środa, 15 lipca 2015

Maszeruj albo giń relacja

I stało się po 115km w 4 dni kostka poległa :(   zbyt duże tempo  pierwszy dzień 17 km drugi i trzeci prawie 40  ostatni koło 20 km.
 Do tego :

  •  Wznios 4483 m
  • Spadek 5353m
  • średnia prędkość ruchu 3,8km/h


Oczywiście wcześniejsze przerwanie marszu można uznać za przegraną ale czy ja tak uważam ? 
Na pewno nie uważam tego jako przegraną fakt  jest to pewna porażka bo nie spełniłem wszystkich swoich założeń.  I wiem,że hejty się posypały i posypią ale mnie to nie rusza bo większość tych to tylko potrafi uprawiać turystykę przed kompem 
Emotikon tongue
 no i najważniejsze,że szedłem dla siebie nie dla nikogo innego 

Ale rezygnacja jest według mnie odpowiedzialną decyzją z racji tego,że późniejsze konsekwencje dla stawu mogły by mnie zablokować na dłużej. Kolejną sprawą było to,że co jakbym wysiadł kompletnie pośrodku jakiegoś odcinka i nie był w stanie iść ?    No właśnie a kwintesencją survivalu - mimo,że nie był to marsz survivalowy - jest nie podejmowanie zbytniego ryzyka. Oczywiście "spece"od przetrwania tak robią ;) 

Poza tym jestem też zadowolony z tego powodu,że i tak pobiłem swój rekord tempa i dystansu marszu w tak ciężkich warunkach jeśli chodzi o przewyższenia  no i kompletną suszę.  Wody kompletny brak. 38*C i 5 na 6 strumieni zaznaczonych na mapie nie istniało a ten jeden jedyny  miał może metr szerokości i z 5 cm głębokości. Czyli kiepściutko gdyby tego było mało przy szlaku było źródełko(jeszcze w Bieszczadach)  i wyschło, a od rolnika który mi dał wodę dowiedziałem się,że musi ją ciągnąć  z 30 m a normalnie robi to z 20. Czyli klimat się pieprzy.






No i niema to tamto nauczka na przyszłość i nowe doświadczenia są. I wiem,że będę  chciał przejść resztę szlaku tylko nie wiem kiedy i w jaki sposób.  Najprawdopodobniej na raty a to kilka dni tu kilka dni tam by zobaczyć jak najwięcej bo taki maraton jak sobie założyłem jest kiepskim pomysłem to bieg ni marsz i G.... się widzi.

Dobra koniec tego przynudzania  i czas na początek relacji. 

Tak więc już na samym początku nie obyło się bez przygód podczas jazdy, oczywiście jak wiadomo PKP dba o klienta  i w myśl powiedzenia PODRÓŻE KSZTAŁCĄ dbają o to by były jak najdłuższe i tak też z Poznania do Ustrzyk górnych jechałem 17 godzin!!!!! 
Najpierw Poznań - Wawa potem z Wawy do Sanoka a tam jeszcze na autobus do Ustrzyk. 
No mówię wam normalnie jak bym na Ural jechał.

Oczywiście poza długością podróży jeszcze wysiadłem stację za wcześnie i musiałem biegiem przez Sanok na autobus lecieć ale przynajmniej poznałem sympatycznego Greka.

No ale dobra już po tych perypetiach i prawie dobie w drodze dotarłem do Ustrzyk i tam do sklepu uzupełniamy płyny i na szlak. Zostało mi jeszcze trochę coli i chciałem ją dać zakapiorom ale oni do mnie : My takiego gównianego odrdzewiacza nie pijemy piwo postaw ;)  










I tak po dolaniu wody  prawie,że sprintem w gorę na połoninę Caryńską. Co ciekawe z początku to GPS nie chciał mi łapać satelity normalnie chyba jakiś spisek bo w przypadek nie sadzę ;) 
I tak idąc cały czas w lesie pod góra dostaję kurwicy. Ile jeszcze jak długo można iść w tym cholernym bukowym lesie. Mijam kolejną stonkę,jednego po drugim wszyscy odpoczywaj a ja prę i jak na chwilę przystanę to mi łydki latają na lewo i prawo same!!! 

Ale jest w końcu zdobyta połonina i piękne widoki. Widać Ukrainę,Słowację inne szczyty całe Bieszczady no i w końcu trochę wiatru i światła żyć nie umierać.  Tak chwilka postoju ( nie licząc przystopowań na fotki ) 

I dalej znów na dół  krótki postój w wiacie już prawie na dole potem  mijam cmentarz (lubię takie klimaty opuszczonych i porzuconych  znaków obecności człeka)   i z nów pod górę na połoninę Wetlińską  i tam po drodze już pytanie po cholerę tak stromo i tyle podejść? Ile można? Ja pierd..ę itd No ale jakoś się wczłapałem  i tak podusiłem,że po chwili byłem przy chatce Puchatka tam  poznałem kilka spoko osób tak w przelocie ( też niektórzy szli gsb) po kilkunastu minutach znalazłem  źródełka wody  i pocisnąłem dalej na przełaj przez łąkę co by nie tracić czasu. I tak chyba dopiero po 500m skapnąłem się,że zapomniałem zrobić zdjęcie chatki. i tak też mam tylko taką fotę z oddali i tak wykadrowana i powiększona  :P  


No i idąc tak dalej już szukając miejsca pod hamak  przestałem wędrować sam.  Przyłączył się do mnie ptaszek ( jaki to nie wiem  jak ktoś rozpozna będę wdzięczny za powiedzenie kto to był ;) )  I zamiast lecieć szedł kilkanaście cm przede mną i nawet prawie dął się pogłaskać. I tak dobry kawałek drogi przez drałowaliśmy razem ale potem ćwirka wcięło gdzieś.  
Oczywiście tu widoki też były piękne i po jeszcze kawałku doszedłem do   lasku niskich buków gdzie się rozwiesiłem. Tam szybki wskok do śpiworka i w kimę bez żarcia -i tak padłem błyskawicznie.

Rano o 5 szybkie zwinięcie i już o 5,30 w drodze by po kilkuset metrach zrobić sobie śniadanie. I taką kuchnie to ja rozumiem widok bezcenny - z żarciem gorzej bo to musli wymieszane z budyniem ale dobre było ;) 
I dalej w stronę Smerka szczyt zdobyty zdjęcia po drodze zrobione i dalej marsz na dół. I JA SIĘ PYTAM KTO TAK STROMO PROWADZI SZLAK!!!!!!!! Przecież to zejście miało z 70* nachylenia . 
Na tej fotce widać jak stromo prowadzi

  No i tu to prawie pojechałem ale Buciki od Merrella pięknie czepiały się gruntu (recka już niedługo)  I dalej  w stronę już wsi o tej samej nazwie. I właśnie tam było źródełko przy szlaku które wyschło w 100%  susza jak diabli.
Dalej mijam most - w sumie podobny do tego z dorwać komandosa   i dalej postanowiłem machnąć asfaltem +/- 20km żeby nie męczyć się podejściami. I tak też pocisnąłem do Cisnej. 
Tak też po  jakiś 3 godzinach doszedłem i widzę tablicę SIEKIEREZADA i myśl : O SUPER COŚ ZJEM NAPIJĘ SIĘ PIWKA W KLASYCZNEJ KNAJPIE . Ale oczywiście podchodzę i widzę komercha nad komerchą autobusy, wycieczki,rodziny, multum ludzi nie no nie dla mnie. I tak też pozostałem przy zrobieniu zdjęcia i dalej do sklepu gdzie dokupiona woda itd.

No i dalej szlakiem czerwonym z Cisnej poprzez Wołosań aż do rejonu w którym pojawiają się krzyże/groby żołnierzy poległych w 1915r. I powiem wam,że tam jest jak na moje brzydka. Zwykły ponury las bukowy, bez szału i zachwytu wręcz przeciwnie owszem kilka widoczków  w przecinkach były ale tak to lipa.
I tam nie było wcale łatwo znaleźć fajnej miejscówki pod hamak.Ale w jakiejś gęstej kępie świerczków udało mi się rozwiesić. Kilka metrów od szlaku ale  łącznie przeszły  4 osoby i mnie nie zobaczyły :D   




I tak jakaś kolacja i w kimono. Znów o 5 pobudka i szybkie zwinięcie i śniadanie.   I co najlepsze jak już miałem wszystko zwinięte i jadłem śniadanko to kozioł (samiec sarny)  próbował mnie zaatakować zza krzaków. Szczekał, skakał, parskał i uderzał w gałęzie. Szkoda,że go dobrze nie widziałem bo by fota była. A tak tylko jakaś sylwetkę było widać i słychać jego chamskie zachowanie. 

No i po kilku moich gwizdach które nic  nie dały to przyszedł czas na dostosowanie słownika do jego zachowani - i powiem,że poskutkowało ;) Jak odbiegał jeszcze było słychać jak szczeka z niezadowoleniem i marudzi =D 

No i po tym incydencie dalej w drogę. I w miarę szybko wszedłem na Chryszczatą i gdybym wiedział,że tam taka fajna miejscówka z wiatą jest to bym wczoraj pocisnął dalej. No ale cóż. Tam sobie strzeliłem fotkę i po kilkuminutowym popasie dalej już na dół  w stronę JEZIOREK DUSZATYŃSKICH i mówię wam jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na całej mojej trasie. Woda kryształ, piękne położenie, martwe drzewa pod powierzchnią wspaniałe miejsce. Całkowicie nie pasuje do brzydoty wcześniejszego lasu. 

I tak tam uzupełnienie wody,zdjęcia,odpoczynek i dalej w trasę - a i woda z tych jeziorek ma ciekawy smak. Same jeziorka powstały w 1907 roku podczas osuwania ziemi - może opiszę je w osobnym poście.


Dalej już w nie jakimś długim czasie zszedłem do Duszatyn i tam też kilka fotek, zobaczenie przejazdu przez rzekę. Burger w barze i dalej asfaltem w stronę Komańczy i tak po kilku kilometrach drałowania zatrzymuje się obok mnie samochód i pytają : Do Komańczy ? no i ja na to jak na lato Tak  - TO WSIADAJ  Czyli można powiedzieć,że to nie ja łapałem stopa a stop złapał mnie. I tak też mile pokonałem i porozmawiałem z  małżeństwem o historii tego rejonu i o przyrodzie. ( POZDRAWIAM WAS ;) 








I tam stwierdziłem pieprzę czerwony idę niebieskim będzie ciekawiej a w razie jak kostka padnie będzie można zejść z drugiej strony do Komańczy. A i przy okazji miałem okazję zobaczyć dwie cerkwie i zaliczyć   jakiś pkt widokowy. I tak Cerkwie super szczególnie jedna odbudowana po pożarze w 2006 roku  a oryginalnie była z 1802 roku
Natomiast pkt widokowy kiepski fakt widok był zacny ale nieco obok. Bo wieża widokowa nie miała nawet 2 m i zarosła prawie cała :P 
I tam po kilku fotkach dalej w drogę czuję,że kostka jeszcze daję radę i mam dość sporo czasu to pocisnę dalej w stronę Rymanowa- Zdrój. I tak idąc idąc przez las - też mnie urodą nie powalał doszedłem do  wielkiej polany gdzie jak łatwo się domyślić marsz utrudnia  trawa po pas - normalnie jak w śniegu i co najgorsze kijki się plączą. Chociaż jeszcze gorszą sprawą chyba było tragiczne oznakowanie szlaku - jakieś tyczki czy coś mogli zrobić ale nie  na drzewach tylko były a drzew tyle ile kot napłakał.





No ale te wady chociaż widoki nadrobiły a przede wszystkim szansa na wodę która mi się kończyła. Z mapy wynikało,że będzie co najmniej 6   rzeczek nawet nazwy miały. Ale cholerna susza sprawiła,że był tylko jeden i to jeszcze ledwo ciurkający.   Normalnie NIEMA WODY W BESKIDACH a nie NA PUSTYNI.

No ale cóż lepszy rydz niż nic i parłem dalej bo doprowadziłem nogę do stanu w którym jak przestanę iść może być źle czyli chciałem jak najdalej dojść tego dnia by względnie łatwo dojść i jakoś się wydostać z gór.

I tak też parłem i parłem minąłem pole pełne BARSZCZU SOSNOWSKIEGO który ostatnio robi niezłą karierę w internetach i tv. I jeszcze jako tako wodę miałem  jakieś 1,5 L no i dalej na Tokarnię. Nie wiem jak to zrobiłem ale wszedłem na nią w 50 minut!!!   Ale moje zapasy skurczyły się do 800ml. A do najbliższej rzeczki, niby dużej z nazwą miałem jakieś 5km ale już się robiło późno a mi woda ubywała a temperatura koło 30*C  I pytanie odpuszczam czy cisnę dalej  i uzupełnię wodę bezproblemowo bo potem to dopiero Puławy i woda a tam jeszcze kawał drogi.  Stwierdziłem,że pocisnę jeszcze do 20 i zobaczymy.  Idę idę nawet dość szybko i patrzę ok to minąłem to będzie już niedaleko. Jeszcze na drzewie ktoś wyciął wielki napis NAGRODA to ja myślę o super pewnie woda będzie dobrze.   I cisnę  tak do przodu i kurde niema wody nic.  I po chwili dochodzę do rezerwatu Bukowica, I tak też patrzę i nie wierzę teoretycznie rzeczkę powinienem minąć bo ona idzie przez szlak a ja nic nie minąłem. Tak wiec teraz już stwierdziłem niema to tamto szukam miejsca pod obóz. Jeszcze spotkałem  ojca z synem którzy sobie wędrowali z namiotem.   A ja rozbiłem obóz i zostało mi już tylko 400ml wody. I tak też bez kolacji i niczego w gębie łyk i reszta na jutro bo jakoś jeszcze te 5 km trzeba zaliczyć.
Ale zanim rozbiłem obóz musiałem przewrócić jednego suchara by mi się na łeb ni przewrócił i wbrew pozorom znalezienie bezpiecznego miejsca w bukowym lesie nie jest łatwe. Ale o tym napisze w osobnym poście.  



I w nocy lało wystawiłem kubki by deszczówkę zebrać ale ilość żadna.  Rano jak  się zwijałem znów zaczęło lać wada taka,że namoknę ale już wiedziałem,że kończę bo ledwo idę więc to był najmniejszy problem a najważniejsze było to,że na tarpie zbierała się woda i kilka łyków się znalazło. I tak bez śniadania by zaoszczędzić wodę idę dalej w deszczu i błocie. Oznakowanie tragiczne a o 6 rano to było można normalnie iść w tym lesie o czołówce tak ciemno było. No ale jakoś doczłapałem się do Puław górnych kilka razy po drodze prawie glebę zaliczyłem na mokrej glinie - nie pierwszy i co gorsza nie ostatni raz tego dnia. 
  
 Jak doszedłem do Puław to miałem nadzieję,że będzie jakiś sklep czy coś, będzie można uzupełnić wodę i coś zjeść a tu dupa nic ani w Górnych ani Dolnych grunt,że w ostatniej chacie udało mi się zdybać wodę. I tak dalej już z pełnym zapasem wody i opity lecę dalej, Mijam ruiny cerkwi,jakieś groby i cały czas asfaltem liczę,że jakiś stop może się załapie czy coś ale dupa. Nic a jak już to nie w moją stronę. I tak po 6km doszedłem do zejścia szlaku na gruntówkę i w las. No  i tu już dało się iść bez wielkich męczarni bo na asfalcie to chyba się skróciłem na stawach o kilka cm. No ale cóż podążając dalej znów po glinie i znów z tragicznym oznakowaniem jakoś się doczłapałem do Cerkwiska już blisko Rymanowa  tam krótki odpoczynek i seria fotek rzeźbą  i dalej na dół  już dobrze oznakowanym ale dalej stromym szlakiem. Gdy zszedłem na dół  kolejna porcja rzeźb i wierszy czyli kolejne zdjęcia . Ale z tego miejsca to już miałem żabi skok do miasteczka. Ale oczywiście bez przeszkód się nie obyło i musiało zacząć lać. Na szczęście po 30 minutach przestało i tak do BARU POD DĘBEM - polecam tani i dobry. 
I tak jeszcze kawałek i na dworzec autobusowy - dworzec to dużo powiedziane po prostu parking przed sklepem.  



I tu marsz się skończył po +/-  115km. 
Dalej już bez wielkich przygód ale z dużym szczęściem busami  do krosna potem do krakowa a dalej już pociągiem do poznania. I podroż tym pociągiem była niezwykle sympatyczna dużo rozmów i promocja bloga w Holandii ;) Pozdrawiam.

Podsumowując
Jestem zadowolony z marszu, było ciekawie i ładnie momentami. I to właśnie to słowo jest kluczowe na 115km   ładne miejsca to może max 50km. Po prostu nie zachwycają mnie tamtejsze lasy. 
Czy warto tak iść i tak i nie na pewno można sporo zobaczyć i się nauczyć ale nie warto robić tego w takim tempie i  też nie trzymał bym się strikte szlaku bo jeśli jest coś fajnego / ciekawego do zobaczenia gdzieś obok to warto zjeść bo w końcu to droga a nie cel się liczy.



8 komentarzy:

  1. Zginąłeś. Gdyby to nie były cywilizowane tereny, a gdzieś na Syberii, gdzie nawet wezwana pomoc przybywa z kilkudniowym opóźnieniem - to takie zdarzenie, jak zwichnięcie może doprowadzić do śmierci - o tym wielu zapomina, pisząc co by zrobili sami na końcu świata.....
    Co było przyczyną? Zbyt mocne napieranie. dusza chciała, noga nie dała rady czy niezależny od Ciebie zdarzenie? (poślizg na mokrym jest od Ciebie zależny, zepchnięcie przez ciężarówkę już nie)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. gdyby to nie były cywilizowane tereny to bym tak nie napierał i by się nic nie stało :P Po prostu przy tak intensywnym i forsownym marszu po dość twardym podłożu kostka niewytrzymała

      Usuń
  2. Gratulacje Konrad. Nie udało się całkowicie zrealizować planu, ale kontuzje i podobne nieprzewidziane niespodzianki, są przecież przy takich przedsięwzięciach chlebem powszednim. Wie to każdy, kto choć raz próbował swoich sił w terenie, a nie tylko entuzjastycznie "grzał kanapę" ;)

    Ja życzę Ci szybkiego powrotu do formy i kolejnych, atrakcyjnych eskapad.

    P.S. A co do "stromości" szlaków, to polecam pasmo Gór Kamiennych. Potrafią pod tym kątem solidnie dać w kość ;) :)

    Pozdrówka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. HAHA dzieki ;) a co do gór kamiennych w wolnej chwili i przy okazji sprawdzę =D

      Usuń
  3. Prawdopodobnie był to drozd z jakiegoś nominatywnego podgatunku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sprawa rozwiązana ;) to był świergotek łąkowy labo drzewny

      Usuń
  4. A buty górskie powyżej kostki miał? Pozdrawiam blog inspirujący.
    Rumcajs

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja w 99% wybieram niskie bo wygodniejsze itd. A kiedyś kostkę własnie skręciłem w wysokich :P no ale kto co lubi ;)

      Usuń