wtorek, 7 maja 2013

Zagubieni w dziczy- majowy bushcraft

 Nareszcie  majówka, okazja do odpoczynku i zamiany walki o przetrwanie w szkole na walkę o przetrwanie w dziczy. Na wyjazd wybraliśmy chyba najlepsze a na pewno jedno z najlepszych miejsc do uprawiania bushcraftu czyli góry Izerskie.

DZIEŃ 1
Po całonocnej jeździe ok.6 dojechaliśmy do Świeradowa a o 7 już ruszyliśmy na szlak.
Większość pierwszego dnia zajęło nam zdobywanie wysokości. Najgorsze jest to, że większość podejścia pokryta jest asfaltem. Ale jest możliwość którą my wybraliśmy a mianowicie poszliśmy niebieskim szlakiem.
Który prowadzi najpierw przez mostek który niedługo się rozpadnie a potem już cały czas po kamieniach, mijając źródło Adamsa- można z niego ze spokojem pić wodę bez przegotowania. Niestety nawet wybierając ten wariant nie da się  uniknąć asfaltu więc aż do mostu na Hali Izerskiej  idziemy asfaltem. A tak swoją drogą nie wiem co za pi-pi-pi wpadł na pomysł wyasfaltowania gór.
 Przy wspomnianym już moście zrobiliśmy sobie krótki postój na potężnych głazach nad samym Jagnięcym Potokiem.
Po kilku godzinach dalszej wędrówki ok.13.00 osiągnęliśmy dzisiejszy cel  wędrówki Chatkę Tomaszka w której  planowaliśmy spędzić noc. Na obiad  zjedliśmy jedzenie liofilizowane lyofood które jest naprawdę smaczne i godne polecenia w przeciwności do niektórych produktów innych firm. Przed snem  zrobiliśmy sobie jeszcze coś w rodzaju rosołu( kostka rosołowa i kuskus). I poszliśmy spać.

DZIEŃ 2
 Po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy w stronę kamiennego mostu na Jagnięcym Potoku. Nie szliśmy  szlakiem ale na przełaj wzdłuż rzeki. Po drodze było kilka drobnych przygód np. zapadłem się w śniegu po jaja, przeprawiałem się nad potokiem po zwalonym pniu.  Po kilku godzinach drogi doszliśmy do  mostu i zrobiliśmy sobie krótki postój na ławkach nad kilkudziesięciometrową  przepaścią. Z ławki rozpościera się  wspaniały widok na prawię całe Izery. Po dość długiej przerwie postanowiliśmy znaleźć miejsce na nocleg. Więc niedaleko mostu zeszliśmy ze szlaku i weszliśmy w las i po jakiejś godzinie znaleźliśmy fajne miejsce  na  namiot pod świerkiem. Z powalonego  suchara zrobiliśmy sobie ławkę i zagotowaliśmy wodę na jedzenie i herbatę. Po obiadku  podtrzymywaliśmy ogień ale w krótkim czasie zaczęło braknąć opału. Poszedłem i z kilku powalonych martwych drzew obłamałem trochę gałęzi i konarów, przyniosłem je do obozu i zacząłem rąbać te nieco większe na szczapki. Jak konar był grubości pięści nie było problemu z rąbaniem, gałęzie się łamało ale gdy chciałem rozłupać gałąź tak na oko 5cm średnicy doszło do  wypadku którego chyba do końca życia już nie zapomnę. Położyłem gałąź  i bez przymierzenia uderzyłem. Pech chciał że cholerny kawał drewna musiał mieć sęk a siekierka ucięła kawałek drewna powyżej sęku, odbiła się i trafiła mnie w palec wskazujący rozcinając go aż do kości na długości ok 1,5 cm. od razu odłożyłem siekierę chwyciłem palec i gdy zobaczyłem kość zaczęło robić mi się dziwnie no i padło kilka niecenzuralnych słów z mojej strony. Zawołałem do ojca " walnąłem się siekierą w palec apteczka!!" Jak tata wyjmował apteczkę i szukał w niej opatrunku oraz bandażu ja chodziłem, skakałem  i śpiewałem aby nie zemdleć.  Najdziwniejszy był fakt krew specjalnie nie ciekła  a zaczął boleć mnie brzuch, miałem zaburzenia orientacji i problemy ze słuchem.
Krótko po opatrzeniu dla uspokojenia się musiałem sobie strzelić herbatkę z Brendy a później mżawka wygoniła nas do namiotu. Krótko po tym zaczął padać  coraz mocniejszy deszcz i tak przez całą noc.

DZIEŃ 3
Dzień 3 nas nie rozpieszczał. Z namiotu wyszliśmy dopiero po 9 a to wszystko z powodu całonocnego deszczu. Namiot pozytywnie nas zaskoczył mimo dużej wilgotności i opadów nie było problemu z wodą która by się dostała pod karimaty. Obóz zwinęliśmy ok.10. Palec mocno utrudniał sprawne pakowanie przez co nie mieliśmy zbyt dobrego czasu. Celem na ten dzień była znowu Chatka Tomaszka a to dlatego że przyjechał nasz przyjaciel i prawdziwy człowiek lasu Zbyszek. Trasa niebyła zbyt długa ale siąpiący deszcz nie napawał nas zbytnią radością no ale jak mówi stare powiedzenie Skandynawów: niema złej pogody jest tylko zły ubiór. Aby dotrzeć na prawidłową stronę musieliśmy przeskoczyć mały strumień a potem już tylko przez las i trochę w wodzie.

Gdy doszliśmy do chatki pogoda nieco się poprawiła i na śniadanie Zbyszek zaserwował jajecznicę z 10 jaj była naprawdę smaczna. Po śniadaniu zmieniliśmy opatrunek.  Ranę trzeba było odmoczyć, aby jej nie rozrywać więc palec powędrował do garnka z wodą. Po 15minutach opatrunek się odkleił  i zobaczyliśmy ranę która całkiem ładnie i szybko się zasklepiła.  Przed założeniem nowego opatrunku polaliśmy palec wódką  aby ją odkazić potem trochę od wewnątrz tak na rozgrzanie. Cały dzień temperatura oscylowała w granicach 5C.  Już  po zapadnięciu zmroku było widać  potężną czerwoną poświatę oznakę zmiany pogody, o 23 poszliśmy spać.


DZIEŃ 4
Zdecydowanie najlepszy dzień  z całego wyjazdu. Już od samego rana zapowiadała się naprawdę piękna pogoda a do tego prawdziwa przygoda. Na śniadanie zjedliśmy specjał Zbyszka Cebula z olejem lekko podgrzana. Nie należę do miłośników cebuli ale muszę przyznać że jest to naprawdę smaczna i pożywna potrawa. Po śniadaniu zwinęliśmy cały szpej i ruszyliśmy w górę Jagnięcego Potoku z zamiarem dotarcia do jego źródeł. Cała ekspedycja zapowiadała się naprawdę ciekawie razem z nami poszedł Zbyszek w formie przewodnika.  Początek trasy wiódł tą samą drogą co wczoraj schodziliśmy. Kawałek przed mostem nad którym byliśmy 2 dnia zeszliśmy na samo dno kanionu gdzie jest najgłębsze miejsce nadające się do skoków na bombę.
Następnie ruszyliśmy w stronę mostu gdzie zeszliśmy nad samą rzekę i już aż do źródeł szliśmy samym dnem kanionu. Na początku przeprawy musieliśmy przeskakiwać z kamienia na kamień a w węższych miejscach  dało się przeskoczyć bezpośrednio na drugi brzeg.  Palec nie ułatwiał mi tej przeprawy bo nie miałem jakoś super pewnego chwytu kijka trekkingowego. Po przejściu chyba najtrudniejszego odcinka zrobiliśmy sobie postój na wysepce.
Z dziennika:
 woda szumi jak krew podróżnika wzburzona adrenaliną.
Idąc kanionem który miał ze 20-30metrów wysokości odnosiłem wrażenia jak bym był w pięknym więzieniu a wędrówka była jedyną szansą na wolność. Chociaż na dole było tak pięknie że nie chciało się myśleć o końcu wędrówki. Ale nasz cel był jeszcze daleki.
Po kilku kilometrach strumień stał się zdecydowanie węższy ale i brzeg  kilku miejscach stał się zdradliwy. W pewnym momencie gdy przechodziłem przez pozornie lekko podmokły mech zacząłem się zapadać. Pierwszy krok nie był niepokojący drugi już był dość głęboki ale trzeci zassał mnie po  kalana. Od razu rzuciłem się naprzód i wyciągnąłem się na stały ląd.  Ten mech okazał się cienkim kożuchem pod którym kryły się szczątki roślin i być może zwierząt wymieszanych z wodą.
Od tego momentu przestałem się przejmować czy idę w wodzie czy po lądzie. Mieliśmy mniej więcej połowę drogi za sobą. Ciekawy był fakt, że na jednym z takich zdradliwych połaci mchu widzieliśmy odcisk ludzkiej stopy, który nie mógł byś zbyt stary.
 Dalsza droga upływała nam w pięknych okolicznościach naprawdę dzikiej przyrody. W tym momencie strumień stał się wąskim strumyczkiem i zaczęliśmy napotykać coraz więcej drobnych dopływów. Cały czas szliśmy  największym korytem pod górę, aż teren stał się trochę równiejszy. Pod koniec drogi musieliśmy przeciskać się przez gęsty stosunkowo niski las.

I w końcu doszliśmy do źródła które nie było zbytnio imponujące. A właściwie to było małe błotniste bajoro.
U celu naszej wędrówki zrobiliśmy postój posililiśmy się batonami i chwilę odpoczęliśmy.
Na niebie pojawiły się niezbyt piękne chmury z których spadła mała mżawka,która jednak szybko minęła.

W drogę powrotną ruszyliśmy najpierw strumieniem a potem wspinając się na górę kanionu skąd rozpościerał się piękny widok na góry. W czasie powrotu musieliśmy w kilku momentach wysilić się i zejść ostro na dno kanionu  a potem ostro w górę. Gdy już zdobyliśmy wywłaszczony teren mogliśmy iść już dość swobodnie. Ale ku naszemu zdziwieniu w lesie do góry leżało mnóstwo śniegu  który nieraz sięgał do kolan  o pod nim kryła się woda. więc gdy się zapadło po kolana było prawie pewne, że wpadło się do wody.
Idąc górą kanionu mijaliśmy mnóstwo wspaniałych pejzaży. Po kilku godzinach dotarliśmy do drogi którą przecięliśmy, i znów na przełaj zeszliśmy do chatki gdzie mieliśmy zamiar spędzić ostatni nocleg naszej włóczęgi. Na kolacje zjedliśmy liofilizowaną potrawkę meksykańską z mielonką. Była dość dobra ale nie tak jak chińska. Ostatni wieczór uczciliśmy  kilkoma głębszymi oraz grą w scrabble. Poszliśmy spać o24.


Z dziennika:
Smutno na myśl jutrzejszego rozstania z górami i wędrówką. Wieczorne ognisko tak wesoło trzaska i jest pełen energii która nieraz przygasa. Zupełnie tak jak wędrowiec siedzący w kwadratowym więzieniu zwanym domem tuż przed wyruszeniem na szlak.

DZIEŃ 5
 Ostatni dzień był całkiem ładny. Rankiem pęcherz wygonił mnie z namiotu a mógłbym sobie jeszcze pospać. No ale trzeba było się zwinąć zjeść śniadanie i ruszyć w drogę powrotną. Po śniadaniu wyruszyliśmy na szlak aby mieć coś jeszcze z tego dnia wybraliśmy nieco dłuższą ale za to przyjemniejszą a przede wszystkim drogę z mniejszą ilością asfaltu. Zbyszek odprowadził nas kawałek  i na do widzenia jeszcze udało nam się wspólnie zobaczyć małą żmijkę która musiała się dopiero co najeść bo niebyła zbytnio agresywna a była nieco szersza w połowie swojej długości.

 Po pożegnaniu już tylko w dwójkę kontynuowaliśmy naszą włóczęgę. Najpierw przeszliśmy Halę Izerską gdzie zrobiliśmy sobie postój i zauważyliśmy dwóch turystów którzy właśnie zaczęli zwijać  namiot. Pierwszy raz w czasie wszystkich moich wędrówek zobaczyłem kogoś śpiącego w namiocie na szlaku a nie na polach namiotowych czy w schroniskach. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej Drogą Borowinową(żółtym szlakiem) i gdy  już dochodziliśmy do wiaty nad kozim potokiem zaczęło kropić a gdy już doszliśmy rozpadało się na dobre więc przeczekaliśmy najgorsze i ruszyliśmy dalej wzdłuż koziego potoku. Gdy doszliśmy do zielonej wiaty w której kiedyś zimą rozbiliśmy namiot. Byliśmy już na półmetku. Dalej zeszliśmy niebieskim koło Źródła Adamsa i dalej po tym  ledwo się kupy trzymającym  mostku. Kawałek za nim zrobiliśmy już ostatni postój na ławce Po kilku minutach ruszyliśmy już  do Świeradowa  i o 15,20 ruszyliśmy samochodem do Poznania.

I tak zakończyła się jedna z bardziej udanych naszych eskapad. Podsumowując:
Byłem po kolana w wodzie
Byłem po kolana w błotnistej brei
Byłem po jaja w śniegu
Prawie uciąłem sobie palec
5 Dni kompletnej separacji od cywilizacji 
CZYLI JAK SAMI WIDZICIE BYŁO SUPER!!!!!!!


                                                               Lista sprzętu
Ubiór:
Ja :
Kapelusz Jacaru
Kurtka Smock
Polar 200 Fjord Nansen
Softshel North face
Koszulka termoaktywna z krótkim rękawem Fjord Nansen
Spodnie trekkingowe Pinewood
Skarpety trekkingowe Fjornd Nansen 2 pary
Stuptuty Mckinley
Buty Meindl
Rękawice Taktyczne
Ojciec :
Kapelusz Propper
Kurtka GORE-TEX DEMOBIL
Softshel North face
Polar baran Mckinley
Koszulka termoaktywna z długim rękawem Fjord Nansen
Spodnie trekkingowe
Skarpety trekkingowe Fjord Nansen 3 pary
Stuptuty Salewa
Buty Grisport
Rękawice wspinaczkowe bez palców 
Kuchnia:
Kelly Kettle
Garnek Tatonka
Kuchenka survivalowa
Trójnóg składany
Kubek stalowy manierka/ Tatonka
Zestaw kuchenny wildo
Spork 3x
Jedzenie liofilizowane 
Butelka Camelbac
Manierka armii holenderskiej
Plecaki:
Ja: plecak OTHER ARMS brytyjski demobil + camelbac 3L+ kieszenie 2x
Ojciec: plecak HiMountain  Winter Expedition  70+20
Nocleg:
Namiot fore out Fjord Nansen
Cerata BW
Karimata Fjord Nansen (ja)
Karimata Packlon(ojciec)
Bivicover  holenderskiej  armii 
Śpiwór Fjord Nansen  Finmark(ja)
Śpiwór Fjord Nansen Stavanger(ojciec)
POZOSTAŁE:
Siekiera Fiskars x7
Nóż mora clasic i robust
Multitool  
Kije trekkingowe
Lina/linki
Apteczka
Trokki
Siedziska
Ręcznik
Piła sskładana ręczna/łańcuchowa ręczna
Pałatki
Pokrowce na plecak 
Lornetka Hawke Nature Trek. 
Zestaw survivalowy 
Czołówki
RADY NA PRZYSZŁOŚĆ:
Nigdy nie próbujcie porąbać siekierą drewna które jest węższe od waszego nadgarstka lepiej zrobić to nożem.
Nie zapomnijcie wziąć ze sobą ostrzałki bo po 5 dnich dało się już wyczuć stępienie ostrza.  
 
   






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz