poniedziałek, 30 czerwca 2014

Worki wodoodporne od Hobbyhouse.pl

Jak wiadomo podczas spływu nasz szpej ma nieustanny kontakt z wodą. No i niestety często ten kontakt nie jest pożądany i wtedy niezbędne okazują się worki wodoodporne. Podczas spływu używaliśmy dwóch worków firmy ROCKLAND dostarczonych nam przez sklep HOBBYHOUSE.PL.



Worki które testowaliśmy znacząco się od siebie różniły.   Przede wszystkim różnica wynikała z materiałów jakie zostały wykorzystane do ich produkcji.
Model Rockland 775303 jest zrobiony z czegoś przypominającego gumę co zapewnia 100%  wodoodporności.  Jest też bardzo odporny na urazy mechaniczne jednak niestety przy spotkaniu z iskrą z ogniska poległ. I jest mała dziurka. To normalne ale nie sprawia to,że worek jest skazany na straty. Wystarczy go podkleić dętką i już jest prawie jak nowy.
Pojemność tego worka to ok50L co sprawia,że jest on bardzo przydatny podczas działania w warunkach wodnych.  Jest na tyle pakowny,że zmieści się tam wiele niezbędnego szpeju czy ciuchów.
 Poza typowym zastosowaniem na spływie świetnie się też sprawdzi jako wyściółka plecaka aby zabezpieczyć nasz szpej przed deszczem czy wodą w czasie przeprawy przez rzekę.

Dużą zaleta tego modelu jest jego niska cena- zaledwie 44zł czyli patrząc po konkurencji jest naprawdę nieźle. Co do wodoodporności to faktycznie jest on nieprzemakalny. Przez 15 dni w kanu nie puścił ani odrobiny wody. A podczas wywrotki na Warcie miałem w nim telefon,portfel i klucze a on znajdował się cały czas pod kanu w wodzie. Nie był specjalnie mocno zrolowany(max 2 razy i to jeszcze luźno) a ilość wody która się dostała do wnętrza była niewielka-dosłownie jak by ktoś wlał łyżkę stołową.  Czyli jest naprawdę nieźle. Poza materiałem i mocnym rolowanym zamknięciem na wodoodporność wpływają podklejone szwy sprawiając,że worek jest praktycznie w 100% wodoodporny.
Worek ROCKLAND 775303 JEST GODNY POLECENIA.

Drugim workiem jaki testowaliśmy był  Rockland rozm. L 307389
Jest on znacznie delikatniejszy ponieważ wykonany jest z materiału przypominającego tropik namiotu. Nie jest on aż tak wodoodporny jak ten powyżej  ale jako zabezpieczenie przed bryzgami wody czy deszczem daje rade. Niestety niema on podklejonych wszystkich  szwów przez co gdy wleci nam do wody nie powstrzyma jej  przed wtargnięciem do środka tak dobrze  jak typowe worki wykonane z gumy. My podczas spływu używaliśmy go jako wora na jedzenie i w tej funkcji sprawdził się idealnie.  Mimo dość brutalnego traktowania nie widać,żadnych  przetarć czyli można powiedzieć,że jest dość mocny. 
Cena tego modelu to ok 30zł co sprawia,że jest on dość tani w swojej klasie i świetnie się sprawdzi do zabezpieczenia rzeczy mniej podatnych na wilgoć czy  właśnie jako wór na jedzenie



Obydwa worki które dostaliśmy od Hobbyhouse.pl są godne polecenia zarówno jak sam sklep  w którym można znaleźć naprawdę sporo ciekawych  rzeczy nie tylko z branży outdoorowej czy blog właściciela tegoż sklepu : ludzkie tropy

sobota, 28 czerwca 2014

Gumotex Palava-kanu idealne



Dobra łódka podczas spływu to podstawa.  Wybór kajaków czy kanu na rynku jest dość spory, nawet jeśli będziemy chcieli wersje pneumatyczną  mamy spore pole manewru. I według mnie najlepszą opcją jest Gumotex Palava. Jest to najpopularniejsza pneumatyczna kanadyjka w Europie czeskiego producenta.
Jej przeznaczenie to głownie górskie rzeki do II  i na nizinne.  Jednak jak mogliśmy się przekonać jej dzielność na górskiej rzece przydała się i na Wiśle.
Wbrew pozorom jest ona dość pakowna jak na swoje małe rozmiary. Bo ma tylko 3,80m długości!!
Ale przejdźmy do konkretów.

Praktyczność:
Wielką zaletą Palavy jest to,że jest mała po spakowaniu-mieści się w plecaku o pojemności 80L. Dzięki czemu odchodzi nam problem z przechowywaniem szczególnie gdy mieszkamy w bloku.  Ale jeszcze większą zaletą jest to,że nie mamy problemu z transportem. Bierzemy palave na plecy wsiadamy do pociągu i możemy dojechać w prawie każde  interesujące nas  miejsce.
Kolejną cechą sprawiającą,że palava jest praktyczna to jej przeznaczenie-górskie rzeki i niziny. Czyli gdy będziemy chcieli się pobawić w spływ górskimi rzekami niema problemu i gdy przyjdzie nam ochota na spływ rzeczką typu BRDA czy nawet jak będziemy chcieli się zmierzyć z wielką rzeką jak Wisłą-wystarczy się spakować i w drogę.

A co z ładownością? Możemy do kanu wrzucić łącznie z nami 240kg. Czyli ze spokojem zmieszczą  się dwie osoby z dość sporą ilością szpeju. Dzięki randowi z przelotkami który biegnie dookoła przestrzeni ładunkowej  niema problemu z przywiązaniem i zabezpieczeniem  ekwipunku.
Jak widać Palava jest dość praktyczna.
 Właściwości nautyczne:

Najważniejsza sprawą jest  sterowność. I co dziwne to kanu świetnie pływa jak na dmuchańca.  Po krótkim czasie gdy się ją już wyczuje można sobie pozwolić na sporo. Jak już mamy wprawę jesteśmy  w stanie skręcić prawie,że w miejscu.
Fakt,że palava jest dość podatna na prąd czy wiatr i trzeba wtedy mocno się napracować by utrzymać kierunek.  Ale jest to normalne w pneumatycznych łódkach a gdy Palava jest dociążona płynie zdecydowanie lepiej przez to,że zwiększa się jej zanurzenie  co sprawia,że lepiej trzyma kierunek.  Aby uzyskać jeszcze lepszy efekt możemy zamontować SKEG-tyle,że trzeba się nieco namęczyć bo niema tu takiej opcji i musimy coś wykombinować-w internecie można znaleźć nieco patentów na taką przeróbkę. 
Podczas spływu najgorszy był wiatr który powodował spore zafalowanie. Można by pomyśleć,że takie warunki dla dmuchańca są równoznaczne z uziemieniem.  Jednak w przypadku Palavy jest ona tak dzielna na falach jak górski kajak. Dzięki szerokiemu dziobowi nie wbija się w fale a wchodzi na nie jak tankowiec i rozbija je. Dzięki temu bez problemu daje rade w naprawdę ciężkich warunkach.

Komfort:

Podczas dłuższych wypraw jak i krótkiego spływu komfort jest ważny. Niema tu jakiś strasznych katorg ale i wielkiego komfortu też nie uświadczymy. Szczególnie gdy mamy pełno szpeju na pokładzie.
Siedziska są dość komfortowe jak na zwykłą deskę podklejoną pianką. Gdy już się nam tyłek przyzwyczai niema problemu z płynięciem ale na początku jest strasznie. Można to porównać do jazdy na rowerze na początku sezonu. Twarda deska i nasz tyłek przez ileś godzin wiosłowania nie napawają do siebie zbytnim entuzjazmem. Ale nikt nie mówił,że musi być łatwo i wygodnie :)
Poza tym komfort jest naprawdę spory. Gdy nie mamy zbyt dużo ładunku to nogi  możemy kłaść jak chcemy. Jednak gdy już ilość szpeju rośnie jest nieco gorzej ale i tak jest w miarę komfortowo. Dla zwiększenie bezpieczeństwa i komfortu w ciężkich warunkach mamy do dyspozycji pasy. Zakładane na uda dzięki czemu łatwiej jest  nam się utrzymać na pokładzie i przez co łatwiej sterować ruchami ciała.  


Wytrzymałość:

Mogło by się wydawać,że ponton nie będzie najmocniejszy. Jednak Palava jest wyjątkowo mocna-to prawdziwy terminator.  Dno mimo ostrego tarcia o dno,kamienie,kilkukrotne przywalenie w jakieś zatopione belki niema śladu. Poza kilkoma rysami brak jakichkolwiek uszczerbków po pokonaniu 1000km. 
Guma z której jest wykonana Palava jest wyjątkowo mocna co sprawia,że nie musimy się martwić w ciężkim terenie,że łódka gdzieś polegnie-oczywiście bez przesady ;)



Worek:
Jak już piałem kanu mieści się w 80L worku/plecaku, który dostajemy w komplecie z łódką. To,że jest on plecakiem znacznie ułatwia nam transport,do tego miał być on wodoodporny ale niestety nie zapewnia on 100% wodoodporności. Nie jest też jakoś nad-wyraz wytrzymały bo pojawiły się jakieś przetarcia. To co jest pewne to to,że plecak jest najsłabszą częścią Palavy


Podsumowanie

 Gumotex Palava to naprawdę niezła łódka, która świetnie się sprawdzi podczas zwykłych niedzielnych spływów jak i podczas poważnych wypraw. Fakt,że cena jest dość spora bo to wydatek rzędu 2500zł. Mimo to jest ona tego warta-posłuży nam latami i pozwoli świetnie się bawić.


Dane techniczne
Długość 380 cm • Szerokość 90 cm • Waga 21 kg • Ładowność 240 kg • Ilość osób 2 + 1 • Średnica bocznego walca 29 cm • Ilość komór 3 • Rozmiary złożonej łódki 55x40x25 cm • Ciśnienie robocze 0,2 Bar • Materiał Nitrilon. 


Wyposażenie
2x ławka z antypoślizgową pianką ''Comfort Pad'', montowana na śrubach. 2x pas udowy z bezpieczną klamrą. 2x koperta bagażowa na pokładzie (przód, tył). Olinowanie dziobu i rufy. Uchwyty do noszenia kanadyjki. Zawór ciśnieniowy CER. Zawory Push-Push. Worek transportowy 80 l. Reperaturka.

 

piątek, 27 czerwca 2014

Wisła podsumowanie

Jak wiadomo każda wyprawa wiąże ze sobą wiele przeżyć i nowych doświadczeń. Zawsze jest bilans zysków i strat.  Nie inaczej było w przypadku tego projektu.


Podczas pokonywania  prawie 1000km zmieniło się moje nastawienie do życia i przyszedł czas na pewne poważne zmiany czy raczej krok naprzód.

Pod koniec wyprawy zadawałem sobie pytanie czy warto?  Ryzyko spore a co ja z tego będę miał?
 Ale dziś po powrocie zdanie mam takie WARTO BYŁO!! Wisła pozwoliła przekroczyć kolejne granice czy jak kto woli bariery. Dzięki temu mam nowe doświadczenia i które pozwolą mi pokonywać kolejne przy innych projektach a  będzie ich sporo.

W Legii Cudzoziemskiej mawiają : my już przekroczyliśmy bariery które są przed wami.  Coś  w tym jest dzięki temu stajemy się silniejsi nie tylko w terenie ale i w życiu codziennym.

Ale i bez strat się nie obyło.  Poza szpilkami które pogubiliśmy zaginą gdzieś w akcji scyzoryk KA-BARA. Ale poza tym nic innego nie poległo w czasie wyprawy.

Co do zdrowotnych skutków tego wyczynu nie jest najgorzej ale i mogło być lepiej. Pokąsania przez robale wyglądają tak jakbym wrócił z dżungli a nie ze spływu Wisłą. Z racji,że woda w której prawie cały dzień mieliśmy nogi niebyła najczystsza, wyschły one  na wiór i trzeba używać dużo kremu by jakoś dojść do siebie. Do takich skutków można jeszcze dodać poparzenia słoneczne-ale jak to się mówi kto nie ryzykuje nic nie zdobywa.

Przechodząc dalej niemożna pominąć naszej dzielnej Łajby, która sprawdziła się wspaniale i o dziwo mimo wielu uderzeń czy przytarć niema na sobie śladu. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć,że to najlepsze kanu na świecie.   Palava doczeka się osobnej recenzji-już niedługo :)

Na początku pisałem o zmianach i jest ich sporo. Przed tą wyprawa na przykład nigdy bym nie ruszył gorzkiej czekolady a teraz jem ją z czystą przyjemnością.

Kolejną przemianą jest to,że zrozumiałem,że takie napieprzanie jak w przypadku Wisły nie ma większego sensu.  Oczywiście fajnie jest się zmęczyć,ustanowić rekord czy się sprawdzić. Ale nie na dłuższa metę.  Przynajmniej według mnie, nie zamierzam nikogo zmuszać do zmiany swojego stylu ale ja zamierzam teraz zabrać się za projekty spokojniejsze jeśli chodzi o pokonywane dystanse ale bynajmniej nie mniej ekstremalne czy niebezpieczne.
 Kiedyś Sylvian Tesson powiedział : Byłem wilkiem a teraz jestem niedźwiedziem. To idealnie oddaje to jak mnie odmieniła Wisła. Oczywiście w przyszłości na pewno pojawia się podobne projekty które więcej mają wspólnego ze sportem niż  z podróżą. Bo czym innym jest płynięcie 14godzin dziennie, spanie 4 godziny i resztę dnia spędzanie na jedzeniu i przygotowaniu czy zwijaniu obozowiska. 

Z pewnością kolejna wyprawa  będzie bardziej spokojna, nacisk będzie na obcowanie z naturą i przygodę a nie  na bicie rekordów. Będzie to wyprawa w starym dobrym stylu traperskiej przygody. Plan już jest ale na razie więcej nie będę zdradzał.    

czwartek, 26 czerwca 2014

Spływ WISŁĄ-relacja

III etap projektu INTO THE WILD-POLSKA czyli spływ Wisły na odcinku Kraków-Bałtyk. Do tego cała trasa została pokonana na dmuchanym Kanu co według informacji które udało mi się zdobyć nie zostało wcześniej zrobione.
Czyli można powiedzieć,że III etap był pionierskim wyczynem.  A na pewno był to wyczyn sportowy bo z turystyką nie miał nic wspólnego. Nie było czasu na odpoczynek i jakieś podziwianie widoków-a było co podziwiać. Bo choć Wisła w całości nie jest jakoś zachwycająca ale miejscami można spotkać miejsca wyjęte z raju. Np. odcinek Dęblin -Warszawa,pełno wysp,ładny las, plaże i pełno zwierzaków. Można by powiedzieć żyć nie umierać. Ten odcinek był najpiękniejszy na dystansie 900km i tak faktycznie jest to jedyny czy jeden z nielicznych odcinków po którym chciałbym jeszcze kiedyś popływać.
 W spływie uczestniczyłem ja Konrad Busza w roli lidera, Andrzej Busza w roli towarzysza podróży i Tomasz Krakowski z Bizon survival Group jako  wsparcie z zewnątrz-nawigacja,relacja i cenne informacje.



Ale zacznijmy od początku. Pociąg z Poznania do Krakowa czyli nie przespana nocka ale za to w miłym towarzystwie i o 12 w niedziele  już wszystko było spakowane napompowane i ruszyliśmy w drogę. Pierwszy dzień był bardziej rozruchowy ze względu na zmęczenie podróżą i zapoznanie się z warunkami.
No i jeśli chodzi o nie to odcinek zaraz za Krakowem aż do śluzy Przewóz jest straszny. Woda nie dość,że praktycznie nie płynie to jest zielona,brudna i śmierdzi i to nie jest zapach naturalny ale czuć jakąś chemie czy inny syf cywilizacyjny. Ogólnie patrząc na całość Wisły jest ona bardzo zanieczyszczona i cud,że tam jeszcze  żyją jakieś zwierzęta.
Ale wróćmy do spływu. Za przewozem Wisła stała się nieco ciekawsza ale mimo to,żeby była jakaś piękna i dzika to bym nie powiedział. Po prostu zwykła rzeka.
Pierwszego dnia pokonaliśmy 42 km czyli i tak nieźle jak na dzień rozruchowy. Do tego wysokie temperatury nie ułatwiały wiosłowania ale jak się później okazało lepsze upały niż wiatr w dziób.

Kolejny dzień okazał się nieco lepszy jeśli chodzi o dystans ale i tak nie wyrobiliśmy limitu. I w efekcie przepłynęliśmy zaledwie 100 km w dwa dni. Ten dzień był przełomem w technice i planie spływu. Od tego dnia wstawaliśmy o 4 rano a chodziliśmy spać o 23-24-a w drodze spędzaliśmy 14godzin. Istna mordęga ale i  jedyny sposób na wyrobienie trasy w planowanym czasie. A plan był 13-max 14dni.

Trzeciego dnia zaczęliśmy odrabiać straty bo po 14 godzinach walki zrobiliśmy 70km. Co po marnym początku było satysfakcjonującym wynikiem i dało nam apetyt na więcej. Tego dnia rozbiliśmy obóz na małej piaszczystej wyspie pośrodku Wisły niedaleko Tarnobrzegu.  Do trzeciego dnia działał nadajnik który miał umożliwić śledzenie naszej pozycji na żywo. Ale jak widać nawet dla tak zaawansowanej technologi temperatury okazały się zabójcze.  I od tego momentu został nam tylko tradycyjny GPS.

Po trzech dniach straciliśmy rachubę jaki mamy dzień. No ale żyjąc na szlaku to ma niewielkie znaczenie.
4 dnia pokonaliśmy 62km co nie było zachwycającym wynikiem ale też nie najgorszym. Zwłaszcza,że pokonanie dystansu ponad 50km na dmuchańcu wymaga sporo wysiłku.  W ciągu czterech dni pokonaliśmy 274km  czyli o jakieś 50mniej niż zakładaliśmy ale grunt to pozytywne myślenie i chęć walki. Mimo zapasów żywnościowych i sprzętowych tu zaczęła się walka o przetrwanie. O to by się nie poddać-idealny przykład psychologi przetrwania.

Od piątego dnia pogoda zaczęła się psuć a Wisła pokazywać swoje złe oblicze. Wiatr w dziób utrudniał płyniecie bo nasza łajba jest podatna na tego typu przeciwności ale mimo to dawała dzielnie sobie rade w tych jak na razie ciężkich warunkach ale i w dużo gorszych które później nas spotkały. Poza wiatrem który porównując z późniejszymi dniami nie był aż tak uciążliwy to najbardziej niebezpiecznym momentem tego dnia było przybicie do łachy piachu. I moment po wyjściu na "ląd" okazało się,że są to ruchome piaski. I bach po kolana-na szczęście bardziej nie wciągnęły ale to jeden z wielu dowodów na potwierdzenie jaka zdradziecka potrafi być Wisła. Nocleg tego dnia spędziliśmy na wyspie.


Szósty dzień okazał się prawdziwą walką z żywiołem. Wiatr o prędkości dochodzącej do 70km/h wiał prost w pysk. Do tego prąd rzeki chodził strasznie nierówno i znosił nas. Ale gdyby tego było mało to jeszcze padał deszcz i lekki grad. Jak widzicie sami było ekstremalnie przez co pokonaliśmy tylko 25km. A na tym odcinku o mało co nie utknęliśmy w ruchomych piaskach dużo groźniejszych od tych wcześniejszych a wiry omal nas nie wywaliły. Jeden obrócił kanu o 90* a   jeszcze inny o 180*.  Jeden z nich był wielkości Transita!!! Od tego momentu zabawa zaczęła się przemieniać w prawdziwą przygodę i walkę z żywiołem rodem z powieści Jacka Londona.

7 dnia czyli według założeń na półmetku wpłynęliśmy w rejon magiczny. Pełen wysp i widoków rodem ze Skandynawii czy jak wyżej pisałem z raju. Ale i tu Wisła dawała nam w kość wiatr tak silny,że fale które powstały przelewały się przez dziób. Ale nasz dzielny Hidalgo wchodził na fale jak tankowiec i ją rozbijał nie robiąc sobie nic z tego zagrożenia. Tego dnia dołączył do nas kolega po fachu-Dawid  na swoim dmuchanym kajaku. Razem przewiosłowaliśmy tego dnia odcinek w malowniczej scenerii oczywiście z wiatrem i rozbiliśmy obóz na wyspie niedaleko Góry Kalwarii. Wieczorem ognisko i pogawędki leśnych ludzi czyli to co jest najwspanialsze podczas wyjazdów. Tego dnia pokonaliśmy 57km czyli do pożądanego dystansu zabrakło 13km no ale z natura się nie wygra.

Kolejnego dnia warunki się nie poprawiły a nawet pogorszyły. Przez co rozdzieliliśmy się z Dawidem bo nasza łajba była nieco szybsza a czekanie było zbyt ryzykowne. Szczególnie,że koło nas na wyciągniecie wiosła  przekoziołkowała kłoda. Gdy to zobaczyłem podała komenda:  Ku.......wa napiepr....my!!! i wtedy załączył się tryb ekspresowy i w moment odpłynęliśmy od miejsca zagrożenia.  Tego dnia dalej cisnęliśmy i dopłynęliśmy do Warszawy. Która pięknie się prezentuje z wody. Spotkaliśmy się tam z Kanadyjkarzem który spłynął Wisłę na kanu tyle,że praktycznie od samego źródła do Bałtyku w 18dni. Udzielił nam mnóstwo praktycznych rad  i za co bardzo dziękujemy wsparł nas gruszkami,piwem,czekoladą i pyszną nalewką :)
Po miłym spotkaniu ruszyliśmy w dalszą drogę i pokonując tego dnia 66km rozstawiliśmy obóz 13km od nowego Dworu Mazowieckiego.


Dziewiąty dzień był przełomem bo pokonaliśmy ponad 500km trasy czyli zostało nam już tylko 440km do celu.
Pokonaliśmy wtedy 56km czyli dalej nie szło nam najlepiej. Zakładaliśmy pokonywanie min 69km aby się wyrobić w 13 dni ale jak się szybko okazało na dmuchańcu jest to bardzo trudne no i nasza kondycja jeszcze niebyła na tyle dobra by robić takie dzienne przebiegi. W tedy jeszcze mieliśmy nadzieje na zrobienie założeń ale jak to zwykle bywa gdy człowiek jest już pewny swego wszystko leci na łeb na szyje i już tak fajnie nie jest.

Następnego dnia skierowaliśmy się do Murzynowa umiejscowionego mniej więcej w połowie Włocławka czyli piekła wioślarzy. Gdy płynęliśmy do naszego celu gdzie miał być prysznic,łazienka i co ważne prąd by się doładować pogoda niebyła zła.Lekkie zafalowanie i słaby wiaterek. Z perspektywą super wypoczynku dopłynęliśmy do celu a tam nie było ani prysznica,ani łazienki czy prądu. Tylko bar gdzie zjedliśmy po golonce i wypiliśmy zimne piwko-przez późną godzinę musieliśmy tam zostać na noc.  Gdybyśmy wiedzieli jak to wygląda to byśmy podciągnęli jeszcze z 6 może 10km i w tedy byśmy się tak nie namęczyli kolejnego dnia. No ale mówi się trudno. Tego dnia dystans wyniósł zaledwie 49km

Na kolejny czyli już 11 dzień podróży pozostało nam 28,5km Włocławka. W tym miejscu najwięcej kajakarzy czy kanadyjkarzy odpada. Z prostej przyczyny. Duże zafalowanie i brak prądu a jeśli już jakiś jest to wsteczny. Czyli płyniemy pod prąd.
Wyruszyliśmy w miarę wcześnie by unikną wiatru i fal. No ale jak zawsze ja muszę mieć pod górkę i od samego rana wiał lekki wiaterek i były małe fale. Ale to po wcześniejszych doświadczeniach nie robiło wrażenia jednak wraz ze zmniejszeniem dystansu do zapory fale się wzmagały wraz z nimi fale i gdyby komuś wydawało się,że już gorzej być nie może to właśnie,że może. Bo pech chciał,że mieliśmy jeszcze prą wsteczny.  Pod koniec włocławka jeszcze się pomyliliśmy którym brzegiem iść i niepotrzebnie przy dużym zafalowaniu przeszliśmy z jednego brzegu na drugi i  z powrotem.
Ale to jeszcze nie koniec bo gdy już pokonaliśmy to cholerne jezioro mieliśmy do pokonania śluzę gdzie nas nie chcieli przeprawić czyli czekała nas jeszcze przenoska. Cała przygoda z włocławkiem zajęła nam 12 godzin!!!!!   Mimo tej porażki czy raczej nie do końca udanej bitwy machnęliśmy tego dnia jeszcze 13km i rozbolimy obóz na fajnej piaszczystej wysepce naprzeciwko zakładów azotowych. Wrażenia zapachowe bezcenne ;)

 Kolejnego dnia mieliśmy dopłynąć do Torunia i dalej. Ale Wisła pokrzyżowała plany na dwa dni! Wiatr i fale stały się tak duże,że płynięcie stało się zbyt niebezpieczne. 12 dnia  pokonaliśmy zaledwie 23km a to,że udało nam się dobić do brzegu było sukcesem.  Fale stały się tak wysokie,że momentami gdy Hidalgo znalazł się pomiędzy falami wodę mieliśmy równo z ramionami!!!  To było straszne przeżycie. Gdy dobiliśmy do brzegu zostaliśmy zmuszeni do przerwania rejsu na ten dzień. Wiatr wiał z taką prędkością i  siłą ,że spiętrzył wodę i zaczął zabierać różne przedmioty z brzegów. Krótko po naszym szczęśliwym dobiciu przepłynęły kolo nas kłody wielkości połowy kanu a raz to nawet drzewo!!!
Nigdy nie sądziłem,że jest coś takiego możliwe na rzece ale jak widać jest. Wisła to prawdziwy potwór który może pokonać nawet najlepszych. Najgorsze było to,że zaczęły nam się kończyć zapasy. A przez to,że nie przepłynęliśmy odpowiedniego dystansu były ciecia w żywieniu. Czyli na obiad był kisiel,baton i paczka słonych paluszków.

Z nadzieją,że jutro będzie lepiej poszliśmy spać. Czy było lepiej? niestety nie. Wiatr wiał cały czas i uniemożliwił nam wypłyniecie aż do godziny 13. Udało nam się przepłynąć 3km i wiatr znów nas zmusił do przybicia do brzegu tyle,że w bardzo brzydkim miejscu. Nie szczęście warunki się nieco poprawiły i umożliwiły przepłynięcie jeszcze kawałka rzeki. W efekcie tego dnia pokonaliśmy tylko 8 km.  A zapasy ubywały. I tego dnia żywiliśmy się już tylko kosatkami cukru a na obiad było musli. Bardzo skąpo. Ale nie mogliśmy sobie pozwolić na marudzenie. Zapasy żywności Liofilizowanej były przewidziane na robienie większych dystansów-po prostu nie zasłużyliśmy.

Natura się zlitowała i 14 dnia warunki się poprawiły,umożliwiając nam pokonanie 70km. Było to bardzo ale to bardzo motywujące. Zwłaszcza,że te dwa dni osłabiły morale i było widmo,że jeśli się pogoda nie poprawi będzie trzeba przerwać spływ-przez zbytnie ryzyko. Ale perspektywa,porażki była zbyt odległa. Nie jestem typem kogoś kto się poddaje,kryzysy przychodzą i odchodzą a zwycięstwo pozostaje na zawsze. Z ta myślą napieraliśmy dalej. Wiadomo było,że nie wyrobimy się w  13 i raczej też w 14 dni. Ale to już nie miało znaczenia. Liczyło się dopłyniecie do celu. Wygranie tej batalii z naturą i udowodnienie sobie,że dam rade. Strach i wykończenie fizyczne czy psychiczne odstawiliśmy na bok i parliśmy dalej.

Dzięki czemu  15 dnia pobiliśmy rekord i pokonaliśmy ok 80km i moglibyśmy płynąć dalej ale w tym rejonie był problem z miejscem na nocleg. A i tak wysepka na której się rozbiliśmy zmniejszyła się przez noc o kilka metrów. Poziom Wisły waha się strasznie. Bywały dni gdy łódka stała w wodzie a po 30minutach już była na lądzie. Jest to niepokojące zjawisko. A w Sandomierzu podobno od kilku lat poziom tak opada,że można Wisłę przejść w bród!! A to jest w końcu największa rzeka Polski.
Co ciekawe te 80km pokonaliśmy szybciej niż w niejeden dzień znacznie mniejszy dystans. Według mnie nałożyło się na to kilka rzeczy. Z pewnością nasza kondycja wzrosła,nurt też był bardzo silny i co chyba dało nam najwięcej energii perspektywa końca.

I tak w poniedziałek o 18 dotarliśmy do kresu wyprawy pokonując tym samym ok 900km królowej Polski.
Cali i szczęśliwi,że jest to już koniec i niema już nic.

Tego dnia spędziliśmy nocleg w domku w Jastarni i uroczyście uczciliśmy koniec szampanem który przebył z nami całą drogę i pysznym piwkiem AMBER.

We wtorek zrobiliśmy sobie pełen luz na plaży w super towarzystwie. Tylko jedna rzecz mnie dziwi. Nikt nie chciał pływać w morzu a było przecież + 15*C. Ale ja nie mogłem się oprzeć i co jakiś czas wchodziłem do upragnionego celu projektu-BAŁTYKU.





 To co jest pewne to to,że Wisła  jest wredna,zdradziecka ale i pociągająca. To miejsce dla niespokojnych duchem,wagabundów i ryzykantów ludzi niepokornych i szalonych. Niestety jest bardzo zanieczyszczona i pokonując 900km można zauważyć zmiany klimatu. Wahania poziomu wody. Nawałnice, chmury z opuszczającymi się lejkami. Nie wróżą niczego dobrego. Jeśli nie zmienimy postępowania może się to źle skończyć. Nie chce źle wróżyć ale to co zobaczyłem i przeżyłem jeszcze bardziej mnie w tym uświadomiło.

Wisła ma potencjał jednak nie polecałbym spływania całości a na pewno nie w takim tempie jak mój spływ.
Bo poruszając się w takim tempie niema czasu na podziwianie i zabawę. Jest to wyczyn sportowy. Ale czy oto chodzi?  Na to pytanie odpowiedzieć musicie sobie sami.

Nieważne czy spływamy całość czy fragment czy robimy cokolwiek innego osiągamy jakiś cel. Każdy ma swój biegun czy swoją Wisłę. Dla jednego będzie tym zdobycie górki w parku a dla innego faktyczny biegun ale to niema wielkiego znaczenia. Liczy się to co dla nas oznacza ten cel.  Chciałbym by ten spływ pokazywał innym,że można spełniać marzenia i pokonywać przeciwności. Wiele osób mówiło,że na takiej łódce nie można spłynąć Wisły,że ona tego nie wytrzyma,że to nie może się udać itp.
 Ale co z tego?
 Liczy się to,że próbujemy. Nieraz porażka może nauczyć nas więcej niż sukces. A tak naprawdę Ci co negują i mówią,że się nie da nigdy nic nie osiągnęli-tylko siedzą w domu i potrafią narzekać.

Na zakończenie przytoczę jeden cytat :
Jesteśmy jedni dla drugich
pielgrzymami,którzy różnymi
drogami zdążają w trudzie na wspólne spotkanie.
Antoine de Saint-Exupery 

To jaką drogę obierzemy zależy od nas samych. I to czy będziemy szczęśliwi też. Ja wybrałem taką i jestem szczęśliwy i wam życzę by wasza też okazała się taka.

Więcej zdjęć

środa, 25 czerwca 2014

koniec INTO THE WILD-POLSKA

Wczoraj w nocy wróciliśmy z III etapu projektu czyli spływu Wisłą. Spływ miał trwać 13-14dni no ale jak to zwykle bywa natura weryfikuje najlepsze plany. I spływ trwał  15dni + jeden dzień odpoczynku nad Bałtykiem. I muszę przyznać,że mimo tego,że nie jestem typem plażowicza to dzień na plaży i kąpieli w morzu był najwspanialszym zakończeniem spływu.


Trasa była niezwykle wyczerpująca zwłaszcza,że spływ odbywał, się na dmuchanym kanu i według informacji jakie udało mi się zebrać. Nasz spływ był pierwszym spływem na dmuchańcu Wisły Kraków-Bałtyk. Czyli można by powiedzieć,że był to pionierski spływ ;)

Ale jedno jest pewne Wisła jest najwredniejszą i najbardziej zdradziecką kobietą na świecie. Ilość wirów,fal i skrajnie niebezpiecznych sytuacji jest tak duża,że strach jest obecny cały czas. Spotkały nas ponad metrowe fale które przelewały się przez pokład a momentami nasze kanu wyginało się na fali.

Najważniejsze,że udało się cało i bezpiecznie spłynąć. Oczywiście były momenty zwątpienia,kryzysy,i omamy wzrokowe z powodu zmęczenia. Bo dmuchane kanu czy kajaki mają dużo niższą prędkość przez co dziennie spaliśmy 4-5godzin a 14 spędzaliśmy w drodze.

Czy było warto? Ciężko powiedzieć-wspaniała przygoda,nowe doświadczenia mnóstwo adrenaliny i kilka urazów.  Więc chyba było warto.
Już niedługo pojawi się jakaś relacja i więcej zdjęć :)



Chciałbym podziękować wszystkim którzy trzymali za nas kciuki i pomogli nam na szlaku. Szczególnie Jerzemu Smolińskiemu i Koledze z bizon survival group który pomagał nam cały czas dzień w dzień oraz mojej kumpeli Juli  dzięki której mogliście śledzić Relacje na żywo na moim Fanpagu ;)


No i oczywiście dziękujemy wszystkim sponsorom :)

sobota, 7 czerwca 2014

Relacja na żywo

Przypominam,że na  kilku stronach będziecie mogli śledzić relacje na żywo. Codziennie będzie się pojawiała jakaś informacja,czy żyjemy i jak nam idzie. Do tego będziecie mogli śledzić zapis naszej trasy przesyłany z satelity na mapę co kilkadziesiąt sekund. Czyli możecie się poczuć prawie jak my tyle,że będziecie mieli większy komfort ;)







Dziś o 22:35 mamy pociąg z Poznania do Krakowa a jutro o 8-9rano startujemy koło mostu Dembińskiego nieopodal przystani WOPR.

Wszystkich chętnych zapraszamy w to miejsce jeśli ktoś by chciał popłynąć z nami przez jakiś odcinek na swoim kanu,kajaku czy innym pływadle zapraszamy i zachęcamy  :)

Tu będzie relacja :

Człowiek z buszu FB

https://www.facebook.com/pages/bushcraftczlowiekzbuszublogspotcom/222689251231774


Bizon survival Group

https://www.facebook.com/pages/Bizon-Survival-Group/344116878953673?fref=ts


Magazyn z kniej 

  https://www.facebook.com/pages/Bizon-Survival-Group/344116878953673?fref=ts



Trzymajcie kciuki i życzcie powodzenia ;)



POTRZEBNA POMOC

Wczoraj  było ekstremalnie.Trening na warcie(przed spływem Wisłą) połączony z kręceniem ujęć do filmiku promocyjnego dla Gminy Czerwonak. Zaliczyliśmy glebę- nikomu nic się nie stało ale aparat (canon 1400) w worku wodoodpornym poszedł gdzieś z prądem tak jak kapelusz(bawełniany)



Najgorsze jest to,że straciliśmy materiał filmowy bezpośrednio z tego wypadku. Najprawdopodobniej uderzyła w nas jakaś kłoda i zachwiała palavą no i żeśmy wylądowali w wodzie i jakieś 500m zajeło nam zanim udało się dobić do brzegu.

Było to kawałek od mostu w Biedrusku. Jeśli ktoś by znalazł aparat/kapelusz to proszę o kontakt:

konradbusza@gmail.com


Z góry dzięki ;)

 

czwartek, 5 czerwca 2014

Start III etapu INTO THE WILD-POLSKA



Już w niedzielę w okolicach 8-9 rano w Krakowie  rusza III etap INTO THE WILD-POLSKA czyli spłynięcie na dmuchanym kanu Wisły na odcinku Kraków-Gdańsk.

Dystans to niecały 1000km a czas na jego pokonanie to max 14dni.
W miarę możliwości będę się starał codziennie wrzucać nowinki z trasy. A gdyby tego było mało będziecie mogli śledzić zapis trasy na żywo.

Wszystkich chętnych zapraszam do śledzenia wyprawy i udostępniania informacji o niej ;)

W ciągu 4-5 dni będziemy w okolicy Dęblina a po tygodniu w Warszawie.Obserwujcie to może zobaczycie jakiś popaprańców w kapeluszach na dmuchanym kanu  ;)

Relacja będzie się pojawiała na kilku stronach :

https://www.facebook.com/pages/bushcraftczlowiekzbuszublogspotcom/222689251231774?ref=ts&fref=ts

https://www.facebook.com/pages/Bizon-Survival-Group/344116878953673

https://www.facebook.com/ZKniei?fref=ts




środa, 4 czerwca 2014

Piec w pniaku-szwedzki

Podczas dnia dziecka nasz TEAM (człowiek z buszu i Bizon survival group) miał okazję przetestować ciekawy patent. A mianowicie piec w pieńku. Sprawdziliśmy dwa warianty. Pierwszy to pieniek nacięty piłą na krzyż i to nie jest jakiś super patent a to dlatego,że  Nacięcia są za małe i ograniczony jest dopływ powietrza,a  jak wiadomo tlen to podstawa przy ogniu.
Można to poprawić używając bardzo szerokiej piły lub rozłupując pieniek na 4 części i ustawiając je z kilku centymetrową przerwą. By nam się nie rozjechały możemy je wkopać,zablokować innymi szczapkami czy związać drutem.

W powstała lukę wciskamy korę,papier,drobne patyczki-czyli wszystko co się pali. Taki piec ma wiele zastosowań. Możemy go spokojnie używać do ogrzewania schronienia przez to,że nie daje za dużego płomienia ale ciepła dość sporo. Jednak głównym zastosowaniem takiego piecyka jest gotowanie. Przez to,że  pniak wypala się od środka możemy u góry postawić garnek pod, którym koncentruje się większość płomieni. Czyli jak sami możecie się domyśleć zagotowanie wody to moment.

Patent ten wywodzi się ze Skandynawii i Syberii gdzie zimy i warunki naturalne nie sprzyjają zbytnio życiu. A taki piecyk znacznie ułatwia i umila egzystencje w tych regionach. Poza zastosowaniami typowo bushcraftowymi piecyk w pniaku jest bardzo fajnym wyjściem na imprezy w plenerze gdzie z pewnością zaskoczymy znajomych i dodamy fajny nastrój.

Należy jednak pamiętać,że to ogień i musimy zachować ostrożność, bo jeden błąd z naszej strony może się  źle skończyć.

wtorek, 3 czerwca 2014

Dzika Polska-program



Chyba nikogo nie trzeba przekonywać,że Polska jest krajem z dużą ilością pięknych i dzikich miejsc.  A idealnym potwierdzeniem tego jest program DZIKA POLSKA-emitowany swego czasu na TVP.
Prowadzącym ten program jest Tomasz Kłosowski wybitny fotograf przyrodniczy. Często towarzyszył mu Artur Tabor który już niestety nie jest wśród nas-zginą robiąc zdjęcia Gęsiom gdzieś w Himalajach.
W programie przedstawione są najdziksze zakątki polski, takie jak Białowieża,Bieszczad, PN Ujście Warty, plaże nad Bałtykiem i wiele innych miejsc niekoniecznie bardzo dzikich bo np. stare stodoły też tętnią dzikim życiem!! Ale  to nie wszystko bo poza dziką przyrodą pokazane są też historie i przygody ludzi,prawdziwych miłośników natury- żeby nie powiedzieć leśnych ludków.

Natura tu przedstawiona jest okiem właśnie takich ludzi jak i naukowców. Czyli można tu też znaleźć jakieś ciekawe informacje typowo naukowe co z pewnością dla wielu jest istotne. Poza wartością merytoryczną która jest naprawdę ogromna, wielką zaletą są wspaniałe ujęcia  życia dzikich zwierząt,cudowne widoki jak z raju. A gdyby tego było mało to w Dzikiej Polsce jest też mnóstwo dobrego  humoru co sprawia,że jest to świetny program dla każdego niezależnie od wieku.



Z pewnością każdy miłośnik przyrody powinien zapoznać się z tym programem który jest swoistą encyklopedią i kopalnia wiedzy na temat naszych leśnych i braci.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

DZIEŃ DZIECKA OWIŃSKA

Część z was pewnie wie i może była  na dniu dziecka w Owińskach organizowanego przez STOWARZYSZENIE ROZWOJU REKREACJI I OCHRONY ŚRODOWISKA, gdzie na ich zaproszenie Człowiek z buszu  prezentował podstawowe techniki z zakresu ognia jak i zdobywania czy oczyszczania wody.

Zainteresowanie było dość spore bo uśredniając przez cały czas prezentacji było ok 20 osób a w porywach grubo ponad 30.

Aby uatrakcyjnić warsztaty, postawiliśmy na dużą interakcje. By każdy chętny mógł się sprawdzić w krzesaniu ognia czy innych elementach survivalu jakie prezentowaliśmy.
A co najciekawsze ilość chętnych do pomocy była zaskakująca. Momentami ilość rąk w górze przysłaniała prawie,że słońce. Było to bardzo fajne,że udało nam się zainteresować i pobudzić dzieciaki do działania.
A radość jaką było widać jak komuś się udało była fantastyczna i dawała nam mnóstwo satysfakcji.
Co zrobiło największe wrażenie na dzieciakach? Jak łatwo można się domyślić to krzesanie ognia jak i pozyskanie go za pomocą zawartości apteczki.  Na kilku ochotników tylko jednej dziewczynce udało się rozpalić ognisko za pomocą krzesiwa-radości co niemiara i potwierdzenie tego,że survival czy bushcraft nie jest tylko dla facetów.

Mistrzyni ognia-jedyna osoba z widzów która rozpaliła ogień bez zapałek

Po pokazie technik ogniowych przeszliśmy do wody.  Prezentowaliśmy zasady uzdatniania wody jak i pokazywaliśmy specjalistyczny sprzęt, jak :STERIPEN,FILTR CERAMICZNY,KELLY KETTLE.
Ale by nie poprzestać na sprzęcie który mało kto ma ze sobą w sytuacji survivalowej. Przy pomocy dzieciaków zrobiłem filtr improwizowany(butelka,piasek,węgiel drzewny,szmatka i trawa).


I to by było na tyle. Mieliśmy ograniczony czas przez co nie pokazaliśmy wszystkich technik. Ale tu jeszcze nic straconego bo w najbliższej przyszłości  odbędzie się seria warsztatów bushcraftowych,spacery z elementami przetrwania i wiele innych. Informacje o tym będą się pojawiały na blogu jak i na Fanpagach-Człowiek z buszu 


Na  zakończenie dodam,że wiedza dzieciaków była naprawdę spora. Znały dużo metod jak i teorii z dziedziny sztuki przetrwania. Dziękujemy wszystkim za przybycie i zapraszamy na inne imprezy :)

WIĘCEJ ZDJEĆ