wtorek, 28 maja 2013

60 lat mineło

W tym  roku mija dokładnie 60 rocznica zdobycia Mt.Everestu. Historia podboju tej góry zaczęła się zdecydowanie wcześniej. Pierwszą wyprawą w himalaje była brytyjska ekspedycja zorganizowana w 1904r. przez sir. Francis Younghusband.  Zgodę na zorganizowanie tego przedsięwzięcia dał sam Dalajlama. Kolejną poważną wyprawą która dała duży pogląd na sytuacje w himalajach, była zorganizowana w 1921r.
W składzie ekipy  był  m.in. George Leigh Mallory. Ekspedycja ta miała charakter rozpoznawczy a jaj członkowie zdobyli  Chang La-6990m.n.p.m.  W 1922r. rusza kolejna wyprawa w której znów bierze udział Mallory. W trakcie wspinaczki na Everest w lawinie ginie 7 szerpów. Ekspedycja osiągnęła 8326m.n.p.m.
Kolejna wyprawa po dziś dzień budzi wiele emocji. W 1924r. rusza trzecia wyprawa której celem jest zdobycie najwyższej góry świata. Podczas ataku szczytowego ginie Mallory, Andrew Irvine oraz dwaj szerpowie.  Głosy w sprawie tej wyprawy są podzielone jedni uważają, że szczyt został zdobyty. Jednak najprawdopodobniej ekspedycja osiągnęła wysokość 8600m.n.p.m

Przełomem w ekspedycjach na terenie himalajów było otwarcie granic Nepalu  w 1949 dla zagranicznych wspinaczy. W 1950r rusza brytyjsko amerykańska wyprawa której udało się pokonać  Ice Fall. Kierownikiem wyprawy był  Eric E. Shipton. W 1952r. rusza szwajcarska ekspedycja która obrała drogę od południa. Udało się im osiągnąć 8560m. n.p.m.
W 1953r po wielu próbach udaje się osiągnąć cel. Brytyjska wyprawa składająca  się z 400 ludzi. 29 maja od południa na szczyt wchodzą Edmund Hilary nowozelandzki wspinacz oraz Szerpa Norgay Tenzing. Było to wielkie osiągnięcie jak na tamte czasy gdzie nie było goretex-ów i innych super lekkich i zaawansowanych materiałów.  Ale tu historia się nie kończy. W 1965r. Szerpa Nawang Gombu jako pierwszy człowiek który dwukrotnie staną na szczycie. W 1975r. na szczyt wchodzą pierwsze kobiety Japonka Junko Tobei i Tybetanka  Phantong.
1978r. Wanda Rutkiewicz pierwsza polka oraz europejka na szczycie.W 1980r. Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki stają na szczycie ZIMĄ! Było to pierwsze w historii zimowe zdobycie ośmiotysięcznika i tym samym Mt.Everestu. 2005r. Marcin Miotk jako pierwszy Polak zdobywa Everest bez tlenu. W 2009r. Anna Barańska jako pierwsza Polka zdobywa szczyt od strony północnej. 2012r. Ryszard Pawłowski jest pierwszym polakiem który staną na szczycie czwarty raz.
 
Jest to zaledwie mały kawałek historii o przekraczaniu barier pozornie nieprzekraczalnych. W zdobywaniu szczytu wiele zasług mamy my Polacy z czego powinniśmy być dumni. Niestety Mt.Everest jest dziś górą obleganą przez ludzi niekoniecznie zasługujących na zaszczyt zdobycia go, jest też dość mocno zaśmiecony, a nieraz zdarza się, że wspinacze muszą stać w korku. Należy też pamiętać, że wielu straciło życie próbując zdobyć DACH ŚWIATA.

piątek, 24 maja 2013

Kije trekkingowe

Kije trekkingowe to coś więcej niż dwa badyle które trzeba ze sobą dźwigać. To świetny sposób na odciążenie stawów, zwiększenie tempa marszu jak i poprawienie bezpieczeństwa. Na pewno niemożna  mówić że jest to niezbędna część ekwipunku jednak warto nad nią pomyśleć.
Kije trekkingowe wywodzą się od kijków narciarskich. A swoją rosnącą popularność zawdzięczały na samym początku sławnemu włoskiemu himalaiście Reinholdowi Messnerowi, który używał składanych kijków podczas zdobywania szczytów. Dziś nikogo nie dziwi widok wędrowca z kijami.

Gdy jeszcze człowiek mieszkał w jaskiniach i chodził w skórach, w swojej błyskotliwości  wpadł na pomysł wykorzystania zwykłej prostej gałęzi. Która ułatwiała poruszanie się  w trudnym terenie czy przy obronie przed innymi ludźmi i zwierzętami.
Kiedy poruszamy się z wykorzystaniem kijów przedłużamy swoje ręce przez co chodzimy niejako na "czworaka". Każdy krok a szczególnie gdy idziemy z obciążeniem znacznie obciąża stawy w nogach. A kije pozwalają odciążyć kończyny dolne, przenosząc część obciążenia na ręce. Naukowcy udowodnili, że idąc z kijami jesteśmy wstanie zużywać do 30% energii mniej, oczywiście jeśli umiemy je prawidłowo wykorzystać.
Swoją największą zaletę kije pokazują dopiero przy podejściach i zejściach, natomiast na równym terenie już nie widać takiej różnicy.

Kije znacznie poprawiają pewność ruchów gdy przyjdzie nam poruszać się w trudnych warunkach terenowych takich jak: luźne lub mokre kamienie, błoto czy głęboki śnieg oraz lód. Każdy kijek to dodatkowy punkt oparcia, który może uchronić nas przed upadkiem który może byś niebezpieczny.
Te dodatkowe punkty podparcia bardzo pomagają przy pokonywania potoku, można wykonać skok o tyczce tyle, że przy wykorzystaniu kijków terkkingowych.
Zalety kijków ujawniają się na każdym kroku.

Aby kijki spełniały swoją role należy dobrać odpowiednią wysokość. Rozłożony kijek  trzymany prostopadle do ziemi, ramię i przedramię powinny tworzyć kąt prosty. Dlatego podczas podchodzenia można  je skrócić lub chwycić poniżej rączki, a na zejściach można je nieco wydłużyć.
Pętla w którą są wyposażone praktycznie każde kijki umożliwia obniżenie chwytu bez skracania długości kija. Jednak gdy przyjdzie się nam poruszyć w terenie zagrożonym lawinami nie powinniśmy wkładać dłoni w pętle. Aby kije nie zagrażały nam podczas gdy zostaliśmy porwani przez lawinę.

Na rynku jest wiele modeli kijków. Z różnymi typami rączek. Wbrew pozorom nie jest to bez znaczenia jaki rodzaj wybierzemy.  Podobno najlepsze są rączki wykonane z korka. Jednak ja zdecydowanie wolę rączki wykonane z pianki która pochłania wilgoć i daje pewny chwyt niezależnie od temperatury i tego czy mamy rękawice na dłoni czy też nie.

Większość kijków obecnych na rynku składa się 3 segmentów (rzadziej z 2)  dzięki czemu znacznie łatwiej je przenosić i dostosować do swojego wzrostu czy potrzeb. Poszczególne segmenty są blokowane na wiele rozmaitych sposobów.  Przez wiele lat najpopularniejszym sposobem było skręcanie śrub rozporowych które blokowały segmenty. Obecnie coraz częściej stosuje się system inaczej nazywanym w każdej firmie np. Flicklock, która umożliwia regulowanie kijów jednym ruchem, nawet w rękawicach.
Przy zakupie trzeba zablokować kij i oprzeć się całym ciężarem, jeśli nie złożył się powinien dać rade.
Kije mocno pomagają przy trudnych przeprawach.

Same kije robione są z najróżniejszych materiałów od aluminium po włókna węglowe. Obojętnie jaki materiał wybierzemy i tak to nie wpływa jakoś  mocno na wytrzymałość kija. A głównie na cenę.Końcówki kijów w większości przypadków wykonane są z widi- czyli węglików spiekanych różnych metali. Jest to bardzo twardy i trwały materiał, który posłuży wiele lat.
Do kijków można zakupić wiele akcesoriów od najróżniejszych nakładek na grot jak i samą końcówkę, przez talerzyki(małe na lato a duże na śnieg) oraz segmenty.
Przy zakupie trzeba podjąć jeszcze jedną ważną decyzję czy wolimy kijki na "resorach" czy nieco mniej wygodna ale za to wiele mocniejsze kije bez amortyzacji. Ja osobiście nie lubię zbędnych bajerów które mogą zawieźć w najmniej odpowiednim momencie.
Najlepsze kijki z jakimi miałem do czynienia to kije firmy Black Diamond  które nie mają okrągłych segmentów a trójkątne, przez co znacznie zrasta ich wytrzymałość. Jednak są one bardzo drogie.
Ja używam kijków Fjord Nansen Jade. Są to bardzo proste i ładne kije w dość niewygórowanej cenie ok 150zł. Niestety niema ich już w ofercie. Mają najbardziej bushcraftowy wygląd  z wszystkich kijów z jakimi miałem do czynienie a to za sprawą  bambusowej okładziny górnego segmentu.
Oto ich specyfikacja:



  • kije trzyczęściowe z górnym segmentem pokrytym okładziną z bambusa
  • system blokowania zewnętrzny, umożliwiający łatwą obsługę nawet w skrajnych warunkach atmosferycznych
  • wykonane z najwyższej jakości stopu duraluminium 7075
  • grot widiowy, odporny na ścieranie, doskonale trzymający się skalnego lub śliskiego podłoża
  • rączka z neoprenowej pianki ograniczającej pocenie się dłoni i efekt "klejenia"
  • regulowane taśmy z miękką neoprenową opaską
  • długość kijów złożonych: 67 cm
  • długość robocza: do 135 cm 
  •   Na sam koniec jeszcze raz powtórzę, kije trekkingowe nie są niezbędne ale warto je wziąć na wypad w teren szczególnie w góry a już na pewno zimą. Ja sam  naogójł nie biorę kijów do lasu ale gdy mam duże obciążenie czy po prostu przyjdzie mi poruszać się w ciężkim terenie czy  narekietach to zawsze je biorę.
    Kijki mają jeszcze jedno zastosowanie.W przypadku namiotu takiego typu jam Fjord Nansen faroe out, w  którym tworzą one stelaż.

    wtorek, 21 maja 2013

    Les Stroud -Przetrwać wszystko

    Przetrwać wszystko to pierwsza przetłumaczona na język polski książka mistrza przetrwania znanego z programu survivorman. Oczywiście chodzi o Les`a Strouda.
     Nie jest to kolejny poradnik o typowym survivalu a raczej czymś pomiędzy survivalem a bushcraftem. Zawarte w niej są wszystkie najważniejsze aspekty przetrwania od zdobycia wody poprzez budowanie szałasu itp. Co czyni ją świetna pozycją dla wszystkich początkujących jak i zaawansowanych bushcraftowców.
    W książce jest mnóstwo praktycznych porad  i wiele Wskazówek Strouda czyli krótkich i treściwych wskazówek potrzebnych do życia  i przetrwania w dziczy.
    Książka podzielona jest na 15 rozdziałów, które jasno przedstawiają konkretne zagadnienie ze sztuki przetrwania np: Planowanie wyprawy i przygotowania czy Ogień, Woda, Pożywienie Ubiór, i jeszcze kilka innych. Na samym końcu tej publikacji jest bardzo fajna rzecz a mianowicie lista sprzętu który powinien się znaleźć czy to w samochodzie czy w wyposażeniu każdego wędrowca.  W anglojęzycznej wersji jest kilka stron a w polskiej tylko jedna strona przeznaczona na rozpałkę. To tak wbrew pozorom ciekawy patent. Bo gdy w terenie zabraknie nam rozpałki a mamy książkę Les`a może uda nam się rozpalić ogień.
     Les wie jak przetrwać w każdych warunkach, od pustyń przez morza i dżungle, aż po rejony Arktyki. Dlatego jeśli planuje się wyjazd w jakikolwiek dziki zakątek warto zapoznać się z  książką PRZETRWAĆ WSZYSTKO.
     Jeśli chcesz wiedzieć:
    • Jaką strategię przyjąć podczas spotkania z rekinem?
    • Co spakować do zestawu survivalowego?
    • Jak wykonać nóż z kamienia lub kości?
    • Jak pokonać strach, kiedy jesteś sam w głuszy?
    Zapoznaj się z tą książką i z moim blogiem.

    piątek, 17 maja 2013

    Świerkowe smarowidło

    Maj to świetny moment na zbiór i przygotowanie wielu smacznych oraz zdrowych specyfików np.  młodych pędów świerku do zrobienia świerkowego smarowidła. Podczas zbioru zjadłem trochę prosto z drzewa ale większość zebrałem do domu w celu przygotowania Świerkowego smarowidła i syropu. Młode pędy są dość delikatne i miękkie oraz lekko kwaskowate w smaku                  ( zawierają dużo witaminy C). Wraz z czasem gałązki dostają coraz silniejszy żywiczny posmak. Świerk można wykorzystywać przez cały rok do parzenia herbaty. Ale do smarowidła potrzebne są właśnie młode
     jasno-zielone pędy.


    Do przygotowania  tego specyfiku potrzeba nam dość dużo młodych pędów. W zależności od ilości uzyskamy większą lub mniejszą ilość syropu. Ja zebrałem ok 1L kilkucentymetrowej długości pędów. Były jeszcze dość miękkie ale okres zbioru pomału dobiega końca.  Do zbioru nie należy wykorzystywać tylko jednego drzewa (najlepiej pobierać od 10/20 garści z jednego świerka). Ja wykorzystałem ok.9 większych lub mniejszych drzew.

    Następnym  krokiem jest posiekanie pędów na najdrobniejsze możliwe do uzyskania kawałki, wrzucenie do garnka dolanie odrobiny wody i dodanie cukru wedle uznania. Ja niestety przesadziłem i dodałem go za dużo i smarowidło było strasznie słodkie ale zjadliwe. Gdy już mamy wszystko w garnku należy wszystko gotować 1 godzinę mieszając co jakiś czas by się nie przypaliło.
    Gdy już uznałem że starczy, poczekałem aż ostygnie i spróbowałem.  Zielona papka czyli smarowidło była  całkiem smaczna jednak trochę za słodka, ale syrop był naprawę smaczny smakował prawie jak miód.
    Świerkowe smarowidło można jeść zarówna samo jak i na chlebie a syrop wykorzystać jak miód czy jako polewę do np.naleśników. Jeśli jest możliwość zrobienia sobie zapasu tego specyfiku  na zimę to naprawdę warto.
    ZDECYDOWANIE ZA DUŻO CUKRU!

























    Dodaj napis

    wtorek, 14 maja 2013

    Kuchenka ekspedycyjna

    Pewnie dla większości ludzi poruszających się w po dzikich ostępach zwraca dużą jeśli nie największą uwagę na rozmiar oraz wagę ekwipunku. Jeśli chcecie mieć małą kuchenkę opalaną byle czym, to kuchenka ekspedycyjna jest świetnym rozwiązaniem.

    Nadaje się do gotowania wody jak i do przyrządzania rożnego typu pożywienia. Zbudowana z 5elementów,  które są wykonane z cienkiej blachy nierdzewnej o grubości 0,6mm dzięki czemu jej waga wynosi zaledwie 240g. Złożenie zestawu nie nastręcza większych problemów niezależnie od warunków atmosferycznych. Problem z zmontowaniem zaczyna się dopiero gdy mamy bardzo zgrabiałe dłonie lub robimy to w dużych rękawicach. Po złożeniu zajmuje bardzo mało miejsca.
     Grubość 3 mm x 149 mm x 107 mm, to naprawdę świetny wynik! Kuchenka najlepiej sprawdza się w zestawie z kubkiem o pojemności 0,5L. Można również użyć zwykłego garnka ale wtedy powstaje spory problem z dorzucaniem opału, dlatego ja używam do kompletu małego i lekkiego trójnogu(opiszę w innym poście). Ten zestaw świetnie ze sobą współgra i znacznie ułatwia i umila gotowanie.

    Co do opału to obojętnie co się do niej wrzuci a jest to łatwo palne  zda egzamin. Gdy chcemy zagotować wodę w kubku wystarczą drobne gałązki a gdy zamierzamy ugotować coś wykwintnego trzeba użyć grubych patyków lub małych szczapek. Trzeba pamiętać, że gaz czy benzyna wcześniej czy później się skończy, tu niema takiego problemu bo wszędzie się znajdzie jakieś patyki czy papiery. Opał można dorzucać przez otwór w przedniej ścianie i/lub od góry.

     Kuchenka ekspedycyjna jest alternatywą dla Kelly Kettle, jednak jedynie pod względem wielkości, wagi, no i ceny 65zł.
    Świetnie nadaje się zarówno jako podstawowa kuchenka każdego turysty jaki i bardziej wymagających survivalowców.
    Może również wchodzić w skład zestawu przetrwania zarówno w warunkach naturalnych, jak i w post-apokaliptycznym mieście.
    Podsumowując:
    Kuchenka ekspedycyjna to zarówno świetny gadżet jak i przydatne narzędzie.
    Jest stabilne w prawie każdym terenie.
    Zajmuje bardzo mało miejsca 3 mm x 149 mm x 107 mm
    Jest bardzo lekka 240g.
    Wykonana ze stalowej blachy o grubości 0,6mm
    Dość bezpieczna(ogień pod kontrolą)
    Można zagotować na niej zarówno wodę jak i przygotować jakieś posiłki. 
    Dość tania 65zł.





    sobota, 11 maja 2013

    Mielone inaczej

    Mielone inaczej to alternatywa dla surowego mięsa jak i liofilizowanej żywności. Zarówno ja jak i wielu innych ludzi lasu bardzo lubi korzystać z żywości odwodnionej, która  dłużej pozostaje świeża, jest lekka. Jednak jest dość spora wada cena, najtaniej 20zł. I tu właśnie odkrywa się największa  zaleta mielonego inaczej. Jeśli odpowiednio się je przygotuje to przedłuża się żywotność pokarmu który jest smaczny ale i tani.
    Najlepiej do produkcji takiego pokarmu użyć mielonej wołowiny, ale to zależy od osobistych preferencji. Jeśli ktoś ma np. okazje wykorzystać dziczyznę też wyjdzie z tego smaczny posiłek, tyle,że trzeba je najpierw przepuścić przez maszynkę do mięsa. Dobrze gdy nie jest ono za tłuste ponieważ takie trudniej odwodnić. Następnie należy wyrzucić je na patelnie i smażyć. Najlepiej nie dodawać żadnych tłuszczy ale można dodać np. trochę masła, jednak wtedy proces odwadniania trwa trochę dłużej. Ewentualne przyprawy które dodajemy do mięsa są według osobistych preferencji.
    Cały płyn wylewamy

    Gdy już uznamy, że mięso puściło "soki" należy je odlać. Po odlaniu można ponowić podsmażenie i jeśli mięso znowu puściło "soki" znowu odlewamy.
    Po takim procesie mięso wysypujemy na papier(warto pod papier położyć gazety mniej sprzątania później)
     i zostawiamy do przeschnięcia. Po kilku godzinach mięso jest gotowe.
    Ja zazwyczaj przygotowuję Mielone w przeddzień wyjazdu. Najlepiej przewozić je w plastikowej butelce z dużym otworem który ułatwi nam nasypywanie oraz wysypywanie mięsa.
    Najlepiej do Mielonego pasuje kuskus z dowolnym sosem(najlepiej myśliwskim). Gdy już gotujemy strawę w terenie możemy zrobić to na dwa sposoby:
    Pierwszy sposób to w osobnym naczyniu zagotować wodę do kuskusu, w osobnym zrobić sos i w osobnym podgrzać mięso(warto dodać masło/smalec) Ta metoda jest dość uciążliwa bo potrzebujemy wielu naczyń i będzie dużo do zmywania.
    Druga metoda jest dużo bardziej ekonomiczna potrzebny jest jeden dość spory garnek w którym najpierw robimy sos, po zagotowaniu sosu dosypujemy kuskus ciągle mieszając a na sam koniec wsypujemy mięso. Mieszamy jeszcze kilka minut i możemy cieszyć się pożywnym i smacznym jedzonkiem.

    Lech "Hermes" Krzewicki

    Pewnie większość z was zastanawia się czy są jeszcze ludzie którzy żyją w Harmonii z naturą. Owszem są i sam znam kilku. Ale tym razem opiszę niesamowitą postać na którą natknąłem się szperając w internecie chodzi o Lecha "Hermesa" Krzewickiego.  Najważniejsze dla niego jest życie w zgodzie z naturą oraz wolność, bo jak sam mówi: człowiek nie jest stworzony do życia w betonie.
    Gdy miał 18 lat zamiast podejść do matury tak jak jego rówieśnicy postanowił ruszyć w drogę po Polsce i można powiedzieć, że wciąż jest w drodze. Był jednym z pierwszych założycieli ruchu hipisowskiego na terenie naszego kraju. Eksperymentował z narkotykami . Przez pewien czas mieszkał w Bieszczadach. Obecnie mieszka pod Krakowem gdzie przeniósł się aby pomóc swojej klaczy odchować małego. Tak tak ma konie bo gdy po wypadku samochodowym doznał poważnego urazu kręgosłupa dowiedział się o hipoterapii która mogłaby mu przywrócić zdrowie. Jednak  okazało się, że koszt takiej terapii jest równy zakupowi własnego konia i tak się zaczęło. Hermes wciąż żyje w zgodzie z hipisowskimi ideałami, żyje jak pustelnik bez prądu czy wody a obuwie zakłada tylko zimą czy do pracy. Nie je mięsa od przeszło 40lat,  najchętniej je to co znajdzie a wszystko gotuje na ogniu.
    Ciekawym jego podejściem do posiadania rzeczy jest stwierdzenie, że człowiek powinien mieć tylko tyle ile jest w stanie zmieścić w plecaku. W jego dość sporym plecaku mieści się śpiwór, mata izolacyjna, jakieś narzędzia czyli wszystko co jest mu potrzebne. Latem czy gdy jest ciepło śpi na dworze dopiero gdy nadejdzie zima przenosi się do murowanego domu, a zwierzakom buduje wiatę.
    Jego konie to dość odporna na warunki atmosferyczne rasa-Konik polski W czasie swojego życia miał wiele kobiet, z którymi łącznie miał piątkę dzieci. Jego córka która mieszka w Krakowie również była zafascynowana hipisami jednak teraz woli studiować i wychowywać swoje dziecko. Córka niema do niego jakiś pretensji bo jak sama mówi:
    Mój ojciec nie był przygotowany do zajmowania się nami. Wydawał się być nieodpowiedzialny. Trudno mi sobie teraz wyobrazić sytuację, że mam ojca. Przyzwyczaiłam się do tego stanu, jaki jest. Był moment, że tego żałowałam, ale teraz wiem, że prawdopodobnie to, jak żyje dziś jest dla niego najlepsze.
    Jak już wspominałem Hermes jest w nieustannej drodze i co jakiś czas  rusza znów na szlak który zaprowadzi go........
    Zapraszam do obejrzenia filmu:

    piątek, 10 maja 2013

    Mors Kochański

    Kochanski.JPGJest to mało znana w Polsce postać ze światu bushcraftu. Jest instruktorem przetrwania i bushcraftu oraz autorem wielu książek, niestety jak na razie żadna nie została przetłumaczona na język polski. Szkolił zarówno cywilów jak i wojskowych, w takich krajach jak Kanada, Anglia, USA oraz Szwecja. Jego słynną maksymą jest:"The more you know, the less you carry" czyli "Jm więcej wiesz, tym mniej nosisz".

    Mors Kochański pochodzi z polskiej rodziny która jeszcze przed drugą wojną wyjechała do Kanady gdzie w 1940r. urodził się Mors.
    Pewnie dziwi was imię Mors wynikło ono z błędu popełnionego przez położną która na skutek polskiego akcentu i  błędu w mowie  zamiast Morris wpisała do aktu urodzenia Mors. Jego dzieciństwo mocno wpłynęło na  późniejszy styl życia oraz  pasje. Wychował się na odizolowanej farmie w Saskatchewan. Codziennie do szkoły musiał pokonać 7mil. Te codzienne podróże odgrywały główną role w edukacji i przyczyniły się do zafascynowania naturą. Gdy w 1954r przeniósł się wraz z rodzicami do Prince Albert  publiczna biblioteka stała się jego drugim domem. Najbardziej interesowały go dwie pozycje:
    Podręcznik dla Skautów oraz książka o węzłach. I tu zaczęła się pasja kolekcjonowania i czytania książek głównie tych o przyrodzie oraz  o umiejętnościach przetrwania.
    W 1959r. został kadetem Marynarki. Gdzie w sumie przesłużył 3 lata, po czym wrócił w rodzinne strony.
    Po kilku latach studiów Mors został  zawieszony i rzucił naukę. Od tego momentu postanowił spełnić się w  tym w czym był najlepszy czyli sztuce życia w dziczy. Jednak zanim udało mu się ten cel osiągnąć pracował w wielu innych miejscach.
    W 1968r w Blue Lake Centre (blisko Hinton, Alberta) zaczęły działalność plenerowe programy edukacyjne gdzie Mors szybko znalazł pracę. W tym samym czasie poznał  swojego przyjaciela oraz mentora
    Tom`a Roycraft. W 1986r. został poproszony o napisanie książki w której zawrze całą wiedzę na temat życia i przetrwania w głuszy. I właśnie w ten sposób powstał kanadyjski bestseller „Northern Bushcraft”  A mors staje się znanym instruktorem. Mors Kochański łącznie wydał 3 książki, oraz publikował swoje artykuły w „Wilderness Arts and Recreation Magazine” .
    Wiele technik stosowanych przez Morsa Kochańskiego mogą być nieco zaskakujące jak na dzisiejsze standardy  ale tak czy inaczej są jak najbardziej warte opanowania chociaż w nikłym stopniu.
    Na sam koniec warto dodać, że Mors był mentorem Raya Mearsa  i to on rozpropagował noszenie noża na szyi. Sam często używał niedrogich  szwedzkich noży Mora.
    I jeszcze filmik:

    czwartek, 9 maja 2013

    LYO FOOD

    LYO FOOD to firma zajmująca się produkcją liofilizowanego jedzenia. 
    Liofilizacja to:
    metoda utrwalająca żywność poprzez odsączenie z niego wody w stanie zamrożonym. Podczas liofilizacji kryształki lodu są usuwane z  pokarmu po przez sublimacje. Dzięki takiemu rozwiązaniu żaden składnik nie ulega degradacji ani nie traci wartości odżywczych chociaż czasem smakowe ale to nie dotyczy firmy
    LYO FOOD.
    W czasie moich wędrówek miałem do czynienia z liofilizowaną żywnością różnych firm, tu muszę stwierdzić z czystym sumieniem, że jedzenie LYO FOOD jest naprawdę smaczne a co ważniejsze smakuje jak domowe żarcie w którym są naprawdę spore kawałki mięsa a nie jak u innych firm ledwo widoczne drobinki które ani w wyglądzie ani w smaku nie przypominają mięsa. Jeszcze jedną dużą zaletą liofilizatów tej firmy jest stosunkowo niska cena.
     W asortymencie firmy każdy znajdzie  coś co będzie odpowiadało jego kulinarnym preferencję do wyboru jest wszystko od zup po bigos. Ja miałem okazję spróbować
    Gulasz wieprzowy z kaszą bardzo smaczny posiłek z dużymi kawałkami mięsa.
    Mexican Dish super meksykańskie jedzenie nie za ostre a w sam raz.
    Chińska potrawka według mnie najlepsza z tych wszystkich posiłków. Smakował jak w dobrej azjatyckiej knajpie.
    Przy okazji zamówiłem jeszcze  Egzotyczną rozkosz jest to mieszanina wysuszonych bananów, kiwi,ananasa i mandarynki. Całkiem smaczny dodatek np.do kaszki czy jako sucha zagryzka.
    Jeśli zamierzacie przejść duży dystans a nie macie ochoty  targać ciężkiego i szybko psującego się pokarmu pomyślcie o liofilizowanym jedzeniu.
    A w szczególności polecam
     LYO FOOD.

    środa, 8 maja 2013

    Wildo-Camp-a-box Zestaw biwakowy

    Dziś przedstawię ciekawy gadżet który nie jest niezbędny ale zwiększa komfort w dzikiej kuchni. Jeszcze niedawno sam nie byłem fanem brania jakiegoś dodatkowego sprzętu kuchennego. Wystarczył mi garnek, spork i kubek ale niedawno przy okazji postanowiłem się skusić na zestaw kuchenny Wildo. Jest to produkt wykonany przez szwedzką firmę Wildo. Największą zaletą jest fakt, że niema tu chińskiej tandety a wszystko zostało wykonane w Szwecji z nietoksycznego lekkiego towarzystwo.
    W skład tego zestawu wchodzi:
    - pojemnik z zamknięciem
    - kubek Fold-A-Cup®
    - duży kubek Fold-A-Cup®
    - zamykany pojemnik z trzema przegrodami na przyprawy
    - deseczka do krojenia
    - Spork - widelec, nóż i łyżka w jednym





    Przy okazji majowego wyjazdu miałem okazję pierwszy raz przetestować ten zestaw i spostrzeżenia są następujące:
    Nie wiem jak mogłem wcześniej  kuchcić bez niego.
    Pojemnik na przyprawy ma nieco za małe otworki więc gdy jest duża wilgotność a przyprawy ją złapią nie chcą wylecieć.
    Spork Wildo jest wygodniejszy od sporka LIGHT MY FIRE
    Deseczka do krojenia jest bardzo wygodnym rozwiązaniem zabezpieczającym nasz pokarm przed ewentualnym brudnym podłożem.
    Pojemniki świetnie nadają się jako miska. Jednak gdy mamy do czynienia z czymś bardzo tłustym musimy się liczyć, że będzie wielki problem z domyciem ich w terenie.
    Kubki szczególnie ten większy jest bardzo wygodny i nie zostawia przykrego plastikowego posmaku. Można nalewać do niego wrzątek i od razu chwycić kubek bo o dziwo się nie nagrzewa. Mniejszy jest według mnie nieco za mały ale przydaje się np. do odmierzenie wody.  Za to na pewno przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom militariów bo posiada natowski numer i jest on na wyposażeniu szwedzkiej armii.
    Na pewno warto znaleźć miejsce w bagażu na ten zestaw bo jest on bardzo przydatny czy to na górskiej wyrypie czy campingu.

    wtorek, 7 maja 2013

    Zagubieni w dziczy- majowy bushcraft

     Nareszcie  majówka, okazja do odpoczynku i zamiany walki o przetrwanie w szkole na walkę o przetrwanie w dziczy. Na wyjazd wybraliśmy chyba najlepsze a na pewno jedno z najlepszych miejsc do uprawiania bushcraftu czyli góry Izerskie.

    DZIEŃ 1
    Po całonocnej jeździe ok.6 dojechaliśmy do Świeradowa a o 7 już ruszyliśmy na szlak.
    Większość pierwszego dnia zajęło nam zdobywanie wysokości. Najgorsze jest to, że większość podejścia pokryta jest asfaltem. Ale jest możliwość którą my wybraliśmy a mianowicie poszliśmy niebieskim szlakiem.
    Który prowadzi najpierw przez mostek który niedługo się rozpadnie a potem już cały czas po kamieniach, mijając źródło Adamsa- można z niego ze spokojem pić wodę bez przegotowania. Niestety nawet wybierając ten wariant nie da się  uniknąć asfaltu więc aż do mostu na Hali Izerskiej  idziemy asfaltem. A tak swoją drogą nie wiem co za pi-pi-pi wpadł na pomysł wyasfaltowania gór.
     Przy wspomnianym już moście zrobiliśmy sobie krótki postój na potężnych głazach nad samym Jagnięcym Potokiem.
    Po kilku godzinach dalszej wędrówki ok.13.00 osiągnęliśmy dzisiejszy cel  wędrówki Chatkę Tomaszka w której  planowaliśmy spędzić noc. Na obiad  zjedliśmy jedzenie liofilizowane lyofood które jest naprawdę smaczne i godne polecenia w przeciwności do niektórych produktów innych firm. Przed snem  zrobiliśmy sobie jeszcze coś w rodzaju rosołu( kostka rosołowa i kuskus). I poszliśmy spać.

    DZIEŃ 2
     Po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy w stronę kamiennego mostu na Jagnięcym Potoku. Nie szliśmy  szlakiem ale na przełaj wzdłuż rzeki. Po drodze było kilka drobnych przygód np. zapadłem się w śniegu po jaja, przeprawiałem się nad potokiem po zwalonym pniu.  Po kilku godzinach drogi doszliśmy do  mostu i zrobiliśmy sobie krótki postój na ławkach nad kilkudziesięciometrową  przepaścią. Z ławki rozpościera się  wspaniały widok na prawię całe Izery. Po dość długiej przerwie postanowiliśmy znaleźć miejsce na nocleg. Więc niedaleko mostu zeszliśmy ze szlaku i weszliśmy w las i po jakiejś godzinie znaleźliśmy fajne miejsce  na  namiot pod świerkiem. Z powalonego  suchara zrobiliśmy sobie ławkę i zagotowaliśmy wodę na jedzenie i herbatę. Po obiadku  podtrzymywaliśmy ogień ale w krótkim czasie zaczęło braknąć opału. Poszedłem i z kilku powalonych martwych drzew obłamałem trochę gałęzi i konarów, przyniosłem je do obozu i zacząłem rąbać te nieco większe na szczapki. Jak konar był grubości pięści nie było problemu z rąbaniem, gałęzie się łamało ale gdy chciałem rozłupać gałąź tak na oko 5cm średnicy doszło do  wypadku którego chyba do końca życia już nie zapomnę. Położyłem gałąź  i bez przymierzenia uderzyłem. Pech chciał że cholerny kawał drewna musiał mieć sęk a siekierka ucięła kawałek drewna powyżej sęku, odbiła się i trafiła mnie w palec wskazujący rozcinając go aż do kości na długości ok 1,5 cm. od razu odłożyłem siekierę chwyciłem palec i gdy zobaczyłem kość zaczęło robić mi się dziwnie no i padło kilka niecenzuralnych słów z mojej strony. Zawołałem do ojca " walnąłem się siekierą w palec apteczka!!" Jak tata wyjmował apteczkę i szukał w niej opatrunku oraz bandażu ja chodziłem, skakałem  i śpiewałem aby nie zemdleć.  Najdziwniejszy był fakt krew specjalnie nie ciekła  a zaczął boleć mnie brzuch, miałem zaburzenia orientacji i problemy ze słuchem.
    Krótko po opatrzeniu dla uspokojenia się musiałem sobie strzelić herbatkę z Brendy a później mżawka wygoniła nas do namiotu. Krótko po tym zaczął padać  coraz mocniejszy deszcz i tak przez całą noc.

    DZIEŃ 3
    Dzień 3 nas nie rozpieszczał. Z namiotu wyszliśmy dopiero po 9 a to wszystko z powodu całonocnego deszczu. Namiot pozytywnie nas zaskoczył mimo dużej wilgotności i opadów nie było problemu z wodą która by się dostała pod karimaty. Obóz zwinęliśmy ok.10. Palec mocno utrudniał sprawne pakowanie przez co nie mieliśmy zbyt dobrego czasu. Celem na ten dzień była znowu Chatka Tomaszka a to dlatego że przyjechał nasz przyjaciel i prawdziwy człowiek lasu Zbyszek. Trasa niebyła zbyt długa ale siąpiący deszcz nie napawał nas zbytnią radością no ale jak mówi stare powiedzenie Skandynawów: niema złej pogody jest tylko zły ubiór. Aby dotrzeć na prawidłową stronę musieliśmy przeskoczyć mały strumień a potem już tylko przez las i trochę w wodzie.

    Gdy doszliśmy do chatki pogoda nieco się poprawiła i na śniadanie Zbyszek zaserwował jajecznicę z 10 jaj była naprawdę smaczna. Po śniadaniu zmieniliśmy opatrunek.  Ranę trzeba było odmoczyć, aby jej nie rozrywać więc palec powędrował do garnka z wodą. Po 15minutach opatrunek się odkleił  i zobaczyliśmy ranę która całkiem ładnie i szybko się zasklepiła.  Przed założeniem nowego opatrunku polaliśmy palec wódką  aby ją odkazić potem trochę od wewnątrz tak na rozgrzanie. Cały dzień temperatura oscylowała w granicach 5C.  Już  po zapadnięciu zmroku było widać  potężną czerwoną poświatę oznakę zmiany pogody, o 23 poszliśmy spać.


    DZIEŃ 4
    Zdecydowanie najlepszy dzień  z całego wyjazdu. Już od samego rana zapowiadała się naprawdę piękna pogoda a do tego prawdziwa przygoda. Na śniadanie zjedliśmy specjał Zbyszka Cebula z olejem lekko podgrzana. Nie należę do miłośników cebuli ale muszę przyznać że jest to naprawdę smaczna i pożywna potrawa. Po śniadaniu zwinęliśmy cały szpej i ruszyliśmy w górę Jagnięcego Potoku z zamiarem dotarcia do jego źródeł. Cała ekspedycja zapowiadała się naprawdę ciekawie razem z nami poszedł Zbyszek w formie przewodnika.  Początek trasy wiódł tą samą drogą co wczoraj schodziliśmy. Kawałek przed mostem nad którym byliśmy 2 dnia zeszliśmy na samo dno kanionu gdzie jest najgłębsze miejsce nadające się do skoków na bombę.
    Następnie ruszyliśmy w stronę mostu gdzie zeszliśmy nad samą rzekę i już aż do źródeł szliśmy samym dnem kanionu. Na początku przeprawy musieliśmy przeskakiwać z kamienia na kamień a w węższych miejscach  dało się przeskoczyć bezpośrednio na drugi brzeg.  Palec nie ułatwiał mi tej przeprawy bo nie miałem jakoś super pewnego chwytu kijka trekkingowego. Po przejściu chyba najtrudniejszego odcinka zrobiliśmy sobie postój na wysepce.
    Z dziennika:
     woda szumi jak krew podróżnika wzburzona adrenaliną.
    Idąc kanionem który miał ze 20-30metrów wysokości odnosiłem wrażenia jak bym był w pięknym więzieniu a wędrówka była jedyną szansą na wolność. Chociaż na dole było tak pięknie że nie chciało się myśleć o końcu wędrówki. Ale nasz cel był jeszcze daleki.
    Po kilku kilometrach strumień stał się zdecydowanie węższy ale i brzeg  kilku miejscach stał się zdradliwy. W pewnym momencie gdy przechodziłem przez pozornie lekko podmokły mech zacząłem się zapadać. Pierwszy krok nie był niepokojący drugi już był dość głęboki ale trzeci zassał mnie po  kalana. Od razu rzuciłem się naprzód i wyciągnąłem się na stały ląd.  Ten mech okazał się cienkim kożuchem pod którym kryły się szczątki roślin i być może zwierząt wymieszanych z wodą.
    Od tego momentu przestałem się przejmować czy idę w wodzie czy po lądzie. Mieliśmy mniej więcej połowę drogi za sobą. Ciekawy był fakt, że na jednym z takich zdradliwych połaci mchu widzieliśmy odcisk ludzkiej stopy, który nie mógł byś zbyt stary.
     Dalsza droga upływała nam w pięknych okolicznościach naprawdę dzikiej przyrody. W tym momencie strumień stał się wąskim strumyczkiem i zaczęliśmy napotykać coraz więcej drobnych dopływów. Cały czas szliśmy  największym korytem pod górę, aż teren stał się trochę równiejszy. Pod koniec drogi musieliśmy przeciskać się przez gęsty stosunkowo niski las.

    I w końcu doszliśmy do źródła które nie było zbytnio imponujące. A właściwie to było małe błotniste bajoro.
    U celu naszej wędrówki zrobiliśmy postój posililiśmy się batonami i chwilę odpoczęliśmy.
    Na niebie pojawiły się niezbyt piękne chmury z których spadła mała mżawka,która jednak szybko minęła.

    W drogę powrotną ruszyliśmy najpierw strumieniem a potem wspinając się na górę kanionu skąd rozpościerał się piękny widok na góry. W czasie powrotu musieliśmy w kilku momentach wysilić się i zejść ostro na dno kanionu  a potem ostro w górę. Gdy już zdobyliśmy wywłaszczony teren mogliśmy iść już dość swobodnie. Ale ku naszemu zdziwieniu w lesie do góry leżało mnóstwo śniegu  który nieraz sięgał do kolan  o pod nim kryła się woda. więc gdy się zapadło po kolana było prawie pewne, że wpadło się do wody.
    Idąc górą kanionu mijaliśmy mnóstwo wspaniałych pejzaży. Po kilku godzinach dotarliśmy do drogi którą przecięliśmy, i znów na przełaj zeszliśmy do chatki gdzie mieliśmy zamiar spędzić ostatni nocleg naszej włóczęgi. Na kolacje zjedliśmy liofilizowaną potrawkę meksykańską z mielonką. Była dość dobra ale nie tak jak chińska. Ostatni wieczór uczciliśmy  kilkoma głębszymi oraz grą w scrabble. Poszliśmy spać o24.


    Z dziennika:
    Smutno na myśl jutrzejszego rozstania z górami i wędrówką. Wieczorne ognisko tak wesoło trzaska i jest pełen energii która nieraz przygasa. Zupełnie tak jak wędrowiec siedzący w kwadratowym więzieniu zwanym domem tuż przed wyruszeniem na szlak.

    DZIEŃ 5
     Ostatni dzień był całkiem ładny. Rankiem pęcherz wygonił mnie z namiotu a mógłbym sobie jeszcze pospać. No ale trzeba było się zwinąć zjeść śniadanie i ruszyć w drogę powrotną. Po śniadaniu wyruszyliśmy na szlak aby mieć coś jeszcze z tego dnia wybraliśmy nieco dłuższą ale za to przyjemniejszą a przede wszystkim drogę z mniejszą ilością asfaltu. Zbyszek odprowadził nas kawałek  i na do widzenia jeszcze udało nam się wspólnie zobaczyć małą żmijkę która musiała się dopiero co najeść bo niebyła zbytnio agresywna a była nieco szersza w połowie swojej długości.

     Po pożegnaniu już tylko w dwójkę kontynuowaliśmy naszą włóczęgę. Najpierw przeszliśmy Halę Izerską gdzie zrobiliśmy sobie postój i zauważyliśmy dwóch turystów którzy właśnie zaczęli zwijać  namiot. Pierwszy raz w czasie wszystkich moich wędrówek zobaczyłem kogoś śpiącego w namiocie na szlaku a nie na polach namiotowych czy w schroniskach. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej Drogą Borowinową(żółtym szlakiem) i gdy  już dochodziliśmy do wiaty nad kozim potokiem zaczęło kropić a gdy już doszliśmy rozpadało się na dobre więc przeczekaliśmy najgorsze i ruszyliśmy dalej wzdłuż koziego potoku. Gdy doszliśmy do zielonej wiaty w której kiedyś zimą rozbiliśmy namiot. Byliśmy już na półmetku. Dalej zeszliśmy niebieskim koło Źródła Adamsa i dalej po tym  ledwo się kupy trzymającym  mostku. Kawałek za nim zrobiliśmy już ostatni postój na ławce Po kilku minutach ruszyliśmy już  do Świeradowa  i o 15,20 ruszyliśmy samochodem do Poznania.

    I tak zakończyła się jedna z bardziej udanych naszych eskapad. Podsumowując:
    Byłem po kolana w wodzie
    Byłem po kolana w błotnistej brei
    Byłem po jaja w śniegu
    Prawie uciąłem sobie palec
    5 Dni kompletnej separacji od cywilizacji 
    CZYLI JAK SAMI WIDZICIE BYŁO SUPER!!!!!!!


                                                                   Lista sprzętu
    Ubiór:
    Ja :
    Kapelusz Jacaru
    Kurtka Smock
    Polar 200 Fjord Nansen
    Softshel North face
    Koszulka termoaktywna z krótkim rękawem Fjord Nansen
    Spodnie trekkingowe Pinewood
    Skarpety trekkingowe Fjornd Nansen 2 pary
    Stuptuty Mckinley
    Buty Meindl
    Rękawice Taktyczne
    Ojciec :
    Kapelusz Propper
    Kurtka GORE-TEX DEMOBIL
    Softshel North face
    Polar baran Mckinley
    Koszulka termoaktywna z długim rękawem Fjord Nansen
    Spodnie trekkingowe
    Skarpety trekkingowe Fjord Nansen 3 pary
    Stuptuty Salewa
    Buty Grisport
    Rękawice wspinaczkowe bez palców 
    Kuchnia:
    Kelly Kettle
    Garnek Tatonka
    Kuchenka survivalowa
    Trójnóg składany
    Kubek stalowy manierka/ Tatonka
    Zestaw kuchenny wildo
    Spork 3x
    Jedzenie liofilizowane 
    Butelka Camelbac
    Manierka armii holenderskiej
    Plecaki:
    Ja: plecak OTHER ARMS brytyjski demobil + camelbac 3L+ kieszenie 2x
    Ojciec: plecak HiMountain  Winter Expedition  70+20
    Nocleg:
    Namiot fore out Fjord Nansen
    Cerata BW
    Karimata Fjord Nansen (ja)
    Karimata Packlon(ojciec)
    Bivicover  holenderskiej  armii 
    Śpiwór Fjord Nansen  Finmark(ja)
    Śpiwór Fjord Nansen Stavanger(ojciec)
    POZOSTAŁE:
    Siekiera Fiskars x7
    Nóż mora clasic i robust
    Multitool  
    Kije trekkingowe
    Lina/linki
    Apteczka
    Trokki
    Siedziska
    Ręcznik
    Piła sskładana ręczna/łańcuchowa ręczna
    Pałatki
    Pokrowce na plecak 
    Lornetka Hawke Nature Trek. 
    Zestaw survivalowy 
    Czołówki
    RADY NA PRZYSZŁOŚĆ:
    Nigdy nie próbujcie porąbać siekierą drewna które jest węższe od waszego nadgarstka lepiej zrobić to nożem.
    Nie zapomnijcie wziąć ze sobą ostrzałki bo po 5 dnich dało się już wyczuć stępienie ostrza.