niedziela, 31 sierpnia 2014

Akcja NIE ŚWIŃ W LESIE!

 Pamiętacie mój wpis o pseudo survivalowcach?  Jeśli nie to możecie go przeczytać tu.

Nie spodziewałem się,że zdobędzie on taki rozgłos.najpierw szum na FB potem dołączyli się do tej akcji koledzy z EKWIPUNEK DŹWIGANY CODZIENNIE którzy stworzyli naprawdę fajny filmik na ten temat i grafikę.



 A teraz

Podesłana przez mojego kumpla( Artur Muszu Kraśniewski) bajka która idealnie wpisuje się w akcje walki z pseudo survivalowcami. Jeśli się z tym zgadzacie udostępnijcie niech dotrze do jak największej liczby ludzi :)

Dawno dawno temu, wcale nie za górami i wcale nie za lasami.....

Za domem w którym mieszkali kot z krasnalem a teraz i mały Miłoch, był zagajnik brzozowy, za nim spory las, pełny jagód i malin. Las ten łączył się z ogromnym, ciemnym i bardzo starym borem. Były tam drzewa tak stare, że pamiętały pierwsze bajki, mieszkało w nim pełno różnych stworzeń, w jeziorach leśnych żyły dobre i złe rusałki, wiły, różne utopce i wodniki. Pośród krzaków i kamieni leśne krasnale i jaroszki w wysokich drzewach pomieszkiwały czasem płanetniki i obłoczniki. A po uroczyskach pełno było innych magicznych żyjątek. Bór obfitował w wszelakie dobra którymi raczył ludzi, drzewo do budowy domów i na opał, różne rośliny które były pożywieniem dla ludzi, zwierząt i demonów. żyło w nim pełno różnych zwierząt. A pośród tego wszystkiego, na pięknej polanie w głębi boru, gdzie biło cudowne źródełko i rosły kwiaty paproci, w niskiej chacie drewnianej porośniętej mchem, krzaczkami jagód i jeżyn, kolorowych muchomorów, mieszkali oni, opiekunowie lasów i wszystkich jego mieszkańców Baba Jaga i jej ukochany Leszy. Jak większość słowiańskich demonów nie były one złośliwe w stosunku do ludzi, a odpłacali im tym samym co ludzie czynili innym. Baba Jaga wędrowała po swoim królestwie najczęściej pod postacią starej kobiety, z chustą pełną chrustu na plecach. Przechodziła sobie cichutko obok dzieci i pilnie obserwowała jak one zachowują się w lesie. Gdy były grzeczne wyprowadzała je na polany pełne jagód, malin, jeżyn i grzybów. Lubiła też zaprowadzić je w miejsca w których rosły potężne dęby aby dobre i miłe dzieci mogły nazbierać żołędzie z których ich mamy mięły mąkę, do leszczyn i buczyn po orzechy, w miejsca gdzie rosły pożyteczne zioła i rośliny którymi to dzieci zapełniały spiżarnie i w ten sposób pomagała ludziom przetrwać ciężką zimę. Baba Jaga wprost nienawidziła okropnych i złych bachorów, które wpadały do lasy aby niszczyć rośliny, straszyć czy mordować zwierzęta. Z przerażeniem patrzyła jak te zła wcielone deptały trujące grzyby bo im się nie przydadzą, rozbijały ptasie gniazda i wyrywały krzaczki malin i jagód aby inne dzieci nie mogły nic zjeść. A niektóre cholery posuwały się nawet do podpalania lasu! Wtedy Baba Jaga przemieniała się w okropną staruchę i z kijem ganiała te wredne bachory po lesie, wyprowadzała na manowce żeby nie mogły trafić z powrotem do domu i musiały spędzić noc w lesie, na zimnym mokrym mchu. A jak już takiego wrednego bachora dorwała i że tam któremu dupsko porządnie wyłomotała solidnym kijem, podtopiła w bagnie czy poddusiła to co się jej dziwić była wszakże opiekunką lasu. Czasem Baba Jaga przemieniała się w kruka, żbika lub nawet stare drzewo . Dlatego warto obserwować życie w lesie i pilnie wypatrywać kruka siedzącego na gałęzi, bo może to sama Baba Jaga nas obserwuje i myśl … nagrodzić czy złoić skórę. Największą miłością Baby Jagi był Leszy który podobnie jak ona był opiekunem lasu. Potrafił zmieniać postać, bywał starym leśnym dziadkiem, olbrzymem, czasem jakimś zwierzakiem czy drzewem. A, że był większy i silniejszy od Baby Yagi zajmował się dorosłymi i podobnie jak jego ukochana sprawdzał, czy nagrodzić czy ukarać człowieka za jego postępowanie w lesie, przebywającego w jego królestwie, a jeśli człowiek był szkodnikiem to, Leszy wyprowadzał te stare cholery w głęboki las tak, że drogę do domu im zaślepiło a w nocy już tymi draniami zajęli się mieszkańcy lasu... wilki, żmije, złe rusałki, utopce a czasem nawet strzygi czy wilkołaki jak się które pod ręką Leszy znalazło. Szczególną nienawiścią darzył Leszy kłusowników, rozkładających wnyki i sidła na zwierzęta i ptaki a w których nieszczęsne w męczarniach umierały. Wściekły Leszy rzucał w kłusowników konarami drzew tak długo jak człowiek miał siłę wstawać lub przyjmując postać bardzo dzikiego niedźwiedzia, ganiał ich po całym lesie. Kto raz przeżył takie przygody, szybko do lasu nie wrócił. Mieszkali sobie zatem Baba Jaga i Leszy na swojej polance, w przytulnym domku jak mąż i żona. Parali się białą magią, wymyślali lekarstwa z darów lasu. Leszy znosił do ich gospodarstwa ranna zwierzęta, które Baba Jaga ofiarnie leczyła. Czasem przyjmowali w swojej chacie gości i uczyli ich tego samego co sami umieli Baba i Leszy bardzo się kochali darzyli szacunkiem i zaufaniem. A jeśli kto ma szczęście jest dobry i szanuje las to i dziś może zobaczyć spacerujących po lesie staruszków, czasem w otoczeniu zwierząt. Ale pamiętajcie, że ci staruszkowie mają w sobie jeszcze dużo krzepy i leśnym szkodnikom potrafią nieźle skórę wygarbować. W lasach mieszkały też wiedźmy i dobre i złe które czasem mylono z Babą Jagą ale to już bajka na inną okazję. A po wielu wielu latach, gdy starzy słowiańscy Bogowie usnęli, z opiekuńczych demonów lasu źli ludzie stworzyli potwory. Z Baby Jagi zrobili wiedźmę która porywała dzieci a potem dusiła je w sosie z muchomorów i zjadała, a z Leszego diabła borutę który szkodził ludziom. Ale wy już wiecie jak to naprawdę z nimi było i kłamstw nie będziecie słuchać


 

piątek, 29 sierpnia 2014

Foto łowy-Puszcza Zielonka

Jakiś czas temu na blogu pojawił się pierwszy wpis dotyczący podstaw tropienia(tu)  a dziś krótka relacja z niedzielnych foto-łowów. Część z was już kilka zdjęć widziała na moim profilu  FB.

Ale przejdźmy do konkretów.

Jak zwykle w niedziele razem z ojcem wybraliśmy się do Puszczy Zielonka(dość duży kompleks leśny koło Poznania) z tą różnicą,że ten wypad miał konkretny cel mianowicie bezkrwawe łowy. I  jak to najczęściej bywa gdy jest zamiar coś sfotografować to albo warunki nie sprzyjają albo po prostu zwierz kryje się i ciężko go wypatrzeć a jak już się go zauważy jest gdzieś za krzakami i poza obserwacją  nici ze zdjęć. Oczywiście można próbować no ale, to by było ostre graniczy z cudem.

Na szczęście tym razem  ilość zwierzaków była wspaniała, do tego sprzyjający wiatr,dobra temperatura i ogólnie piękny dzień.  
Byliśmy wyposażenie w dwie lustrzanki Canona (500-650)   oraz w dwa obiektywy ja  55-250 IS3,5 5,6  i mój ojciec w   70-200 4L .   Tak wyposażeni zaczęliśmy podchów w okolicach zbiorników pożwirowniowych w Owińskach i przemieszczając się naszymi drogami i ścieżkami wypatrywaliśmy zwierza.   I jak będziecie mogli się przekonać oglądając zdjęcia łów był udany-fakt,że praktycznie wszystkie zwierzęta to daniele ale kilka udało się podejść naprawdę blisko  dosłownie na kilka metrów no ale z reguły  gdy były tak blisko to szybko uciekały. Kilka razy udało się iść równo z danielem oddalonym o kilka metrów w bok za krzakami. Kilkaset metrów takiego podchodu i piękny czysty strzał.

Najgorsze momentami było to,że z lewej i prawej strony ścieżki były daniele i aż ciężko było zdecydować się gdzie fotografować. 

 Wypad można uznać za udany kilkanaście zdjęć godnych uwagi i kilka naprawdę dobrych.

A teraz  jakaś wskazówka na podchód
Gdy słyszymy lub czujemy zwierza-tak czujemy! Wprawny tropiciel jest wstanie wyczuć zwierza z kilkunastu metrów.   Zatrzymujemy się i stabilizujemy zmysły, dajemy sobie moment na ogarnięcie sytuacji.  Następnie powoli ruszamy  w stronę którą uznamy za odpowiednią.  Najlepiej by wiatr mieć w twarz wtedy zwierz nas nie wyczuje. 
A co gdy ściółka utrudnia cichy podchód? 
Wtedy możemy czekać na głośniejszy podmuch wiatru, jakiś szum,szelest czy inny dźwięk który za kamufluje  wydawane przez nas odgłosy. 

Gdy wprawimy się w to i zastosujemy powyższe wskazówki + wykorzystamy warunki mamy praktycznie  pewien  sukces.


czwartek, 28 sierpnia 2014

Syberyjski Sen





Syberia to magiczne miejsce i o tym nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Ale nie wszyscy są gotowi  rzucić wszystko i wyruszyć na wyprawę a co dopiero taką. Syberyjski Sen to książka opowiadająca o dwóch wyprawach zrealizowanych w bardzo dzikim rejonie Syberii ale nie zwykłych wypraw bo spłynięcia rzek  na dmuchanych katamaranach! Brzmi ciekawie?-jak najbardziej wyobraźcie sobie płynąć na bystrzach rzędu 3 czy 4 na dwóch nadmuchanych pływakach połączonych ze sobą żerdkami na których umieszczony jest cały nasz dobytek.

Ale by zacząć ten ekstremalny spływ ekipa musiała najpierw dojść z całym wyposażeniem do rzeki. Targając wielkie plecaki z zapasami sprzętem obozowym,pływakami i całą reszta niezbędnego szpeju.  Gdy czyta się tą książkę nie dziwi fakt,że  wyprawa ta została nominowana do Kolosów.

A czego można się z niej dowiedzieć?  Wbrew pozorom dużo praktycznej outdoorowej wiedzy jest tu zawarte. Począwszy od patentów na gotowanie i obozowanie poprzez różne przydatne sztuczki podczas spływu rwącą rzeką a skończywszy na kilku patentach survivalowych.
 Jakich?- to musicie sprawdzić sami ;)

Podsumowując Syberyjski Sen to świetna książka opowiadająca o ekstremalnej wyprawie i o spełnianiu marzeń. Naprawdę warto się z nią zapoznać.

środa, 27 sierpnia 2014

Srebrna Taśma

Jest taka rzecz która w każdych warunkach jest idealnym narzędziem. Wykorzystamy ją w domu podczas napraw, w survivalu,turystyce  czy nawet  w czasie apokalipsy zombie. Zastosowań tego genialnego wynalazku jest tyle,że nie sposób je wymienić zwłaszcza,że zastosowania same wpadają do głowy.  I nie chodzi mi tu o jakiegoś multitoola a o legendarne DUCT TAPE czyli potocznie mówiąc srebrna taśmę.

 Nie będę tu opisywał co z niej można zrobić bo to to chyba każdy dobrze wie. A jeśli nie to wystarczy obejrzeć Pogromców mitów którzy zbudowali-łódkę,hamaki,most linowy itp itd.



Ale zacznijmy od początku:
Do powszechnego użytku trafiła z armii. Wymyślono ją podczas II wojny światowej. Żołnierze potrzebowali czegoś czym będą mogli zakleić paczki z amunicja tak by były zabezpieczone przed wodą. Miała też być  łatwa w rozdzieraniu by nie trzeba było używać dodatkowych  narzędzi. Oczywiście jak łatwo można się domyślić  pierwowzór był zielony typowo pod zapotrzebowanie wojska.  Natomiast to co nie zmieniło się to 3 warstwowy skład. Z wierzchu plastik,w środku siateczka z płótna i od spodu warstwa kleju wrażliwego na ciśnienie.

Nazwa DUCT TAPE powstała później gdyż na początku swojej kariery miała tylko numer kontraktowy.  A nazwę wymyślili sami żołnierze. Do dziś trwają spekulacje  skąd akurat taka nazwa. Najpopularniejsza  teoria głosi,że Duck Tape bo woda spływa po niej jak po kaczce.

Żołnierze szybko odkryli,że taśma nadaje się nie tylko  do uszczelniania skrzynek ale i do naprawy broni,odzieży a nawet samolotów. Powszechnie była używana jako tymczasowy i prowizoryczny opatrunek. Po wojnie żołnierze przywieźli ją do domu i tak zaczęła się kariera tego cuda.

Gdy wybuchł bum na budowę kilka firm wpadło,że taśma to jest to i można na tym nieźle zarobić. Sprzedawano ją jako łącznik przewodów grzewczych,klimatyzacji. I właśnie wtedy zmieniono kolor z wojskowego na srebrny i zaczęto ją powszechnie nazywać DUCT TAPE lub DUCK TAPE w zależności od producenta. Dziś oryginalna srebrną taśmę produkuje 8 firm w 20 kolorach podstawowych  oraz iluś specjalnych. przykładem może być np. w stylu lat 70, maskującą dla myśliwych. Ale gdyby tego było mało w czasie ewolucji powstała też taśma  gaffer tape do użytku w teatrze,kinie czy telewizji. A czym się różni? tym,że łatwiej ją porwać na precyzyjne kawałki i nie zostawia śladów kleju.

Natomiast dla wojska dalej jest produkowana w wersji zielonej ale o znacznie większej wytrzymałości. Czyli jakiej? A no jest tak mocna,że wytrzymuje wiatr o prędkości do 100 mil na godzinę  nosi nazwę Hurricane Tape  a w czasie wojny  w Wietnamie żołnierze używali jej do naprawy łopat wirników w Helikopterach. Czyli kolejne potwierdzenie wytrzymałości i słuszności nazwy.

Natomiast NASA używa srebrnej taśmy do napraw podczas misji kosmicznych i jest obowiązkowym wyposażeniem każdego pojazdu kosmicznego. Do historii przeszło użycie jej   do naprawy filtrów CO2  podczas misji APOLO 13 w 1970 roku.

A teraz coś w co trudno uwierzyć.

Na temat srebrnej taśmy napisano wiele książek. Najsłuszniejsza jest seria 7 tomów napisana przez    BERG & NYBERG znany jako THE DUCK TAPE GUYS. Autorzy są szwagrami którzy poświęcili się dla srebrnej taśmy   i wymyślają nowe sposoby na zastosowanie tego wynalazku. I twierdzą,że da się nią naprawić wszystko tylko trzeba mieć odpowiednią jej ilość.

Pisali o zestawieniu taśmy i WD-40: Jeśli coś się trzyma sztywno a nie powinno  polej WD-40, a jeśli się nie trzyma,a powinno użyj srebrnej taśmy.


Ja zawsze zabieram ze sobą rolkę taśmy bo nie wiadomo co się może wydarzyć a tym zrobię dosłownie wszystko.
Oto kilka moich przykładów:

  • Załatanie dziury w spodniach.
  • Wyjęcie drzazgi
  • Podpałka.
  • Zagotowanie wody na garści taśmy i jednym patyku podczas spływu Wisłą
  • Zabezpieczenie bagażu
  • Wzmocnienie dna plecaka

Zastosowań mógłbym wymieniać bez końca ale niema to sensu. Każdy kto myśli sam już ma pełno pomysłów jak ją wykorzystać.



                                  
informacje pochodzą z książki W. Cejrowskiego pt "wyspa na prerii"

wtorek, 26 sierpnia 2014

Straszny film o wilkach

Kilka dni temu na Animal Planet leciał film z pozoru dość ciekawy ale w miarę upływu czasu coraz straszniejszy.  I nie chodzi o to,że były tam przerażające sceny ale o to,że  główny prowadzący dosłownie uwziął się na wilki i non-stop mówił,że one polują na nas,są mordercami i zagrażają nam. Ale co najgorsze upierał się,że  trzeba znacznie ich populacje ograniczyć na całym świecie bo inaczej nas pozabijają.  Jak sami widzicie gościu miał ostro coś z banią. Bo jak ktoś kto nie jest biologiem,nie zna zależności między gatunkowych i nie rozumie natury może się wypowiadać.

Najbardziej śmiać mi się chciało jak jeden  podobno pogryziony i zaatakowany przez wilka opowiadał tak o tym jakby  komar go ugryzł i jeszcze z takim  dziwnym uśmieszkiem. Według mnie gości dostał trochę kasy za opowiedzenie o tym jakie to wilki są złe.  Kolejną sprawą było to,że pokazywano tylko negatywne aspekty i tylko to jak wilki "polowały" na  ludzi.  

Najgorsze w tym programie jest to,że jeśli ogląda go ktoś,nieobeznany w temacie lub ktoś łatwowierny uwierzy w to,że wilki nam zagrażają. Co jest bzdurą bo on sam nie będzie ryzykował starcia z człowiekiem od którego zaznał sporo krzywd.

W całym programie były chyba tylko 3 pozytywne wypowiedzi o wilku jakiegoś biologa. Który powiedział słusznie,że to ludzie weszli na teren natury i wilków a my jesteśmy gośćmi a nie odwrotnie jak nie którzy myślą.  I z tym poglądem zgadzam się w 100%.

Nie było nas był las,nie będzie nas będzie las.

Podsumowując-nie spodziewałem się,że taki program wyemituje Animal Planet.  Ale najważniejsze,że są ludzie którzy zupełnie inaczej patrzą na  Wilki i dbają  o ich rozwój w naszym kraju i nie tylko. Sam kiedyś słyszałem jak wilki wyły i muszę przyznać,że jest to wspaniałe wręcz mistyczne doświadczenie. Które polecam każdemu.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Zestaw Fire Lighting Kit -Light My od Armyworld.pl

Dawno temu. No może nie tak dawno ale jakiś czas temu dostałem do testu  od Armyworld.pl zestaw Fire Lighting Kit. W skład zestawu wchodzi:
  • Krzesiwo Fire Steel 2.0
  •  Rozpałka Tinder on a rope
  •  Granpa's FireFork

I muszę przyznać,że jest to super zestaw dla siebie jak i jako prezent.  Wszystkie elementy wykonane są bardzo staranie jak przystało na tą firmę.  Opis zacznę od krzesiwa bo jest to najważniejszy element tego zestawu.
Krzesiwo Fire Steel 2.0  jest stosunkowo małe dzięki czemu  nie zajmuje nam zbyt dużo miejsca w kieszeni,plecaku czy survival kicie. Ale mały rozmiar nie powoduje gorszych właściwości krzeszących. Iskry jakie wydaje z siebie są bardzo gęste i co ważne łatwo trafić w hubkę. Temperatura iskier ma 3000*C.
Do krzesiwa na sznurku został dołączony iskrownik połączony z gwizdkiem. Dzięki temu mamy  2 w jednym. gwizdek do wzywania pomocy i źródło ognia. Sam iskrownik jest  bardzo wygodny w chwycie i znacznie usprawnia proces krzesania.




Kolejną rzeczą jaka dostałem od Armyworld.pl jest Rozpałka Tinder on a rope. Czyli coś co możemy pozyskać sami w lesie. Ale tu w zestawie już jest więc nie będę się dziś rozpisywał jak coś takiego zdobyć w terenie.
Mianowicie jest to szczapka z bardzo żywicznego kawałka sosny który po zestruganiu ułatwia nam rozpalenie ogniska czy to zapałkami czy inną metodą jak np.krzesiwo itp.
A jak się sprawuje? Super kilka małych wiórków trochę wprawy przy używaniu krzesiwa i mamy ogień. Co ważne podpałka ta jest praktycznie wodoodporna dzięki dużej zawartości żywicy. Wystarczy strzepnąć wodę, zestrugać trochę wiórków i już. Naprawdę fajna rzecz. do tego jeszcze ma sznureczek który umożliwia  nam podwieszenie jej na  karabinku do np. szlufki od spodni.


I ostatnią rzeczą z zestawu od Armyworld.pl jest  Granpa's FireFork czyli kawałek druta który świetnie sprawdza się podczas gotowania a właściwie to smażenia na ognisku.  Granpa's FireFork to drut tak zawinięty by można było go włożyć na każdy patyk-czyli nie musimy ścinać gałązki dzięki czemu zaliczamy się do odpowiedzialnych i ekologicznych wędrowców.

Zasada działania jest bardzo prosta. Zdejmujemy osłonę bolców, wkładamy drut na kijek i  nabijamy na niego kiełbasę,rybę czy coś innego. Największa zaleta tego patentu   to to,ze mając dwa szpikulce to nasza dajmy na to kiełbasa siedzi dużo lepiej i nie spadnie z patyka co czasem się zdarza. 
A skąd to się wzięło?
podobno kiedyś dziadek wziął ze sobą wnuczka na leśną łazęgę i postanowili zrobić sobie popas z ogniskiem i zjeść ryby które złowili. Gdy ognisko się paliło i ryby powinny się piec a spadały z patyków dziadek wyjął drut pokombinował zawiną i dał wnuczkowi.  I tak powstał Granpa's FireFork

W zestawie jest mała instrukcja która jasno objaśnia jak rozpalić ognisko i jakie się sprawdzi lepiej do naszych potrzeb. niestety jest tylko po angielsku.

 Podsumowując zestaw który dostałem od Armyworld.pl jest godny polecenia,dobrze wykonany i działa.
 Tak samo jak sam sklep gdzie można znaleźć mnóstwo perełek.
 
Dane techniczne:
1. Krzesiwo FireSteel 2.0-  wykonane ze stopu magnezu  a iskrownik ze stali nierdzewnej:
  • Wymiary: 77x24x14mm
  • Waga: 27g
2. Grandpa’s FireFork™ - wykonane  z elastycznej i  nierdzewnej stali. Nakładka z  Tritan’u

  • Wymiary: 100x47x20mm 
  • Waga: 18g
3. Tinder on a Rope - wysoko żywiczne drewno

  • Wymiary: 50x22x22mm 
  • Waga: 50-70g

niedziela, 24 sierpnia 2014

Projekt Himalaje 2015 -Seweryn Falkowiak-Człowiek z buszu partnerem

Projekt Himalaje 2015  brzmi ciekawie? Bo do mnie jak najbardziej to przemawia. I właśnie dlatego Człowiek z Buszu postanowił wesprzeć ten projekt jako partner.

 W 2015 roku Seweryn Falkowski będzie przemierzał trasę w najwyższych górach świata. Część trasy będzie biegła najwyżej na świecie położonym szlaku górskim Great Himalaya  trail! Fragmentami biegnie na wysokości 6 tyś metrów nad poziomem morza. Czyli jak łatwo się domyśleć nie dość,że ekstremalnie,pięknie to jeszcze piekielnie niebezpiecznie.

Głównym celem tego przedsięwzięcia jest uczczenie Himalaistów którzy zginęli dążąc do spełnienia swoich marzeń. Trasa którą Seweryn Falkowski  będzie pokonywał  ma długość 3500 km przez Himalaje i Karakorum Do tego zamierza dojść do wszystkich  baz pod 14 ośmiotysięcznikami-jak dotąd nikt jeszcze tego nie dokonał. 
A teraz kilka słów o autorze tego jakże śmiałego projektu Seweryn Falkowski miłośnik podróży na własną rękę. Od najmłodszych lat zmagał się z wymagającymi trekkingami. Propaguje eko wędrówki i bezpieczeństwo w górach.
pieszo pokonał góry Polski w 2011roku a już w 2013 pokonał pieszo i samotnie 1500km w Alpach. Wyprawę ta doceniono na Kolosach.

Wyprawa startuje 20 marca 2015 roku a zakończyć się ma 30 sierpnia tegoż roku. Zapraszam do śledzenia i trzymania kciuków bo naprawdę będzie się działo.


Oficjalny profil wyprawy

 

sobota, 23 sierpnia 2014

Hipokryci survivalu

W czasie swoich licznych wędrówkę,biwaków i różnych innych pokrewnych zajęć spotykałem różnych ludzi.  Od prawdziwych miłośników natury, turystów,fotografów,myśliwych,wędkarzy itp.itd jak i tych którzy mają się za takich ale tylko według siebie.
I właśnie dziś postaram się przybliżyć sylwetkę tych złych z jakimi ja miałem do czynienie. Oczywiście część z Was może się z tym nie zgodzić i bardzo chętnie wysłucham wasz punkt widzenia w komentarzach :)

Ale przejdźmy do konkretów. Tych pseudo survivalowców czy jak ja ich nazywam hipokrytami survivalu często nie mają jakiegokolwiek doświadczenia ale myślą zupełnie inaczej.

 Ja tych "twardzieli" zawsze dziele na dwa obozy.  Takich którzy bawią się w survival na ogródku i czasem pójdą do lasu zbudują szałas i pójdą spać do domu-brzmi komicznie? Ale uwierzcie mi są i tacy.

Kolejna grupa to osoby co faktycznie kiedyś zrobiły parę ciekawszych rzeczy albo jakiś ich znajomy coś tam zrobił wziął ich ze sobą na coś podobnego i już całe legendy i opowieści powstają.  Dla mnie to już jest naprawdę niski poziom chociaż muszę przyznać,że często oni naprawdę fajnie opowiadają i można się pośmiać ale co z tego jeśli to tylko bajeczki czy jak pisałem legendy.

Najgorsze dla mnie jest to,że niszczą naturę wycinają sobie ścieżki w lesie z wielkim nożem rambo czy inną maczetą,łamią drzewka a potem mówią wszystkim dookoła jak oni ten las kochają i rozumieją.   Gdy to słyszę,to mnie krew zalewa no ale cóż poradzić. Jeśli chcą kłamać to niech kłamią bo tylko sobie wystawiają opinie no gorzej gdy są w jakimś klubie czy grupie wtedy psuje opinie reszty. Ale  niech do diabła nie niszczą lasu!!!!!

Kolejną sprawa która łączy tych "survivalowców" to jest nikłe pojęcie o ich fachu. Często popełniają błędy,opierają się na zasłyszanych źródłach których nie sprawdzili, próbują się podczepić pod kogoś. Ale najgorsze jest to,że tacy ludzie wmawiają początkującym czy osobom postronnym,że oni się znają i wiedzą wszystko o sztuce przetrwania.  I automatycznie wprowadzają w błąd który czasem może być opłakany w konsekwencji podczas realnego zagrożenia życia.
A wiadomo,że wszystkiego nie da się wiedzieć. Chociażby dajmy na to,ja siedzę w tym od 5czy 6 lat i mimo to ciągle się uczę i nie mogę stwierdzić,że wiem wszystko. Ale mogę powiedzieć,że wiem co robię.


Lepszy toporek od maczety
 
Dajmy taki przykład. Ktoś mówi,że jeździ na wyprawy w jakieś kompletne odludzie i mówi,że przetrwał tam 3 dni czyli 2 noce.
Na pierwszy rzut oka wydaje się,że faktycznie jest "twardzielem" ale gdy dowiemy się,że robi to raz w roku albo ostatni raz był na czymś takim kilka lat temu to już wiemy z kim mamy do czynienia- z kimś kto raz jest bajarzem a dwa taka osoba znacznie traci na wiarygodności i co najgorsze ma brak praktyki a bez tego ani rusz.
Poza tym pojawia się jeszcze jeden poważny problem. No bo  jak ja mam takiej osobie zaufać która nie dość,że kłamie to nie umie się przyznać do błędów które popełnia nagminnie chociaż w jego ocenie robi wszystko ok ale ktoś kto zwraca uwagę jest już zły.
I właśnie takich osobników nazywam pseudo survivalowcami czy hipokrytami.
Na szczęście są też super ludzie którzy czują i szanują środowisko

Ale nie jest to tylko problem bushcraftu czy survivalu w każdym środowisku znajdują się takie elementy. Czy to w turystyce czy w wędkarstwie, myślistwie czy nawet w zwykłym życiu.  Pewnie jak się głębiej zastanowicie to każdy chociaż raz w życiu spotkał hipokrytę survivalu czy innego pokrewnego osobnika. Ale dam wam jeszcze jedną rade. Uważajcie na nich-bo potrafią narobić nam  zmartwień!

Na szczęście są  prawdziwi outdoorowcy którzy walczą z takim postępowaniem bo mimo wszystko jest go sporo i co najgorsze wpływają na postrzeganie całego środowiska przez ogół społeczeństwa.


piątek, 22 sierpnia 2014

Etui wodoodporne FJORD NANSEN

W czasie spływu czy ogólnie działania w wilgotnych warunkach musimy w jakiś sposób zabezpieczyć aparat/kamerę,telefon czy coś innego i wtedy potrzebne nam będzie etui wodoodporne. A dziś opiszę takie etui firmy Fjord Nansen. Ogólnie jeśli chodzi o zabezpieczenie przed wodą to jest ok. Nie musimy martwić się,że szpej nam zamoknie podczas deszczu jak i podczas małej kąpieli ale niestety nie mogę polecić tego produktu. A dlaczego?
Otóż jest on bardzo słabo wykonany. I nie chodzi tu o to,że szwy ciekną czy coś ale materiał z którego jest wykonany po prostu się drze. A szczerze powiedziawszy nie przeżył zbyt poważnych testów bo tylko był używany podczas spływu Wisłą i teraz na wakacjach. Czyli jak na moje bardzo ale to bardzo kiepsko. Bardziej tu mogę polecić takie etui z decathlonu ale to materiał na osobna recke.

Na poniższych zdjęciach widać jakie uszkodzenia się pojawiły.

Jak widać nie są to małe uszkodzenia ale dość duże i do tego wciąż się powiększają. Co nie wróży dobrze na przyszłość. Bo całkowite rozczłonkowanie tego pokrowca.
Ale poza tymi uszkodzeniami małym mankamentem też jest sposób montażu sznurka do przenoszenia. Łatwo się rozplątuje i do tego  przechodzi przez otworek który znacznie zmniejsza ładowność etui. Zmieści się tam smartfon czy mała kamera ale coś większego to już raczej nie. Ja np. nie wsadzę tam nawet portfela-jest po prostu za szeroki. Natomiast sam patent zamykania jest naprawdę dobry i blokuje świetnie dopływ wody no ale co z tego jak to wszystko się drze.

Podsumowując fajny patent w stosunkowo niskiej cenie(chyba 15zł) który puki jest cały działa ale i szybko się zużywa. Czy warto? Mi się wydaje,że nie ale niewykluczone,że  znów trafiłem na wadliwy egzemplarz.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Być jak Voyageur filmik

Obiecałem filmik ze spływu i oto on. Mam nadzieje,że wam się spodoba i oddaje chociaż w odrobinie magie tej wyrypy w starym dobrym stylu. Gdzie człowiek zmierza się sam ze sobą w okolicznościach dzikiej natury a nie na jakiejś masówce gdzie nie da się przeżyć czegoś takiego;)

Zapraszam do oglądania

PS.
Było prawie jak na dzikim zachodzie i stąd też muzyka z SIEDMIU WSPANIAŁYCH ;)


środa, 20 sierpnia 2014

Być jak Voyageur czyli spływ w starym dobrym stylu

Obiecałem jakieś relacje z bushcraftowych wakacji. Ciężko  i bezsensu opisywać je dzień po dniu ale dziś opowiem o wyjątkowym pomyśle który został zrealizowany w ciągu jednego dnia.   A mianowicie spływ z kilkoma przenoskami na dystansie paru kilometrów-największy dystans z palavą na plecach  to  prawie 4 km!! I niech mi ktoś powie,że spływ na dystansie 20km rzeką gdzie nas zawożą i odbierają(zero trudności) a rzeka sama niesie to wyczyn. To ja ................... Zresztą lepiej może nie prowokować ;)

Poza przenoskami były 4 a właściwie to 5 jeziorek(J. Małe Głuche / J. Durze Głuche / J. Karasińskie / J. Długie i kawałek J. Charzykowskiego)  I jedna rzeka a konkretniej rzeczka bo trudno Chocinę nazwać rzeką- a dlaczego? A no dlatego,że   jest dość płytka,krótka i co najgorsze piekielnie wąska. Momentami kanu zahaczało dziobem i rufą i brzegi przez co nie dało się jakoś bardzo szybko płynąc ale max prędkość jaką osiągnęła łódka to  13km/h. Czyli naprawdę nieźle. Ale niestety średnia prędkość popsuły przenoski. Bo jak możecie się domyśleć marsz z 21 kg i prawie 4 metrową łajbą na karku do szybkich ani zbyt komfortowych nie należy.
Ale zanim przejdę do konkretniejszej relacji muszę jeszcze wytłumaczyć tytuł.  Być jak Voyageur  czyli jak kto?  pewnie takie pytanie sobie zada większość z was. Ale spokojnie już wyjaśniam. Voyageur  to osoba pracująca we francuskiej cześć Kanady jako kierowca tira, tyle,że nie takiego współczesnego ale XVIIIw.  Czyli kanu. W tamtych czasach wszystko było transportowane za pomocą tych wspaniałych łódek. Ale gdyby tego było mało istniały też wersje wyjątkowo duże które zabierały na pokład do  kilkunastu osób  i całą masę ładunku.   Wybrałem tą nazwę na tytuł też dlatego,że nieraz podczas ich przepraw byli zmuszani do przenosek na bystrzach czy jakiś zwałkach lub po prostu by przetransportować się na inne jezioro lub rzekę.

Pomysł narodził się i przeszedł do realizacji bardzo szybko bo jakoś w godzinę. Pierwotnie tego dnia mieliśmy(ja i Ojciec) popłynąć  do Charzykowy przez całe J. Charzykowskie ale z racji dość silnego wiatru w pysk i sporego rozkołysu wpadłem na pomysł przepłynięcia jeziorek(małe i duże Głuche)  o krystalicznie czystej wodzie. Jeziorka te są niedaleko pola namiotowego więc przeniesienie tam łajby nie powinno sprawiać większych kłopotów. Siedząc nad mapa Ojciec wpadł na pomysł by potem przejść na Brdę i spłynąć na pole. Pomysł niby fajny ale piekielnie długa przenoska nie nastrajała optymistycznie ale sokolim okiem wypatrzyłem dużo fajniejszą alternatywę.  A mianowicie dojście do Chocimskiego Młyna na Chocinę i dalej tą że rzeczką i przez dwa i ciut  jeziorka do pola namiotowego.

Ruszyliśmy z pola w stronę pierwszego jeziorka z początku niosąc łódkę za rufę i dziób jednak ta metoda niebyła zbyt wygodna a przede wszystkim piekielnie wolna i mecząca.  I tak postanowiłem,że może lepiej będzie nieść ja na plecach. Sztywne kanadyjki mają tzw.nioskę czyli wyprofilowaną poprzeczkę którą możemy oprzeć o kark i w miarę wygodnie przenosić kanadyjkę. No ale tu w palavie niema czegoś takiego  i trzeba sobie jakoś radzić czyli zagryźć zęby i napierać.
Pierwsza przenoska miała ok 1,5km czyli da się przeżyć. I  tak też po tej jakże przyjemnej przechadzce doszliśmy do pierwszego jeziorka które jest tak czyste,że póki było w miarę płytko(ok3m było wyraźnie widać wodorosty na dnie ale  na głębszych miejscach było widać tylko czarna otchłań.  Po Małym Głuchym za bardzo nie idzie popływać bo jest małe i po kilku minutach wylądowaliśmy na  plaży i kolejna przenoska-na szczęście nieco krótsza i do tego po asfalcie.  I tak po kilkunastu minutach dość żwawej wędrówki krokodyla(podobno tak wyglądałem z kanadyjką na gnyku) doszliśmy do małej plaży na Jeziorze Dużym Głuchym  i tam już szło popływać. Jest ono dość spore chociaż jak na standardy Borów Tucholskich jest i tak małe.  I co ciekawe mimo faktu,że jezioro jest pośrodku lasu i dookoła rosną potężne sosny wiatr był tam dość silny i potrafił przesunąć palave jak piłeczkę pingpongową ale to tylko wiosłując w pojedynkę-najprawdopodobniej był to fakt,że jest wyjątkowo lekka i była dociążona z przodu. To jezioro jest również wyjątkowo czyste ale nie tak jak to małe przez to,że ludzie tam się kąpią i niestety nie zawsze dbają o  naturę i śmiecą jak jakieś świnie!
Z założenia mieliśmy opłynąć jezioro dookoła ale z racji pojawiającej się coraz większej ilości czarnych chmur  postanowiliśmy dobić do fajnego miejsca i stamtąd znów pieszo krokodyl wędrował aż do Chocimskiego Młyna. Ale tym razem przenoska była cholernie długa bo prawie 4 km. I niema to tamto wzbudzałem dość dużą atrakcję idąc z łódka po drodze ;)
I tak po tej wędrówce dotarliśmy do Młyna tartacznego na Chocinie gdzie zwodowaliśmy łódkę i tak zakończyła się ostatnia przenoska- co za ulga.


Młyn nie jest już w użyciu i niestety popada w coraz to większą ruinę, po obowiązkowej sesji fotograficzno filmowej ruszyliśmy Chociną pośród pięknych Kaszubskich krajobrazów i klimatów. Woda kryształ pozwalała oglądać ryby 2 m pod nami!  Do tego sporo wodorostów które tylko dodawały uroku spływowi. Po drodze widać było mnóstwo ale to naprawdę mnóstwo  krów. Niby krowa jak kto krowa ale ja jak widzę takie klimatyczne obrazki to od razu lepiej się czuję. Chocina ma to do siebie,że bardzo intensywnie meandruje i do tego jest wąska. Przez to nie idzie specjalnie się rozpędzić a odcinki proste to niebywała rzadkość lub nawet cud ale i tak nie na długo bo tylko na kilkanaście metrów.  Po drodze trzeba było przepłynąć kilka razy pod mostkami czyli nieźle się pochylić czy nawet położyć w kanu. Z racji,że jest to dość popularny szlak spotkaliśmy kilku kajakarzy ale jak to niestety czasami bywa na zorganizowanych spływach i w sumie to nie tylko. Odpowiedzenie na cześć było niebywałym sukcesem a na prawie każdej twarzy rysował się grymas i zgłupienie tak jakby ducha zobaczyli.  Ale wszędzie da się zobaczyć takie święte krowy. A wyprzedzić je w niektórych miejscach to naprawdę nie jest łatwe.Płynąc dalej już blisko ujścia pojawiło się kilka dłuższych na 20-30m odcinków prostej gdzie dało się dość szybko płynąc ale już pi kilu minutach byliśmy u ujścia gdzie powstała mała wysepka i mielizna-widać to na poniższym zdjęciu.






I tak dopłynęliśmy do Jeziora Karasińskiego gdzie była niezła fala czyli równocześnie zabawa.  Tak kołysząc się wśród fal  miło płyną czas  i bardzo szybko dopłynęliśmy do J. Długiego  gdzie zbliżając się do mostu zwodzonego w Małych Swornychgaciach  zrobiliśmy sobie krótki postój gdzie przypłynęła do nas łabędzica z młodymi i co najlepsze nie bała się wcale małe też były wyraźnie pozytywnie nastrojone do ludzi. Można było odnieść wrażenie,że dadzą się pogłaskać ale lepiej nie ryzykowć :)
Dalej już niewielkim wysiłkiem pod mostem i dalej dość daleko w jezioro Charzykowskie(fala w dziób,czyli trzeba przebić się dość daleko i potem ustawić się rufą do fali) i potem już na pełnym luzie do brzegu. I tak po prawie 8 godzinach 5 jeziorach i jednej rzeczce dotarliśmy do celu. Trasa pokonana tego dnia to ok 28km. Wynik jak na spływ  nie powala ale jak na takie przedsięwzięcie z przenoskami chyba nie jest źle.

Na razie to koniec opowieści o tym wypadzie ale już niedługo pojawi się też filmik.


A poniżej trasa tego prawdziwego spływu. Więcej zapisów tras można znaleźć na moim profilu na FB

wtorek, 19 sierpnia 2014

Filmik z bushcraftowych wakacji w Borach Tucholskich

Obiecałem,że wrzucę kilka filmików z bushcraftowych wakacji  i oto pierwszy z nich.  
Mam nadzieję,że się spodoba i zapraszam do oglądania :)


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Trochę zdjeć z Buszmeńskich wakacji

 Była mała przerwa w nadawaniu  bo nawet człowiekowi z buszu należy się urlop. A gdzie? Nigdzie indziej jak w Borach Tucholskich a dokładnie w Małych Swornych Gaciach gdzie prawie nie przerwanie jeżdżę od 3 roku życie na każde wakacje.
 A jak było/ Super intensywnie i mimo wolnego dalej bushcraftowo.  Należę do tych ludzi którzy wola aktywnie spędzać czas a nie na plaży pijąc piwko za piwkiem tak by się zalać(oczywiście nie mam nic przeciw jednemu czy dwóm piwkom).



Spotkałem super ludzi powiązanych z outdoorem jak i kompletnie niezwiązanych z tym. Czyli można powiedzieć,że było super. już niedługo recenzje sprzętu który testowałem( no tak wakacje)  i jakieś relacje no i kilka filmików.
Czyli jak sami widzicie będzie się działo.

A na razie trochę zdjęć:

KLIKNIJ TU:

piątek, 8 sierpnia 2014

8000km Across Canada - Jakub Muda




Czy można spełniać marzenia,czy można robić rzeczy pozornie niemożliwe? Jak najbardziej i dowodów na to jest więcej niż można by się spodziewać. A świetnym przykładem jest przedsięwzięcie Jakuba Mudy który postanowił przejść 8000km pieszo przez kanadę.  W skrajnie różnych warunkach od śniegów gór skalistych i skrajnie niskich temperatur zimą bo dochodzących  do grubo poniżej -40*C a w późniejszym etapie temperatura będzie dochodzić do +40*C. Przerażające? To jeszcze nie wszystko. Całą trasę będzie pokonywał przez  8 miesięcy dzień w dzień.
Dla części może to się wydać straszne albo wręcz głupie. Jednak prawda jest zupełnie inna. To wspaniałe przeżycie,piękny projekt który chwyta za serce a ja jestem wręcz zazdrosny o takie coś. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu ;) Sam chętnie bym tak powędrował  dlatego zapraszam wszystkich do śledzenia tego projektu. Na pewno będzie się działo więcej informacji na FB.

Oraz na oficjalnej stronie wyprawy.

8000km Across Canada - Jakub Muda

 

Z pewnością będzie to też dowód na to,że można spełniać marzenia i,że niema rzeczy niemożliwych trzymajcie kciuki i śledźcie bo warto!  Ja już trzymam kciuki i nie mogę doczekać się kolejnej dawki kanadyjskiej przygody a wyprawa rusza już za 6 miesięcy.https://scontent-b.xx.fbcdn.net/hphotos-xpa1/t1.0-9/10378157_415179771954654_3768557778764562189_n.png

 

środa, 6 sierpnia 2014

Jan Sztolcman

Ciekawe czy ktoś z was słyszał o tym wybitnym Polaku. Bo szczerze mówiąc ja nie i jest mi aż głupio. Dowiedziałem się o nim z magazynu SEZON- szczerze polecam wszystkim miłośnikom natury.

Zacznijmy od początku  urodził się w 1854 roku w warszawie gdzie chodził do gimnazjum a potem rozpoczął studia zoologiczne. I tak został wybitnym ornitologiem, podróżnikiem i zapalonym myśliwym.

W 1875r nadarzyła się pierwsza okazja do wyprawy, i tak,też w tym roku wyruszył do Ameryki Południowej, zbierać i preparować okazy  miejscowej fauny oraz przeprowadzić szereg badać naukowych tegoż środowiska.
A co ważne  podczas pobytu w Peru  zoolog Konstanty Jalski uczył  go jak przetrwać i polować w tropikach.

W roku 1881 roku Sztolcman powrócił do Europy by już po roku ruszył do Ekwadoru razem z Józefem Siemiradzkim, (geologiem i paleontologiem), zamieszkał w Guayaquilu skąd organizowali wyprawy badawcze wgłąb tamtejszego interioru. W tej bazie wypadowej Sztolcman i Siemiradzki  spotkali Ernesta Malinowskiego inżyniera i budowniczego słynnej kolei w Andach.


W 1884 roku Sztolcman wrócił do Warszawy gdzie w 1887 roku objął stanowisko kierownika Muzeum Zoologicznego Branickich.

Był tez bardzo zapalonym i zasłużonym działaczem na rzecz rozwoju myślistwa. W 1899 roku założył i automatycznie stał się redaktorem Łowca Polskiego.
Dzięki reputacji wspaniałego badacza i myśliwego był zapraszany na polowania przez polskich magnatów w ich prywatnych lasach . Natomiast w 1901r wyruszył na swoja najsłynniejszą myśliwska wyprawę nad Nil Błękitny. Wędrował przez 3 miesiące, według niego była to pierwsza tego typu wyprawa w ten rejon i w przeciwieństwie do wypraw  w Ameryce Południowej nie miała ona celu naukowego ale myśliwski. Oczywiście jako zapalony ornitolog łapał i preparował miejscowe ptaki dla muzeum i tak też do Polski przywiózł ponad 160 ptaków.
Po wyprawie Sztolcman  napisał i wydał książkę Nad Nilem Niebieskim.

Sztolcman silnie działa na rzecz ochrony środowiska i bardzo mocno przyczynił się do ochrony Żubra Europejskiego-od 1926 r.   był członkiem Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Zmarł w Warszawie w 1928 r.

To co tu napisałem to zaledwie mała dawka odkryć czy wypraw jakie Sztolcman odbył. Więcej można znaleźć w internecie.Zainteresowanych zapraszam do poczytania bo warto :)

sobota, 2 sierpnia 2014

Coś na ochłodę

Z racji,że Polskę od dłuższego czasu nękają upały pomyślałem, że kilka fotek z moich zimowych łazęg może chociaż nieco ulżyć w tych ciężkich czasach.

Kiedyś też opisywałem jak radzić sobie z upałem( kliknij tu)Może ktoś skorzysta :)
 
A teraz przejdźmy do  chłodzących zdjęć:











 
 Przy okazji zapraszam na mojego FANPAGA :)