piątek, 7 czerwca 2013

Zatopieni- najbardziej mokry bushcraftowy wypad

Boże ciało, za którym idzie długi weekend to świetna okazja na wyjazd w teren. Mimo prognoz które nie były zbyt optymistyczne pojechaliśmy jak prawie zawsze nigdzie indziej jak w góry Izerskie.
W Świeradowie byliśmy ok.godziny 6 rano. I już na parkingu zaczęło coś mżyć, a może była to nachodząca mgła.  Pierwszy dzień jak za każdym razem wymaga najwięcej wysiłku a to przez zdobywanie wysokości. Właśnie wtedy zrozumiałem że plecak który miał być taki fajny i bushcratowy okazuje się że jednak może i taki jest ale za to niewygodny. Ale nie o plecaku to mowa a wyjeździe więc wróćmy do prawidłowego wątku. Po wejściu na górę mogliśmy trochę odsapnąć ale na piękne widoki nie było co liczyć przez strasznie gęstą mgłę. Wędrówkę zakończyliśmy w chatce Tomaszka ok godz.13. Krótko po tym jak zdążyliśmy się jako tako urządzić i zrobić coś ciepłego do picia zaczęło padać. Gdyby nie przestało padać, a właściwie to lać jedynym trochę większym posiłkiem na ten dzień były by żeberka z kapustą z puszki(naprawdę smaczne, ale ciężkie bo ważą aż 400g).
Z dziennika:
godz:17,29
Pada już 5 godzin. Gdyby nie chatka bylibyśmy pewnie przemoczeni i wku....ni na tę pieprzoną pogodę. Chatka jest swoistym jajem które ochrania nas przed złem tego świata i pogodą(chodzi o ten świat na dole czyli tylko konsumpcja i hajs).
Pierwszego dnia po raz pierwszy wżyciu używałem rękawiczek wełnianych w maju prawie w czerwcu. A to za sprawą temperatury która oscylowała wod +5 do 10 stopni.
Dopiero grubo po 20 zrobiło się krótkie okno pogodowe które umożliwiło nam zrobić sobie coś porządnego i ciepłego do jedzenia. I teraz się zdziwicie jakie delikatesy mieliśmy ze sobą, mianowicie GOLONKI. Tak tak  golonki. tyle że przez 4 dni jedliśmy głównie golonki. Tak dobrze to nawet w domu niema. No ale wracając do głównego wątku. ok23 poszliśmy spać.

Drugiego dnia, gdy się obudziliśmy pogoda się poprawiła. Wprawdzie nie było widać słońca ale za to dało się zobaczyć góry w Czechach. No ale prognozy okazały się trafne i po śniadaniu znów zaczęło padać. Najgorsze było to, że deszcz zamiast słabnąć padał coraz mocniej.
Z dziennika:
Zaobserwowałem ciekawe zjawisko gdy mgła robi się coraz gęstsza to znak, że zaraz lunie. Natomiast gdy leje to zaczyna się rozrzedzać.
Z chatki wyszliśmy o 11, jeszcze w deszczu. Trasa na dziś Chatka-Rozdroże Izerskie-Orle-Most Graniczny-Chatka. Jeszcze zanim przyjechaliśmy planowaliśmy zrobić nocleg na pelikanie no ale pogoda nieco pokrzyżowała nam plany. Ok godziny 13 gdy siedzieliśmy w wiacie na Rozdrożu zaczęło się przejaśniać, a w efekcie końcowym to nawet wyszło słońce no i była piękna  typowo letnia pogoda.
Były to właściwie jedyne godziny kiedy mogliśmy swobodnie fotografować nie martwiąc się, że zamoknie nam sprzęt.
Idąc już nad Izerą mogliśmy obserwować wspaniały spektakl rozbryzgujących się fal o kamienie. Dawno a może i nawet nigdy nie miałem okazji oglądać tak wzburzonej i potężnej ale jakże pięknej górskiej rzeki.
Tego dnia mieliśmy jedyną okazje zjeść coś na zewnątrz. Planowaliśmy zrobić kuskus z mielonym inaczej ale trakcie przygotowania a może suszenia czy po prostu z jakiegoś innego powodu mielone zaczęło dziwnie pachnieć. Woleliśmy nie ryzykować i nakarmiliśmy nim rybki. Ale jak już wcześniej pisałem mieliśmy ze sobą golonki. I tym razem zrobiliśmy 2 golonki podgrzaliśmy na ogniu, zrobiliśmy sos myśliwski, kuskus i wszystko to wymieszaliśmy razem. Szczerze powiedziawszy było to dużo smaczniejsze niż mielone.
Tego dnia narodziło się kilka nowych pomysłów. Pierwszy z nich to postanowienie, że będę pakował się w 40L plecak. A drugi to pomysł zrobienia projektu INTO THE WILD-POLSKA. Będzie się on składał z 4 etapów. Ale to opiszę w osobnym poście.
Z dziennika:
Iskry tańczą w ognisku jak jak mrówki lub na jakiejś niezłej imprezce.

Jak widać trochę wody napadało:)

Dzień trzeci zapamiętam chyba do końca życia  od samego rana do następnego dnia non-stop lało, bo tego co tam przeżyliśmy niemożna nazwać deszczem, chociaż chyba ulewa to tez dość delikatne określenie.
 Z dziennika:
Ciągle pada. Tak jak wcześniej deszcz zacinał tak teraz pada pionowo. Widać góry w Czechach więc pogoda idzie ku dobremu.
Tu jeszcze miałem nadzieje na poprawę pogody która nie nadeszła. No ale jak leje i siedzi się w małej chatce i niema co robić to człowiek zaczyna rozmyślać. Oto to co zapisałem w dzienniku:
Kropla czym jest kropla. Pokonuje dystans wielu kilometrów i ginie rozbryzgując się na ziemi czy na drzewie.Po tym zdarzeniu już nikt o niej nie pamięta poza eremitą który pokonuje wielkie odległości aby zaginąć i wieść szczęśliwe życie pośród głuchych ostępów prawdziwej dziczy[...]
Deszcz to pogoda dla myślicieli. siedzi się w chatce czy w namiocie i kontempluje się świat oraz sens istnienia[..] Deszcz osłabł a ptaszki zaczęły śpiewać jak opera u Czajkowskiego. Ciekawe takie małe a jaki głos.
Deszcz nie przestawał padać ale słabł więc ok 12 ruszyliśmy w drogę.  Po przejściu góra jednego kilometra deszcz zamienił się w ulewę. No ale nie jesteśmy z cukru więc chyba się nie rozpuścimy i napieramy dalej. Celem dzisiejszej wędrówki był kanion w którym szliśmy w majówkę. Ale z powodu wysokiego stanu wody który wciąż się podnosił poszliśmy górą. Za daleko nie zaszliśmy bo deszcz lał coraz mocniej więc gdzieś po 2 km wędrówki górą kanionu zarządziliśmy odwrót. W trakcie schodzenia  minęły nas dwie terenówki.Najprawdopodobniej byli to myśliwi. Schodząc wprawdzie nie po szlaku ale duktem używanym przez tych co znają ten teren, szliśmy już nie po w miarę suchym gruncie(jeśli w ogóle można to było nazwać gruntem) a w strumieniu gdzie woda sięgała nawet do połowy łydki. Tego dnia a właściwie to już poprzedniego SMOCK zaczął poszczać wodę a właściwie to sam zamienił się w mokrą szmatę. No ale się nie dziwie bo w takich warunkach tylko guma nie puszcza wody.
Gdy wróciliśmy do chatki  zdjęliśmy przemoczone rzeczy i próbowaliśmy wyschnąć. Pod wieczór w chatce  użyliśmy kuchenki ekspedycyjnej oraz trójnogu, dzięki którym mogliśmy się chociaż troszkę osuszyć oraz zrobić rosołek.
Z dziennika:
Pada. Byłbym zdziwiony gdyby przestało padać.[..] Deszcz coraz mocniej pada a to już ostatni nasz  nocleg w Izerach w trakcie tego wyjazdu.
Na domiar złego wieczorem jak już się kładliśmy coś strzeliło mi w krzyżu że nie mogłem się ruszyć. Na szczęście do rana mi przeszło.
Czwartego dnia wstaliśmy wcześnie aby móc o dość rozsądnej godzinie wrócić do domu. Pogoda niebyła bardzo zła. A może to my już się przyzwyczailiśmy do nieustannego moknięcia. Można powiedzieć że  weszliśmy w pewnego rodzaju symbiozę z deszczem.
 Chcieliśmy wrócić żółtym szlakiem. Niestety okazało się, że niema opcji przejścia przez most po którym ktoś bardzo inteligenty przejechał i połamał belki. Wprawdzie dało by się przejść po metalowej podporze ale nie z tymi plecakami i nie przy tym poziomie wody. Gdyby się poślizgnąć i wpaść do rzeczki to nie dość, że sprzęt fotograficzny można by wyrzucić, to jeszcze by się miało niezły rafting. No i zostaliśmy zmuszeni do odwrotu. Gdy już doszliśmy do zejścia na żółty szlak okazało się, że przy wejściu była rozwieszona taśma zabraniająca wstępu. Tyle że ktoś musiał ją zerwać. Wracaliśmy ceglaną drogą i koło źródła Adamsa gdzie zrobiliśmy sobie dłuższy postój i o dziwo zaczęło się rozjaśniać a przynajmniej nie padało. Niestety nie na długo. W trakcie schodzenia na drodze spotkaliśmy dość sporego padalca. Nie mogłem się powstrzymać i złapałem go. Zrośliśmy kilka zdjęć niestety niewiele z nich wyszło. Oczywiście wypuściłem go w trawę.
Zamiast ryzykować zejście po dość nikłej jakości i wytrzymałości moście który z pewnością był by śliski w tej ulewie postanowiliśmy zejść asfaltem. Nie jest to zbyt wygodna opcja a to za sprawą nachylenia tejże drogi. Schodząc mijaliśmy kilka domów w idealnych dla każdego miłośnika dzikiego życia. Ale jedna z nich przykuła w szczególności moją uwagę i to nie za sprawą swojego wyglądu czy położenia a z powodu samochodu który tam stał i był podziurawiony od kul i owinięty taśmą z napisem policja. Brama wjazdowa na teren posesji też była owinięta taką taśmą. Ciekawe co tam się wydarzyło. Krótko po tym  odkryciu doszliśmy do auta i ruszyliśmy do domu. Chociaż zawsze jak  wracamy mam wrażenie, że opuszcza mój drugi dom.
A tu więcej zdjęć:
https://plus.google.com/photos/100320200907137124188/albums?banner=pwa&sort=7


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz