sobota, 23 marca 2013

Opowieści z buszu

Tym razem opisze kilka moich przygód z dziczy. Które najbardziej zapisały się w mojej pamięci, niektóre są zabawne inne przekroczyły granice bezpieczeństwa.  Jednak nie żałuje żadnej takiej historii które mi się przytrafiły, dzięki nim nabyłem nowe doświadczenia no i mam  co opowiadać.
 Pierwsza historia którą opisze miała miejsce kilka tygodni temu.  A zaczęło się tak:
Zwykła niedziela jak zwykle idziemy do lasu, śniegu nie było w ogóle, słoneczko świeciło. Pogoda na pewno nie była zimowa wręcz wiosenna. Po przejściu kilku kilometrów doszliśmy do zakrętu...
Właśnie przed jej potomstwem uciekaliśmy
I właśnie tu rozegra się jedna z najdziwniejszych i zarazem jedna z niebezpieczniejszych moich przygód. Gdy wyszliśmy za zakrętu, usłyszeliśmy ryk którego nie powstydził by się nawet lew, następnym co usłyszeliśmy był trzask łamanych gałęzi dopiero po chwili zobaczyliśmy co to jest.  Był to dzik a właściwie locha wygrzewająca się na słońcu. Nie było by to nic specjalnie groźnego gdyby nie fakt że locha nie była sama było z nią 4 może 5 młodych warchlaków które mogły góra dwa dni. Na szczęście wiatr wiał w naszą stronę więc nas nie wyczuła-mogła pomyśleć że to jakiś jeleń czy inne zwierze- natomiast na nasze nie szczęście staliśmy pod słońce więc byliśmy tylko rozmyta plamą, no i teraz nastąpiło coś czego bym się nigdy nie spodziewał małe dziczki zamiast polecieć za matką zaczęły nas gonić. Na początku nie wiedziałem co robić uciekać czy spróbować pstryknąć fotki. Jednak gdy znalazły się jakieś kilkanaście metrów od nas i nie przestawały biec zaczęliśmy uciekać. Dobrze, że zakręt był niedaleko i gdy wbiegliśmy za niego a warchlaki straciły nas z widoku odpuściły pościg za nami. Poczekaliśmy chwilę i zachowując się głośno wyszliśmy za zakręt i już po dziczej rodzince nie było śladu.
Kolejna historia miała miejsce w zeszłym roku. Nie jest to ani niebezpieczna ani zabawna opowieść.A zaczęło się tak:
Gdy wędrowaliśmy po Izerach z zamiarem przetestowania hamaku jako alternatywy dla namiotu. Wieczorem jak już zaczęliśmy rozwieszać hamaki zerwał się potężny wiatr który przyniósł ze sobą burze,  przez to że nie mieliśmy dobrego trapu (zwykła plandeka ogrodowa) stwierdziliśmy, że  lepiej będzie szybko  zwinąć cały szpej i pójść do schroniska które było kilka kilometrów od nas. A burza była tak intensywna, że nawet w schronisku poszły korki i zapadła ciemność. Drugiego dnia była piękna pogoda słońce, ciepło i bezchmurne niebo. Ruszyliśmy w dalszą  drogę było widać skutki wczorajszej nawałnicy mnóstwo kałuż, połamane gałęzie jak i gołąb. I tu zaczyna się właściwa część tej historii. Gołąb siedział na kempie trawy w rowie w który utworzył się strumień, miał też dziwnie odgięte skrzydło. Najprawdopodobniej doznał urazu w czasie wczorajszego oberwania chmury. Bez chwili zastanowienia postanowiłem pomóc biedaczkowi wyjść ze strumienia.
 Więc zdjąłem plecak i zszedłem do strumienia. Na początku próbował uciec lecz po chwili dał się złapać, pewnie zrozumiał że nie mam  wobec niego złych zamiarów. wyjąłem go z rowu obejrzałem dokładnie i zauważyłem że ma obrączkę czyli najprawdopodobniej był to gołąb hodowlany, a skrzydło najprawdopodobniej miał złamane. Nic więcej poza tym że pomogłem mu wyjść z rowu nie mogłem zrobić, więc wypuściłem go na Polankę. Najprawdopodobniej i tak nie przeżył bo był łatwym kąskiem dla każdego drapieżnika. Ale przy najmniej się nie utopił.
 Następna historia  potwierdza powiedzenie "nie wszystko złoto co się świeci".Jak mówię, że szukałem złota to większość myśli, że pojechałem na Alaskę czy gdziekolwiek ale gdy ja na to, że szukałem go w Izerach to szczenna im opada. Szukałem bez większych rezultatów jedyne co znalazłem to trochę niby złotego pyłu lecz tak drobnego że nie dało się go wydobyć z dna misy do płukania złota. Lecz gdy już zaprzestałem poszukiwań zatrzymaliśmy się nad Izerą na odpoczynek. Coś tam zjedliśmy i wypiliśmy ojciec postanowił się chwilkę zdrzemnąć a ja przeszedłem się wzdłuż rzeczki. Po chwili widzę duży świecący się złoty kamyk na dnie między głazami. Oczy od razu zrobiły mi się większe, byłem pewien, że znalazłem samorodek. Od razu zdjąłem buty i skarpetki, podwinąłem nogawki i wchodzę do pieruńsko zimnej wody. Próbuje sięgnąć po złoto ale jest za głęboko, noto ja wchodzę głębiej i w końcu mam trzymam w rękach złoto gdy się wynużyłem zobaczyłem że to nie samorodek a jedno groszówka. Może nie jest zbyt wiele warta pod względem finansowym  ale dla mnie ma wartość sentymentalną, w końcu to mój pierwszy 'samorodek'.
 Następna historia  miała miejsce kilka lat temu w Borach Tuchuskich. Przygoda związana była z krowami, rzeczką  i kajakiem. Zaplanowaliśmy sobie jednodniowy spływ, kajak razem z nami zawieziono w górę rzeczki wąskiej na 3 do 5 metrów, a tak krętej że na niektórych zakrętach kajak miał problemy ze zmieszczeniem się w korycie. Po przepłynięciu ponad połowy zatrzymaliśmy się na prostuj. Długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca gdzie dało by się przybić do brzegu. I tu zaczyna się dosłownie gówniana robota. Z racji że to ja siedziałem z przodu kajaka mi przypadł zaszczyt a właściwie to pech postawienia pierwszemu nogi na lądzie, lądzie który zaraz pochłonął mnie po kolana to właściwie nie był ląd tylko piasek z przewagą krowich placków wymieszany z wodą. Gdy już wyszedłem na właściwy ląd, podciągnąłem kajak i  ojcu udało się wyjść bez żadnych problemów.



Następną już ostatnią opowieścią została nazwana przeze mnie ZEMSTĄ OKONIA
 Dlaczego akurat okonia, dlatego że podobnie jak w poprzedniej historii też płynęliśmy kajakiem, w Borach Tucholskich tyle że po Brdzie. Cała jednodniowa wycieczka nie była by niczym nadzwyczajnym gdyby nie zemsta okonia.  Już niedaleko od ujścia Brdy do jeziora zatrzymaliśmy się na krótki postój nad ładną skarpą. Woda była tak czysta, że było widać pływające przy dnie właśnie okonie. Korzystając z nadarzającej się okazji wyjąłem wędkę nabiłem robaka i zarzuciłem. Gdy okoń chwytał już przynętę a ja go zacinałem on się zrywał. Graliśmy tak ze sobą dobre kilkanaście minut gdy nagle poczułem że nie mogę ruszyć nogami. Okazało się że piasek był tak miałki i w połączeniu z wodą stworzył coś w rodzaju ruchomych piasków. Do momentu tego zdarzenia myślałem że u nas niema ruchomych piasków. Odkopanie się zajęło mi dobre 45 minut jak nie więcej. Na początku próbowałem wyszarpnąć jakoś nogi ale to powodowało tylko to że zapadałem się coraz głębiej, przestałem zapadać się gdy nogi miałem do kolan w mule a woda sięgała mi do pasa. Wtedy wziąłem do ręki klapek i zacząłem się nim odkopywać. Kopiąc musiałem się zanurzyć cały w wodzie. Od tego momentu zawsze na kajak zabieram małą poręczną składaną łopatkę na wszelki wypadek. Była to jedna z bardziej niebezpiecznych sytuacji jakie mnie spotkały w terenie. Gdyby nie opanowanie i zimna ocena sytuacji mogło by się to skończyć znacznie dłuższą walką z piachem w zimnej wodzie. Może bym nie został wciągnięty przez ruchome piaski ale mógłbym dostać hipotermii która jest równie niebezpieczna.
To na razie koniec Historii z buszu

2 komentarze:

  1. Ładnego susa ta loszka przysadziła :)

    Wlazłam na Twój blog z ciekawości, kto to do mnie zaglądał ;) Bardzo przyjemnie zrobiony (graficznie), dobrze się czyta Twoje wpisy. No i sporo pożytecznej wiedzy, pewnie nie raz tu zaglądnę ;)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się,że podoba Ci się mój blogi. Mam nadzieje,że informacje tu zawarte przydadzą Ci się w terenie i nie tylko:)

      Usuń