czwartek, 10 października 2013

Pierwszy jesienny biwak-Izery

Jak zawsze góry są jak magnes. Przynajmniej dla mnie i długo nie mogłem usiedzieć na tyłku podobnie mój ojciec.Więc ruszyliśmy na szlak przedłużając sobie nieco weekend i mogliśmy się cieszyć trzy dniową włóczęgą po dzikich górach.

Pierwszy dzień to ciężkie podejście ze Świeradowa w góry. Według GPS-a przewyższenie na odcinku w którym teren względnie się wypłaszacza wynosi ok500m w pionie. Jest to dość dużo jak na warunki izerskie.  Na samym początku tego morderczego podejścia wiał piekielnie silny i zimny wiatr. Tak na oko w porywach mógł mieć nawet 80km/h ale częściej wiał tak z 60km/h. Softshell który testowałem sprawował się w tych warunkach wyśmienicie. Początkowo temperatura była tak niska a wiatr potęgował uczucie chłodu,że byłem zmuszony na sftshella zarzucić ocieplacz brytyjskiej armii tzw. softie.
Jednak po krótkim odcinku zaczęliśmy się rozgrzewać i dalszą drogę pokonaliśmy tylko w wiatrówkach.
Wiatr nie cichł aż do dotarcia na właściwą wysokość gdzie już można iść względnie nie męcząc się.
Doszliśmy do zielonej budy gdzie zrobiliśmy sobie postój.  Po krótkim czasie ruszyliśmy w dalszą drogę by po pewnym czasie doszliśmy do chatki Tomaszka gdzie pomieszkuje sobie nasz przyjaciel Zbyszek-prawdziwy człowiek gór. Przy chatce zrobiliśmy dość długi popas zjedliśmy jajecznice i gawędziliśmy o różnych rzeczach.  Gdy tak siedzieliśmy i rozmawialiśmy przyjechali myśliwi  przysiedli się do nas i poprosili o pomoc przy budowie myśliwskiej koliby. A właściwie położeniu dachu. My bez zastanowienia mówimy pomożemy. Po paru minutach już siedzieliśmy w Nisanie Terano i ruszyliśmy w stronę placu budowlanego.
W krótkim czasie dojechaliśmy  pod kolibę i zaczęła się praca godna prawdziwego traperskiego rzemiosła.
Najpierw przenieśliśmy wszystkie elementy niezbędne do budowy pod sama chatkę. Potem  przenieśliśmy agregat aby mieć prąd i zaczęliśmy montować łaty a potem blachę na dach i tak po dobrych kilku godzinach pracy już po ciemku udało się nam skończyć. Podczas przerw w budowie mogliśmy się cieszyć prawdziwie królewskim jedzeniem-łososiem, sumem i przepyszną sałatką własnej produkcji Pana Marka.
Były leśniczy zwany Tomaszkiem pokazał nam piękne miejsce pod namiot i na ognisko nad sama rzeczką. Rozbiliśmy obóz w tymże miejscu, a dzięki temu myśliwi mogli zostawić agregat bez obawy że go jakaś dzicz polska ukradnie. Nie podam dokładnej lokalizacji koliby bo jak to powiedział pewien myśliwy Polska to dziki kraj.
Tak skończył się pierwszy dzień, jeszcze na ognisku zagotowaliśmy sobie wodę na herbatkę. Po pewnym czasie siedzenia przy ognisku poszliśmy do namiotu aby odespać nieprzespaną nockę.


Drugi dzień to smaczne śniadanko ugotowane na ognisku, poczekanie na myśliwych aby przekazać agregat i ruszyliśmy w dalszą drogę. Wędrując mało uczęszczany duktem który nieraz prowadzi przez mocno bagniste tereny i zmusza do przechodzenia przez strumyki płynące w dołach. doszliśmy do Jeleniej łąki. Tam zrobiliśmy sobie krótki postój i ujrzeliśmy prawdziwych nabieraczy. W Izerach odbywały się właśnie jakieś zawody nordic-walking. Po chwili ruszyliśmy dalej pod prąd trasy zawodów i po kilku kilometrach dotarliśmy do krzyżówki gdzie skręciliśmy a po kolejnych kilkuset metrach weszliśmy w nieuczęszczaną ścieżkę biegnąca w stronę Krogulca.  Podczas dalszej wędrówki omal nie z depnąłem  pięknej żmijki.
Niektórych z was może zdziwić że o tak zimnej porze roku, gdy już na niektórych kałużach i bagnach  jest lud taki gad jest jeszcze aktywny. Nie wiem czy to jedyny ale na pewno jeden z nielicznych gadów żyjących w Polsce  które są jeszcze aktywne podczas przymrozków. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej i po kilku no może kilkunastu minutach doszliśmy do Krogulca pięknej i dość sporej skałki na którą bez żadnych problemów można wejść. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić takiej przyjemności i widoków zapierających dech w piersiach. Po dość długim postoju ruszyliśmy w kierunku kolejnej skałki Pelikana. Jest to zdecydowanie większa skała a w jej pobliżu są rozsypane mniejsze lub większe skałki. Pod tym pięknym posągiem Natury ruszyliśmy dalej już na przełaj w dół aby dojść do drogi idącej do schroniska Orle. Po pewnym czasie doszliśmy do drogi i już po chwili siedzieliśmy przed schroniskiem i jedliśmy kiełbaskę popijając ją pysznym miodowym piwem. Musze powiedzieć,że niebyła ona zła ale najlepsza kiełbasa jaką jadłem w tych górach to była w schronisku na Wysokim Kamieniu.
Następnie ruszyliśmy starym zielonym szlakiem w stronę mostu granicznego na Izerze gdzie zrobiliśmy kilka zdjęć i poszliśmy dalej w wzdłuż Izery aż do szlaku. Gdy już do niego doszliśmy bez żadnych problemów mogliśmy przyspieszyć tępa i w dość krótkim czasie doszliśmy do Chatki Tomaszka. Zbyszka nie było bo poszedł na dół po jakieś zakupy ale postanowiliśmy zacząć rozbijać obóz i na niego poczekać. I tu zaczyna się kabaret który potrafi zniechęcić do łazęgi. W połowie rozbijaniu namiotu słyszymy głos Zbysiu ku.....A my w tym momencie już zrozumieliśmy kto idzie. Był to Jurek z tzw. pary mieszanej- jagodziaży którzy tylko potrafią chlać. My odruchowo gasimy czołówki licząc że nas nie zauważy i pójdzie dalej do swojej chatki.
A on Zbysiu byłeś a ciebie teraz niema. My ani słowa licząc ze przejdzie a on nie musiał osiąść więc i my wyszliśmy z ukrycia. Okazało się,że urwała mu się szelka w plecaku. My z nadzieją,że szybko pójdzie wzięliśmy mu to szybko naprawili zaciskami. Ale on nie poszedł i wyją piwo a właściwie to wyrób piwo podobny który nazywa się Piwo Sarmackie i kosztuje 2,5zł za 1L. Jak możecie się spodziewać to nie piwo a tylko fokowaty napój pełen chemii. Im więcej pił tym bardziej się pogrążał a my z niecierpiętliwość czekaliśmy na Zbyszka a go jak nie było tak niema. Jureczek opowiedział całe swoje życie i zaczął lewitować. Chyba sam zrozumiał ze wypił nico za dużo gdy spadł z ławki i chatkę pomylił z rowerem którego niema. I już po kilkunastu minutach zakładając czołówkę na oczy i nie odróżniając kierunków ruszył do swojej hacjendy. My cali szczęśliwi zaczęliśmy szybko rozbijać namiot i po pewnym czasie dotarł do nas Zbyszek, zrobiliśmy sobie razem kolacje i poszliśmy spać.
Trzeciego i już ostatniego dnia wstaliśmy o 7,30 zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę cywilizacji. Aby nie wracać po tej samej drodze poszliśmy tzw. białą drogą która umożliwiła nam ominięcie szlaku który jest cały z  asfaltu. Jednak nie da się całkowicie ominąć tego cholerstwa i po kilku kilometrach wyszliśmy na asfalt kawałek od zielonej budy.Zrobiliśmy tam postój i ruszyliśmy w dalszą drogę. Następny i już ostatni postój przypadł na wiatę przy źródle Adamsa na niebieskim szlaku i już po niedługim czasie zeszliśmy do Świeradowa  i już o 14,30 byliśmy w drodze.
Trasa
Podczas drogi powrotnej kilkanaście kilometrów od Świeradowa dzwoni Zbyszek, że jest u niego ktoś kto chce z nami rozmawiać. Ja pieruńsko zdziwiony no dawaj go. Okazało się,że to jeden z Was drodzy czytacze- czy to nieprawda ze ten świat jest mały.
Więcej zdjęć tu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz