugaliśmy patyczki itd., by mieć coś suchego, nawet brzoza specjalnie nie chciała się palić. Na szczęście przy pomocy toporka udało mi się zdobyć nieco suchego drewna ze złamanego pieńka.








Po względnym przeschnięciu i najedzeniu się weszliśmy do worów i tak też zakończył się pierwszy i mega mokry dzień.
Ranek już był bardziej optymistyczny, słońce walczyło z chmurami, ognisko dużo łatwiej się rozpaliło, to nic tylko śniadanko zjeść, ogarnąć majdan i ruszyć dalej. Kolejne kilometry brniemy w śniegu, na nasze szczęście po pewnym czasie zaczęliśmy schodzić i śnieg zaczął ustępować miejsce wodzie - z dwojga złego już wolę w wodzie iść niż w takim mokrym cukrze.









Schodząc szlakiem, na moment odbiliśmy w bok, gdzie znajduje się źródło Wolfganga, gdzie znaleźliśmy niezwykle ciekawą sprawę, list do Fenrira. Ciekawa sprawa, że tu w okolicach tego źródła podobno było miejsce kultu pogan.




Pogoda już całkowicie się wyklarowała i ciepłe wiosenne słońce przebijało się między drzewami, gdy tak sobie wędrowaliśmy, to wyszła na nas piękna łania, nie bała się, patrzyła i po chwili sobie poszła - pech chciał, że nie mieliśmy akurat długich obiektywów na aparatach.


















Dalej w wodzie i lekkim błocie dochodzimy do odbicia szlaku na punkt widokowy na Jelenich Skałkach - również dawne miejsce kultu. Tu już dosłownie zero śniegu, pełna wiosna, czyli to czego oczekiwałem najbardziej ;)
Po wspinaczce na ten cały punkt widokowy w towarzystwie wielkich buków robimy sobie mały popas, podziwiamy widoki i ruszamy znów na dół. Tu już poruszamy się szeroką drogą gruntową bez śniegu, co najwyżej gdzieniegdzie jakieś małe białe placki, ale co dziwne im niżej schodziliśmy tym śniegu było coraz więcej i w pewnym momencie znów brnęliśmy w śnieżnej brei, dobrze, że chociaż było go max po kostki :P
Koło godziny 15 stwierdziliśmy, że czas zacząć szukać miejsca na obóz, więc zeszliśmy z drogi w las i wzdłuż strumienia doszliśmy do fajnego gęstego lasku, ze względnie równym miejscem do spania. Tego dnia nie było już problemu z rozpaleniem ogniska. Przygotowanie opału i od pierwszego odpalenia mogliśmy cieszyć się ciepłem płomieni.




Rano szybkie śniadanie, pakowanie i ruszamy w dół, i tym razem szok, dochodzimy do drogi, a tu lód, więc momentami prawie taniec na lodzie, po +/- kilometrze doszliśmy do Rozdroża Izerskiego, gdzie ilość śniegu nas zaskoczyła, no multum, jakieś 200 metrów wyżej praktycznie zero śniegu, a tu po kolana miejscami!!!



Tu, już nie szlakiem, a szosą udajemy się do Świeradowa, mimo iż marsze drogami do moich ulubionych nie należą to ten spacer był naprawdę przyjemny i obfitujący w piękne widoki. I tak też koło godziny 12 dotarliśmy do auta i skończyliśmy ten wypad. Było mokro, było ciężko, było intensywnie, ciekawie i mistycznie, no i jak zawsze było zarąbiście :D

A już niedługo Buszmen na tropie z tego wypadu ;)








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz