czwartek, 28 marca 2013

Psychologia przetrwania

Wyobraźmy sobie taką sytuację budzisz się rano, jesz śniadanie, myjesz zęby sprawdzasz czy wszystko spakowane,dzwonisz po taksówkę i jedziesz na lotnisko. Po kilku godzinach lotu coś zaczyna się dziać z samolotem i dochodzi do przymusowego lądowania, gdzieś daleko od cywilizacji. Jesteś jedną z niewielu osób które jeszcze żyją i nie doznały poważnych obrażeń. Myślisz że to już koniec i co dalej.... Takie sytuacje można wymyślać bez końca np. jesteś w górach i nie zdążyłeś dotrzeć do obozu czy schroniska przed zapadnięciem zmroku lub zabłądziłeś w gęstej mgle.
 Takie sytuacje to nie są rzadkie przypadki. I co wtedy mamy zrobić, gdy nie wiemy gdzie jesteśmy, przemokliśmy do suchej nitki, nie mamy ze sobą prawie żadnego sprzętu a co gorsza możemy mieć jakieś obrażenia.Podstawą w takiej sytuacji jest usiąść w bezpiecznym miejscu na kilka minut odsapnąć i zrobić ocenę sytuacji. Gdy już uspokoimy tętno, co dalej? Jak się mam zachować?
Właśnie o tym  jest ten tekst.
Najważniejsza jest wola przeżycia. Dzięki niej człowiek jest wstanie zdziałać cuda, niema barier nie do przekroczenia. Pytanie skąd bierze się tak niesamowita siła, bierze się ona z miłości, chęci spotkania ze znajomymi, z nadziei, wiary a nieraz i z chęci zemsty.  Właśnie tak niepozorne uczucia mogą pozwolić nam przetrwać w każdych warunkach.
Nigdy nie możesz się poddawać ani tracić nadziei. Musisz zawsze powtarzać dam radę, uda mi się ale nie możesz się okłamywać bo może to mieć wręcz odwrotny efekt.Jak mówi stare porzekadło nadzieja umiera ostatnia, wtedy gdy już pozornie wszystko sprzysięga się przeciwko tobie nadzieja cię uratuje.
Aby zwiększyć szansę na przetrwanie i wzmocnić naszą nadzieje powinniśmy dawać sobie małe zadania które jesteśmy wstanie wykonać. Każde takie małe zwycięstwo daje nam dowód że mamy szansę przetrwać.
Równie ważna jest wiara. Podobno na morzu niema ateistów, a to dlatego, że samotny człowiek i nie tylko, poddany skrajnie trudnym warunkom potrzebuje możliwości porozmawiania z kimś i czucia że nie jest sam. Jeśli nie wierzysz w boga czy cokolwiek innego, w sytuacji walki o przetrwanie musisz wierzyć we własne siły.
Wielu ludzi nosi ze sobą różne cytaty jak i fragmenty Biblii które podnoszą ich na duchu w trudnych warunkach. Moimi ulubionymi cytatami są:
"Choć bym kroczył mroczną doliną zła się nie ulęknę"
"Granice? żadnej nigdy nie widziałem ale słyszałem, że istnieją w umysłach niektórych ludzi"
" Wiara jest moją siłą"

DLA TAKICH WIDOKÓW WARTO ŻYĆ
Jeśli ktoś mówi, że niczego się nie boi to po prostu kłamie. Strach to nie wróg a wręcz sprzymierzeniec pod warunkiem że umiemy go opanować. Strach jest swoistym alarmem który informuje nas czy warto podjąć ryzyko jakiegoś działania.
 Poznanie samego siebie jest równie ważne ponieważ gdy już wcześniej byliśmy poddani rożnym niesprzyjającym warunkom wiemy jak nasz organizm i nasz mózg będzie działał. Podobno gdy już kiedyś mieliśmy do czynienia z niebezpiecznymi sytuacjami mózg zapamiętuje szereg działań które uprzednio wykonaliśmy i które nam pomogły wyjść bez szwanku i później gdy wydarzy się podobna sytuacja nasz organizm zacznie działać automatycznie.
DLA TAKICH WIDOKÓW WARTO ŻYĆ
Gdy już mamy w sobie wiarę i nadzieje warto przyswoić podstawy wiedzy survivalowej, bushcraftowej jak i wiedzy na temat rejonu w który się wybieramy. Taka wiedza jak rozpalenie ognia, budowa schronienia, zwyczaje zwierząt i ludzi zamieszkujących dany rejon bardzo podnosi na duchu.
A co gdy nie mamy kompletnie nic przy sobie, wtedy trzeba pamiętać że gdy mamy wiedzę i  wole przetrwania jesteśmy wstanie dać sobie radę sami. Przecież nigdy nie jest tak, że niema nic przydatnego gdzieś koło nas wystarczy wykazać się pomysłowością i inicjatywą np. nóż można zrobić z kawałka metalu, szkła czy kamienia, linkę upleść z włókien naturalnych czy wykorzystać pasek od spodni czy nawet ubrania.
Gdy już zapewnisz sobie bezpieczne schronienie możesz oglądać piękny zachód słońca, w nocy piękne rozgwieżdżone niebo, gdy masz książkę poczytaj ją, to podniesie cię na duchu i da siłę do dalszej walki o przetrwanie. Ja zawsze mam ze sobą harmonijkę i książkę aby pod wieczór móc odpocząć i się wyluzować.


wtorek, 26 marca 2013

Pierwsza niedziela wiosny

                                 Jak co niedziele jedziemy do lasu, a w nim najwięcej śniegu w tym roku.
Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że wiosna trwała już od kilku dni a wcześniej nie było  śniegu, a nawet było całkiem wiosennie. Jednak to nam nie przeszkodziło. A nawet dobrze że było trochę śniegu bo udało mi się sprawdzić jedną rzecz co do której wcześniej nie było warunków, ale o tym później.  Jak zwykle poszliśmy na przełaj przez las i po krótkim czasie doszliśmy do paśnika przy którym było kilka danieli. Po zrobieniu kilku zdjęć daniele poszły w las a my powędrowaliśmy dalej ich śladem. Udało nam się iść ich śladem dobre dwa kilometry jak nie lepiej. po czym nagle zniknęły ale udało mi się je policzyć było ich ok.11. Idąc dalej doszliśmy do miejsca nazywanego przez nas dziczą gdyż właśnie tam jest najwięcej zwierząt a las jest zupełnie inny, zdecydowanie dzikszy. W tej dziczy jest taka fajna nieduża polanka na której często można spotkać różne zwierzaki. Właśnie tu sprawdziłem to do czego przymierzałem się od jakiegoś czasu.Mianowicie do zbudowania schronienia ze śniegu zwanego quinzze. Jednak nie wyszło do końca tak jak chciałem bo było trochę za mało śniegu i czasu. Budowa tego typu schronienia polega na usypaniu sporej hałdy śniegu. Ubiciu śniegu i wkopaniu się w tę górę. To tak ogólnie. Gdy po usypaniu hałdy zacząłem ją ubijać, okazało się że śnieg jest mało spójny więc zbudowanie dokładnego w 100% quinzze było niemożliwe. Ale pomysłowość jest podstawą survivalowych umiejętności więc, po usypaniu góry śniegu wykopałem w środku coś w rodzaju okopu który przykryłem pałatką (Pałatkę można zastąpić np. gałęziami iglaków itp.) Schronienie wyszło  na jedną osobę bez jakiś luksusów. Ogólnie wyczuwało się znaczną różnicę w odczuwaniu temperatury we wnętrzu, Było tam zdecydowanie cieplej, gdy wszedłem do środka widziałem jak paruje. Było to spowodowane tym że śnieg ochraniał mnie od wiatru i wewnątrz była mała powierzchnia która dość szybko się nagrzewa. Gdy usypywałem hałdę nagle usłyszeliśmy jakiś trzask i zobaczyliśmy dzika biegnącego jak oparzony przez pole. Później okazało się, że najprawdopodobniej on spał na kupie siana a ja go obudziłem gdy podszedłem nieco bliżej na jakieś 15 metrów.
Po zbudowaniu i obfotografowaniu dzieła ruszyliśmy dalej. Z racji że robiło się dość późno a przed nami była jeszcze długa droga powrotna skróciliśmy nieco trasę. Poszliśmy wzdłuż strumienia przez las. Opłaciło się nam pójść tą trasą gdyż po chwili zobaczyliśmy kilka młodych danieli które w ogóle nas ani nie zwietrzyły ani nie zobaczyły. Byliśmy na tyle blisko, że gdyby to było polowanie z łukiem można by oddać perfekcyjny strzał na komorę a to dlatego że przechodziły one od nas jakieś 5 góra 10 metrów. Jednak my nie polujemy z bronią a z aparatem udało nam się zrobić kilka fajnych zdjęć i pooglądać daniele przez lornetkę. Na początku zapomniałem że mam aparat i gapiłem się przez lornetkę jak zahipnotyzowany. Po jakiś 15minutach daniele weszły w gęsty las i na tym skończyła się nasza obserwacja i ruszyliśmy dalej. Po ok 2 godzinach doszliśmy do samochodu i tak skończyła się
pierwsza niedziela wiosny a może ostatnia zimy...





 

MAŁY KOMFORT JEŚLI W OGÓLE MOŻNA TU MÓWIĆ O WYGODZIE
GĘSI PRZYLECIAŁY A WIOSNA GDZIE?

sobota, 23 marca 2013

Opowieści z buszu

Tym razem opisze kilka moich przygód z dziczy. Które najbardziej zapisały się w mojej pamięci, niektóre są zabawne inne przekroczyły granice bezpieczeństwa.  Jednak nie żałuje żadnej takiej historii które mi się przytrafiły, dzięki nim nabyłem nowe doświadczenia no i mam  co opowiadać.
 Pierwsza historia którą opisze miała miejsce kilka tygodni temu.  A zaczęło się tak:
Zwykła niedziela jak zwykle idziemy do lasu, śniegu nie było w ogóle, słoneczko świeciło. Pogoda na pewno nie była zimowa wręcz wiosenna. Po przejściu kilku kilometrów doszliśmy do zakrętu...
Właśnie przed jej potomstwem uciekaliśmy
I właśnie tu rozegra się jedna z najdziwniejszych i zarazem jedna z niebezpieczniejszych moich przygód. Gdy wyszliśmy za zakrętu, usłyszeliśmy ryk którego nie powstydził by się nawet lew, następnym co usłyszeliśmy był trzask łamanych gałęzi dopiero po chwili zobaczyliśmy co to jest.  Był to dzik a właściwie locha wygrzewająca się na słońcu. Nie było by to nic specjalnie groźnego gdyby nie fakt że locha nie była sama było z nią 4 może 5 młodych warchlaków które mogły góra dwa dni. Na szczęście wiatr wiał w naszą stronę więc nas nie wyczuła-mogła pomyśleć że to jakiś jeleń czy inne zwierze- natomiast na nasze nie szczęście staliśmy pod słońce więc byliśmy tylko rozmyta plamą, no i teraz nastąpiło coś czego bym się nigdy nie spodziewał małe dziczki zamiast polecieć za matką zaczęły nas gonić. Na początku nie wiedziałem co robić uciekać czy spróbować pstryknąć fotki. Jednak gdy znalazły się jakieś kilkanaście metrów od nas i nie przestawały biec zaczęliśmy uciekać. Dobrze, że zakręt był niedaleko i gdy wbiegliśmy za niego a warchlaki straciły nas z widoku odpuściły pościg za nami. Poczekaliśmy chwilę i zachowując się głośno wyszliśmy za zakręt i już po dziczej rodzince nie było śladu.
Kolejna historia miała miejsce w zeszłym roku. Nie jest to ani niebezpieczna ani zabawna opowieść.A zaczęło się tak:
Gdy wędrowaliśmy po Izerach z zamiarem przetestowania hamaku jako alternatywy dla namiotu. Wieczorem jak już zaczęliśmy rozwieszać hamaki zerwał się potężny wiatr który przyniósł ze sobą burze,  przez to że nie mieliśmy dobrego trapu (zwykła plandeka ogrodowa) stwierdziliśmy, że  lepiej będzie szybko  zwinąć cały szpej i pójść do schroniska które było kilka kilometrów od nas. A burza była tak intensywna, że nawet w schronisku poszły korki i zapadła ciemność. Drugiego dnia była piękna pogoda słońce, ciepło i bezchmurne niebo. Ruszyliśmy w dalszą  drogę było widać skutki wczorajszej nawałnicy mnóstwo kałuż, połamane gałęzie jak i gołąb. I tu zaczyna się właściwa część tej historii. Gołąb siedział na kempie trawy w rowie w który utworzył się strumień, miał też dziwnie odgięte skrzydło. Najprawdopodobniej doznał urazu w czasie wczorajszego oberwania chmury. Bez chwili zastanowienia postanowiłem pomóc biedaczkowi wyjść ze strumienia.
 Więc zdjąłem plecak i zszedłem do strumienia. Na początku próbował uciec lecz po chwili dał się złapać, pewnie zrozumiał że nie mam  wobec niego złych zamiarów. wyjąłem go z rowu obejrzałem dokładnie i zauważyłem że ma obrączkę czyli najprawdopodobniej był to gołąb hodowlany, a skrzydło najprawdopodobniej miał złamane. Nic więcej poza tym że pomogłem mu wyjść z rowu nie mogłem zrobić, więc wypuściłem go na Polankę. Najprawdopodobniej i tak nie przeżył bo był łatwym kąskiem dla każdego drapieżnika. Ale przy najmniej się nie utopił.
 Następna historia  potwierdza powiedzenie "nie wszystko złoto co się świeci".Jak mówię, że szukałem złota to większość myśli, że pojechałem na Alaskę czy gdziekolwiek ale gdy ja na to, że szukałem go w Izerach to szczenna im opada. Szukałem bez większych rezultatów jedyne co znalazłem to trochę niby złotego pyłu lecz tak drobnego że nie dało się go wydobyć z dna misy do płukania złota. Lecz gdy już zaprzestałem poszukiwań zatrzymaliśmy się nad Izerą na odpoczynek. Coś tam zjedliśmy i wypiliśmy ojciec postanowił się chwilkę zdrzemnąć a ja przeszedłem się wzdłuż rzeczki. Po chwili widzę duży świecący się złoty kamyk na dnie między głazami. Oczy od razu zrobiły mi się większe, byłem pewien, że znalazłem samorodek. Od razu zdjąłem buty i skarpetki, podwinąłem nogawki i wchodzę do pieruńsko zimnej wody. Próbuje sięgnąć po złoto ale jest za głęboko, noto ja wchodzę głębiej i w końcu mam trzymam w rękach złoto gdy się wynużyłem zobaczyłem że to nie samorodek a jedno groszówka. Może nie jest zbyt wiele warta pod względem finansowym  ale dla mnie ma wartość sentymentalną, w końcu to mój pierwszy 'samorodek'.
 Następna historia  miała miejsce kilka lat temu w Borach Tuchuskich. Przygoda związana była z krowami, rzeczką  i kajakiem. Zaplanowaliśmy sobie jednodniowy spływ, kajak razem z nami zawieziono w górę rzeczki wąskiej na 3 do 5 metrów, a tak krętej że na niektórych zakrętach kajak miał problemy ze zmieszczeniem się w korycie. Po przepłynięciu ponad połowy zatrzymaliśmy się na prostuj. Długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca gdzie dało by się przybić do brzegu. I tu zaczyna się dosłownie gówniana robota. Z racji że to ja siedziałem z przodu kajaka mi przypadł zaszczyt a właściwie to pech postawienia pierwszemu nogi na lądzie, lądzie który zaraz pochłonął mnie po kolana to właściwie nie był ląd tylko piasek z przewagą krowich placków wymieszany z wodą. Gdy już wyszedłem na właściwy ląd, podciągnąłem kajak i  ojcu udało się wyjść bez żadnych problemów.



Następną już ostatnią opowieścią została nazwana przeze mnie ZEMSTĄ OKONIA
 Dlaczego akurat okonia, dlatego że podobnie jak w poprzedniej historii też płynęliśmy kajakiem, w Borach Tucholskich tyle że po Brdzie. Cała jednodniowa wycieczka nie była by niczym nadzwyczajnym gdyby nie zemsta okonia.  Już niedaleko od ujścia Brdy do jeziora zatrzymaliśmy się na krótki postój nad ładną skarpą. Woda była tak czysta, że było widać pływające przy dnie właśnie okonie. Korzystając z nadarzającej się okazji wyjąłem wędkę nabiłem robaka i zarzuciłem. Gdy okoń chwytał już przynętę a ja go zacinałem on się zrywał. Graliśmy tak ze sobą dobre kilkanaście minut gdy nagle poczułem że nie mogę ruszyć nogami. Okazało się że piasek był tak miałki i w połączeniu z wodą stworzył coś w rodzaju ruchomych piasków. Do momentu tego zdarzenia myślałem że u nas niema ruchomych piasków. Odkopanie się zajęło mi dobre 45 minut jak nie więcej. Na początku próbowałem wyszarpnąć jakoś nogi ale to powodowało tylko to że zapadałem się coraz głębiej, przestałem zapadać się gdy nogi miałem do kolan w mule a woda sięgała mi do pasa. Wtedy wziąłem do ręki klapek i zacząłem się nim odkopywać. Kopiąc musiałem się zanurzyć cały w wodzie. Od tego momentu zawsze na kajak zabieram małą poręczną składaną łopatkę na wszelki wypadek. Była to jedna z bardziej niebezpiecznych sytuacji jakie mnie spotkały w terenie. Gdyby nie opanowanie i zimna ocena sytuacji mogło by się to skończyć znacznie dłuższą walką z piachem w zimnej wodzie. Może bym nie został wciągnięty przez ruchome piaski ale mógłbym dostać hipotermii która jest równie niebezpieczna.
To na razie koniec Historii z buszu

piątek, 22 marca 2013

Bushcraft a Survival

Wielu ludzi jeśli w ogóle  wie na czym polega bushcraft to stawia go na równi z tak dziś popularnym survivalem.  Nie jest to do końca prawda ani  też błąd. Prawdziwy survival to sytuacja nie zaplanowana, nieszczęśliwy zbieg okoliczności który zmusił nas do walki o przetrwanie. Dzisiaj mianem survivalu określa się gromadzenie wiedzy na temat umiejętności radzenia sobie w warunkach ekstremalnych jak i  aktywność na świeżym powietrzu.Rozróżniamy kilka rodzajów survivalu:

Survival militarny. Polega na odzwierciedlaniu tego co jest w wojsku czyli utrzymanie formy i przyswajanie sobie umiejętności niezbędnych do wykonania misji. Popularny wśród miłośników ASG
Survival  miejski. Polega na przyswajaniu sobie umiejętności i wiedzy niezbędnej do poradzenia sobie w sytuacjach awaryjnych na terenach zurbanizowanych.Takimi sytuacjami są napady, powodzie, ataki terrorystyczne, wypadki komunikacyjne itp.
Survival zielony. Polega na  przyswajaniu sobie umiejętności niezbędnych do przetrwania na łonie natury. Jest też silnie związany z naturą.
Bushcraft to nie tylko umiejętności niezbędne do przetrwania ale przede wszystkim rozwijanie umiejętności potrzebnych do życia w dzikich ostępach, niezależnie od pory roku.  Polega na umiejętnym wykorzystywaniu narzędzi traperskich takich jak: siekiery,piły i rakiety śnieżne itp.  W harcerstwie istnieje coś takiego jak pionierka która jest silnie związana z umiejętnościami bushcraftowymi które są przydatne do życia w głuszy jak i na co dzień . Bushcraft ma bardzo silny związek z naukami i wierzeniami ludów pierwotnych. Najważniejsze dla mnie w nim jest szacunek  dla natury jak i umiejętne wykorzystywanie darów lasu. (bierz tyle ile jest niezbędne)
Najbliższym rodzajem survivalu mającym wspólne cechy łączące go z bushcraftem to survival zielony.
Najbardziej znanymi przedstawicielami bushcraftu są: Ray Mears, Les Stroud i Mors Kochański
natomiast najbardziej znanym przedstawicielem survivalu jest przez wielu ubóstwiany a przez innych znienawidzony Bear Grylls
Niezależnie od tego jak nazwiemy to co robimy czy survivalem czy bushcraftem  najważniejsze aby  robić to z pasją, szanować naturę i poszerzać swoją wiedzę na temat sztuki życia jak i przetrwania w dziczy.
Mam nadzieje że choć trochę przybliżyłem różnice i podobieństwa między survivalem a bushcraftem.

piątek, 15 marca 2013

Ujście Warty

Miało być pięknie i wiosennie a było zimowo, bardzo zimowo.Wiatr, padający śnieg nie ułatwiły ani nie umiliły nam wyjazdu do Parku Narodowego  Ujście Warty. Jednak Gdybym powiedział że było źle to bym skłamał bo jak mówi stare prawidło zawsze może być gorzej.  Nasza wycieczka miała miejsce w zeszłą niedziele. Był to wyjazd nastawiony na przemieszczanie się samochodem i trochę z buta ale głównym celem wyjazdu była fotografia. Gdy usłyszeliśmy i zobaczyliśmy klucze gęsi nad miastem a później usłyszeliśmy że do PN Ujście Warty  przyleciało kilkadziesiąt tysięcy gęsi było dla nas pewne że trzeba jechać i spróbować zrobić jakieś fajne zdjęcia. Gdy planowaliśmy wyjazd była typowo wiosenna pogoda zero śniegu, cieplutko dopiero kilka dni przed wyjazdem sypnęło tak śniegiem jak gdyby to był środek zimy a nie marzec lecz to nas nie powstrzymało przed wyjazdem. Gdy dojechaliśmy na tereny PN najpierw skierowaliśmy się na tzw. Betonke jest to fantastyczne miejsce dla wszystkich miłośników przyrody pod warunkiem że nie jest zlana tak jak tym razem. Poziom wody był tak duży że można było pójść tylko kilkanaście metrów tą drogą a Później tylko brodzić w wodzie jeśli nie płynąć. Nie sprawdzaliśmy jak daleko dało by się zajść więc pojechaliśmy w stronę polderu północnego. Po drodze zatrzymaliśmy się koło wieży widokowej z której rozpościerał się wspaniały widok na całe rozlewisko warty. Może to wina pogody ale z wieży mimo lornetki ledwo było widać drugi brzeg a czasami wcale go nie było. Chociaż pogoda nas nie rozpieszczała a poziom wody był bardzo wysoki udało nam się podjechać pod sam wał nad Wartą. Gdy wyszliśmy z auta od razu poczuliśmy pieruńsko silny i mocny wiatr. Po wale przeszliśmy się z 2 km w jedną stronę, licząc, że zobaczymy jakieś ptaki. Jednak wiatr był nawet za silny dla ptaków które po kilku metrach lotu natychmiast lądowały. W tym miejscu widzieliśmy kilka saren które niespecjalnie przejmowały się naszą obecnością i ze spokojem przechadzały się po polach i kanałach.
Ostatnim naszym celem była ścieżka przyrodnicza"OLSZYNKI". Jeśli ktoś mi powie że do jazdy przez mokradła, dziury i bóg wie jakie chęchy niezbędna jest terenówka to mu powiem, że starczy stary,mały poczciwy suzuki Swift który ze spokojem daje rade właśnie w takim terenie. Jednakże nie polecam jazdy tego typu autami w takim terenie (mało bezpieczne- jeśli można coś takiego nazwać bezpiecznym). Ścieżka "OLSZYNKI" to krótka trasa zataczająca koło. Duża część tej trasy wiedzie po drewnianej kładce nad wodą wewnątrz lasu pełnego olsów. Przynajmniej w takiej pogodzie wyglądał strasznie ponuro wręcz groźnie, ale był na swój sposób ładny. Na trasie tej ścieżki jest pływająca czatownia, która zapewne jest świetnym miejscem do obserwacji przyrody.  Pod koniec "OLSZYNKI" w miejscu gdzie ścieżka wiodła wzdłuż kanału przeskoczył nad nim koziołek. Nigdy nie widziałem tak długiego skoku i to jeszcze w takich warunkach ten kozioł przeskoczył dobra kilka metrów po czym zniknął gdzieś w szuwarach. Niestety nie zdążyliśmy mu zrobić żadnego zdjęcia.
RASOWA TERENÓWKA
Po przejściu tej ścieżki wróciliśmy do auta i skierowaliśmy się w stronę domu. Wróciliśmy nieco okrężną drogą znacznie ładniejszą wiodącą przez Puszczę Notecką. Jest to idealne miejsce do uprawiania wszelkiego rodzaju aktywności outdoorowej.


Przy okazji wyjazdu porównaliśmy dwie lornetki Howke i starego ruska.
RUSKA LORNETKA

OBRAZ Z RUSKIEJ













HAWKE

OBRAZ Z HAWKE












Jak widać Hawke jest bardziej poręczny od ruskiej, nieco lżejszy a obraz jest zdecydowanie bardziej klarowny i przejrzysty.  Jednak ruska to stara niezniszczalna legenda. A Hawke to nowoczesność znacznie lepsza ale i znacznie droższa. Podsumowując obie lornetki dzieli kilkadziesiąt lat i wielki technologiczny przeskok, dlatego trudno je ze sobą porównać.

W całym PN jest kilka takich wież












KOMPLETNE WYGWIZDOWO






















wtorek, 12 marca 2013

Lornetka Hawke Nature Trek 10x42

Może lornetka nie jest niezbędna w ekwipunku bushcraftowca, lecz jest na pewno fajnym dodatkiem który warto mieć ze sobą w terenie. W tym poście opisze mój najnowszy nabytek lornetkę Hawke Nature Trek 10x42. Jest to lornetka renomowanej brytyjskiej firmy zajmującej się produkcją optyki obserwacyjnej jak i celowników optycznych. Linia Nature Trek  jest dedykowana wszystkim miłośnikom obserwacji przyrody, myśliwym i turystom. Jakość wykonania jest zachwycająca cała optyka zamknięta jest w tubusie zrobionym z poliwęglanu co sprawia że lornetka jest bardzo wytrzymała. Obudowa jest pokryta gumową powłoką która zapewnia 100% wodoodporność i wygodny chwyt. Dzięki temu możemy używać ją w każdych warunkach. Dzięki wypełnieniu azotem nie zaparuje co jest sporym mankamentem niektórych lornetek.  Układ optyczny tej lornetki został oparty  na systemie dachowym który jest najskuteczniejszy i pozwala znacznie zmniejszyć wielkość lornetki. Szkła  zamontowane w tym modelu to BAK4 są to najwyższej jakości szkła optyczne dzięki którym uzyskano czysty, przejrzysty obraz bez zniekształceń. Ten model ma 10 krotne stałe powiększenie i średnicę okularu 42. Dzięki  takiemu rozwiązaniu Hawke Nature Trek nadaje się zarówno na dzienną obserwację jak i na noc. Minimalna odległość w jakiej obraz jest ostry to 2m  daje to nam możliwość obserwacji i dokładnego przyjrzenia się wszystkiemu co nas otacza.
 W zestawie otrzymujemy lornetkę, pasek, szmatkę, pokrowiec z możliwością doczepienia do paska i z małą siateczkową kieszonką na drobiazgi. Podsumowując jest to bardzo dobry sprzęt  w cenie ok 600zł porównywalny z lornetkami za 1000zł i więcej.
Dane techniczne:
Powiększenie: 10x
Średnica obiektywu: 42 mm
Źrenica wyjściowa: 5 mm
Pole widzenia (m/1000m): 101
Układ pryzmatu: dachowy (roof)
Szkło optyczne: BAK-4
Odległość od oka: 17,5 mm
System wyostrzenia: Cental Focus
Minimalne wyostrzenie: 2 m
Waga: 678 g
Producent: Hawke, Wielka Brytania.
Kompaktowy rozmiar jest bardzo wygodny

sobota, 9 marca 2013

Noże

 W tym poście pokrótce przedstawię noże które ja i mój ojciec ma my prze sobie w terenie. Ja zawsze mam ze sobą MORE CLASSIC  NO1   ze stali węglowej, długość ostrza wynosi 10 cm.  Rękojeść  zrobiona jest z drewna brzozowego zabarwionego na czerwony kolor. Ostrze ma szlif skandynawski co ułatwia jego ostrzenie jak i nadaje mu piękny klasyczny wygląd. Jakość wykonania jest zachwycająca szczególnie patrząc na cenę ok 45 zł. Dzięki temu  nawet gdy go zgubimy czy po prostu nam się zniszczy ( stal węglowa podatna jest na pękanie). Ja swój mam od ok 2 lat i nie widać żadnych uszczerbków na ostrzu, jedyne co jest niczym niezwykłym przy ostrzach ze stali węglowej to pojawienie się nalotu na klindze. Nóż jak przystało na porządne szwedzkie narzędzie umożliwia golenie się  i wykonywanie bardzo precyzyjnych prac. W przypadku tej mory należy uważać przy cięższej pracy gdyż nie posiada ona jelca który zabezpieczył by dłoń przed ewentualnym zsunięciem się na ostrze. Ja jednak nie lubię  noży które mają wyprofilowaną rękojeść czy posiadają jelc ponieważ one uniemożliwiają  dowolne uchwycenie noża co jest bardzo ważne przy pracach w drewnie np. robienie łyżek czy innych przydatnych przedmiotów. Jedyną rzeczą która mogła by być zrobiona lepiej to pochwa zrobiona z plastiku nie jest ona źle wykonana jednak ładniejsza by była ze skóry , zaletą tej pochwy jest to że można nosić ten nóż na szyi co jest według mnie najlepszym sposobem na przenoszenie noża. Jest to nóż raczej już dla doświadczonych użytkowników którzy nie będą używali go po ciemku.
MORA CLASSIC
Kolejnym moim nożem który zawsze mam przy sobie  to Leatherman Wave. Właściwie to nie nóż a Multitool  czyli wielofunkcyjne narzędzie. 
Leatherman Wave
Funkcje:
• kombinerki wydłużone płaskie
• kombinerki uniwersalne
• przecinacz do kabli
• przecinacz do drutu
• proste ostrze nożowe (otwierane jedną ręką)
• ząbkowane ostrze nożowe (otwierane jedną ręką)
• pilnik diamentowy
• pilnik do metalu i drewna
• piła do drewna
• nożyczki
• duży śrubokręt  płaski
•  duże gniazdo końcówek (wkrętak)
•  małe gniazdo końcówek (wkrętak)               
•  2 dwustronne końcówki (mikro i duża)
• otwieracz do puszek
• otwieracz do kapsli
• ściągacz izolacji
• ucho do paska
Jest to bardzo przydatne narzędzie które  powinno znaleźć się w każdym plecaku czy zestawie przetrwania. Jakość wykonania jest zdumiewająco dobra choć  czym się dziwić jeśli coś kosztuje  ok.400zł  musi być wykonane bardzo dobrze. W zestawie dostajemy pokrowiec do paska który mógł by być lepiej wykonany bo wydaje mi się trochę słaby. Na multitoola dostajemy 25 lat gwarancji producenta. Ostrza są z bardzo dobrej stali umożliwiając golenie się.





PIŁA JEST ZDECYDOWANIE LEPSZA NIŻ W SZWAJCARACH
 Mój ojciec używa MORY ROBUST jest to solidnie zrobiony nóż szwedzkiej firmy. Ostrze wykonane jest ze stali węglowej podobnie jak w morze classic jednak klinga jest zdecydowanie grubsza i nieco dłuższa. Cały nóż jest zdecydowanie cięższy do mojej mory. Rękojeść zrobiona jest z tworzywa sztucznego i wyprofilowana do ręki, jest bardzo wygodna a w użyciu i bezpieczniejsza niż w classic ponieważ posiada zabezpieczenie ręki przed sunięciem się na ostrze. Pochwa jest zrobiona z tworzywa  umożliwia podpięcie innej podobnej pochwy do siebie i w ten sposób zrobić zestaw kilku noży w jednym miejscu.










                    Porównanie wszystkich ostrzy pod względem rozmiaru
MORA ROBUST

MORA CLASSIC