wtorek, 31 grudnia 2013

Trening przed II ETAPEM PROJEKTU into the wild-Polska

Wyjazd ten miał ostatecznie sprawdzić co bierzemy ze sobą co trzeba wyrzucić i zmienić. Niestety z powodu kiepskiej pokrywy śnieżnej musieliśmy zostawić narty w domu. Ryzyko zniszczenia ślizgów było tak duże,że wręcz nieopłacalne a perspektywa wniesienia nart na plecach   kilometrów w  górę nie jest zbyt miła.
Ale zacznijmy od początku.  Już na samym początku zaczęły się przygody. z tym co zabrać itp. ale z tym szybko się uporaliśmy i w drogę.  Potem w czasie jazdy zatrzymała nas policja do kontroli i życzyli miłej wyprawy:)
Gdy dojechaliśmy do Świeradowa było jeszcze ciemno ale bardzo ciepło jak na  grudzień bo prawie 10*C!! Szybko zakładamy plecaki i na szlak. Już po kilkuset metrach musiałem rozebrać się do koszulki termicznej bo jeszcze chwila i bym wyparował.  Dopiero gdy przeszliśmy niebieskim szlakiem  koło źródła Adamsa do asfaltu pojawił się śnieg. Tam  można było już zdjąć plecak i rzucić go na pulki. Konkretnie to zwykle dziecięce sanki  które są świetną alternatywą dla  profesjonalnych pulek.  Stamtąd już ciągnąc nasze tobogany i przy zielonej budce przepakowujemy cały sprzęt z plecaków do toreb aby mieć łatwiejszy dostęp do wszystkiego na sankach. Po przepakowaniu ruszamy dalej w stronę hali Izerskiej gdzie było bardzo mało śniegu a właściwie to głównie był lód albo asfalt. Jednak zanim dotarliśmy do Hali mięliśmy dość strome zejście gdzie dało się zjechać na sankach oszczędzając dużo czasu i energii ale przede wszystkim to świetna zabawa.   Koło schroniska  musieliśmy ciągnąć sanki po trawie  potem po moście  dalej po kamieniach. I dalej już po wodzie,lodzie i śniegu. Czyli jak widzicie dość ekstremalnie. Po kilku godzinach dotarliśmy do chatki Tomaszka gdzie  mieliśmy zrobić obóz. 
Podczas tego wyjazdu zamierzaliśmy sprawdzić czy hamak jest dobrą alternatywą dla namiotu w warunkach zimowych. I okazało się,że nie jest. A na pewno nasze hamaki się do tego nie nadają. Problem z dobrym napięciem, pełno cienkich linek i marznące dłonie niebyły zbytnio zachęcające do stosowania tego patentu przy jeszcze niższych temperaturach.


Na kolacje zjedliśmy  wigilijny bigos a potem poszliśmy spać. Do 24 drzemałem bo źle mi się napiął hamak. Ale o północy już musiałem coś z tym zrobić i poprawiłem w miarę możliwości napięcie.  Noc była spokojna i rano  zjedliśmy śniadanie, zwinęliśmy obozowisko -zajęło to nam ponad godzinę. Pogadaliśmy z Gospodarzem Chatki- Zbyszkiem i o 12 ruszyliśmy dalej. Po 2 godzinach postanowiliśmy poszukać miejsca na nocleg i zeszliśmy w  boczna drogę gdzie zaczął się prawdziwy survival. Na początku było nawet dość dużo śniegu ale już po kilkuset metrach śnieg zaczął znikać a pojawiła się woda(nawet po kolana) i lód.  Po  krótkim odcinku ruszyliśmy w las aby się rozwiesić.
Obóz rozwieszony to przystąpiliśmy do rozpalania ogniska co okazało się skrajnie trudne. Drewno które pozornie wydawało się suche i tak było mokre. Wilgotność powietrza też nie pomagała bo sięgała 100%. Mimo używania zapalniczki i podpałki rozpalenie zajęło nam ok godziny i ledwo udało nam się zagotować wody na herbatę i podgrzanie mięsa. Po tej batalii zjedliśmy bardzo skromny posiłek i poszliśmy do hamaków. Rano szybko zwinęliśmy obóz i by nie tracić czasu bez śniadania ruszyliśmy dalej. Poszliśmy wzdłuż Izery do schroniska Orle a następnie w kierunku cichej równi. I tam omal nie zastaliśmy rozjechani przez narciarzy, któż nie dość,że nie patrzyli jak zjeżdżają to jeszcze głupio się uśmiechali.  Na cichej równi chcieliśmy zrobić sobie  śniadanie. Ale był tam taki tłok,że postanowiliśmy ruszyć dalej do mostu na żółtym szlaku. Po kilku kilometrach doszliśmy do celu i przy moście zagotowaliśmy wodę na kuchence spirytusowej i zrobiliśmy sobie musli. Dalej żółtym szlakiem ruszyliśmy w kierunku Chatki Tomaszka gdzie planowaliśmy spędzić ostatni nocleg.  Po drodze trafialiśmy na odcinki kompletnie bez śniegu  gdzie pulki ciągnęliśmy po kamieniach i o dziwo nie zniszczyły się.
Nasz hotel na ostatnią noc.
  Po kilku takich przeprawach dotarliśmy do celu naszej wędrówki gdzie zamiast rozwieszać hamaki zresztą mój lekko się rozdarł poprzedniej nocy-dobrze,że z niego nie wypadłem! Rozwiesiliśmy trap pod którym spędziliśmy ostatni nocleg.   Na kolacje zjedliśmy kaszę i mięsko a po posiłku do śpiworka i spać bo rano trzeba było wcześnie wstać aby w miarę wcześnie dojść do auta.   Co gorsza jasak wredna mysz wlazła mi do plecaka i rozwaliła paczkę z kaszką. Przez co wszystko miałem w białym proszku;)  Rano  budyń czekoladowy z musli i przed 10 w drogę. Ostatniego dnia od razu założyliśmy plecaki by później nie tracić czasu na przepakowywanie.  Tym razem śniegu było jeszcze mniej niż dzień wcześniej a tam gdzie był  pierwszego dnia już nie było po nim śladu. Ostro dusząc do Świeradowa zeszliśmy o14 a o 14,20 już byliśmy w drodze.
Podsumowując wyjazd mogę z czystym sumieniem powiedzieć,że niema to jak namiot w warunkach zimowych. Sanki to świetny patent na odciążenie pleców tyle,że musimy w nich zamontować sztywny hol.
Buty  których będziemy używać w Bieszczadach są wyjątkowo wygodne. A kuchenka  spirytusowa nie jest aż taka zła jak myślałem z początku zagotuje wodę w 20 min.
Jeszcze miesiąc i  rusza II etap Projektu więc trzymajcie kciuki:)
Więcej zdjęć:

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Nite Ize - Gear Tie Assortment Bag - 8pack

Od dłuższego czasu dość intensywnie  testuje bardzo przydatny gadżet którym jest Nite Ize - Gear Tie Assortment Bag.  Jest to zestaw 8 drutów powleczonych tworzywem które mają służyć jako troki czy coś podobnego. Muszę powiedzieć,że początkowo podchodziłem do tego dość ostrożnie i sceptycznie jednak już po krótkim czasie te druciki pozytywnie mnie zaskoczyły. Największą ich zaleta jest wyjątkowa odporność na złe traktowanie. Możemy je wyginać w każdą stronę niezliczoną ilość razy, niestraszna im woda, niskie temperatury czy promienie UV.  
Dzięki swojej niskiej wadze umożliwia  zabranie dość sporej ilości tych elastycznych "troków" dzięki czemu kiedy tylko będziemy potrzebowali coś podczepić do plecaka czy kamizelki nie będzie z tym problemu.
 Zestaw który dostałem do testów składa się z
 2; x Gear Tie 3" - czarny, czerwony 2 x Gear Tie 6" - czarny, niebieski 2 x Gear Tie 12" - czarny, jasnozielony 2 x Gear Tie 18" - czarny, jasnopomarańczowy

Te największe są niezwykle przydatne  ponieważ umożliwiają nam podczepienie dość ciężkich lub obszernych elementów naszego wyposażenia. Podczas spania na hamaku można jednym podwiesić na lince pod daszkiem nóż czy multitoola.  Natomiast te najmniejsze świetnie nadają się na podczepienie czapki  czy innej w miarę lekkiej  rzeczy. To tylko kilka z zastosowań obozowych. Podczas marszu idealnie nadają się do przytroczenia kijków trekkingowych do plecaka czy zabezpieczenia butelki przed ewentualnym zgubieniem.
Często w terenie przenosi się większa lub mniejszą linę a w jej naturze jest plątanie się. A niema nic gorszego od mozolnej walki z rozplątywaniem sznurka wtedy z pomocą przychodzi nam gear tie którym zawiążemy buchtę liny przed zaplątaniem.
Multitool nad hamakiem

 Można powiedzieć,że zastosowań Gear Tie jest tyle co jego użytkowników. Można ich używać w każdej dziedzinie życia czy to w terenie podczas trekkingu, na spływie jak i  w domu czy pracy. Bardzo przydatny podczas remontu w domu. Można na przykład  przyczepić wiadro z farbą do drabiny. Poza zastosowaniami typowo praktycznymi są też zastosowania niekonwencjonalne służące do spędzenia wolnego czasu gdy już nic pożytecznego nam nie zostało do roboty. Z tych drucików można stworzyć ludziki czy zwierzaki-śmieszne ale prawdziwe:)
Ładny jamniczek;)
Oczywiście ktoś może powiedzieć tyle kasy(59zł) za paczkę drutów powleczonych gumą to strata pieniędzy. Jednak wystarczy raz przekonać się na własnej skórze jak one działają a od razu zmieni się zdanie.
Dodatkowo to świetna alternatywa dla jednorazowych zacisków bo Gear Tie są wielorazowego użytku i nie do zdarcia. Z czystym sumieniem mogę polecić każdemu Nite Ize - Gear Tie Assortment Bag

Cechy
- Osiem sztuk w opakowaniu
- Opatentowana konstrukcja
- Odporne na wodę, niskie i wysokie temperatury oraz promieniowanie UV
- Powierzchnia zabezpieczająca przed uszkodzeniami
- Karbowana, antypoślizgowa dobrze trzymająca warstwa zewnętrzna
- Materiał: metal, guma


:

wtorek, 24 grudnia 2013

Zdrowych i spokojnych świąt.
 Szczęśliwego nowego roku z wieloma przygodami w dziczy.
Człowiek z buszu wszystkim wam życzy.
Prawie jak Święty Mikołaj :)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wysłannik Przyszłości-FILM

Jak wiadomo Cevin Costner to jeden z najlepszych aktorów. W swoim dorobku ma kilka filmów lekko nawiązujących do survivalu czy bushcraftu.Jednym z tych filmów jest Wysłannik Przyszłości   (org.The Postman). Akcja filmu dzieje się w przyszłości po końcu świata jaki wszyscy znamy w 2013roku. Ameryka została zniszczona przez III wojnę światowa. Ludzie którym udało się przetrwać tworzą małe osady w których próbują przetrwać. Cavin Costner  jest włóczęgą który przemieszcza się od wsi do wsi gdzie odgrywa  sceny z Szekspira.Pewnego razu  w osadzie w której się znalazł pojawia się brutalny generał który zmusza ludzi do wstąpienia w szeregi jego "armii".  Gdy trafia do obozu od razu planuje jak uciec i ucieka. Właśnie tu pojawiają się pierwsze techniki przetrwania. Gdy uciekał przed pogonią trafił na samochód w którym znalazł  szkielet listonosza razem z listami. Tam  rozpalił ogień w ulewie i postanowił roznieść listy które znalazł. Jak postanowił tak zrobił i wędrował od osady do osady jako listonosz rządu USA który miał się odbudować-co nie tło prawdą. Gdy tak wędrował  ludzie zaczęli uważać go za bohatera i z jednego listonosza nagle wyrosła poczta działająca na terenie całych zniszczonych Stanów. Listy które dostarczają są symbolem nadziei,że kiedyś powrócą stare dobre czasy. Na jego tropie cały czas był  generał. Gdy pogoń an doręczycielem była o jeden krok zanim  znów zaczął się survival w górskiej chacie podczas śnieżycy. Był ranny i wyczerpany. Topił śnieg by przetrwać i używał innych technik przetrwania.
Na końcu dochodzi do wielkiego starcia dobra ze złem. A co wygrało musicie zobaczyć sami.

niedziela, 22 grudnia 2013

Podręcznik Robakożercy-Łukasz Łuczaj

Jak wiadomo robaki to świetne źródło białka. Nie dość,że białko to niezbędna substancja dla organizmu podczas wzmożonej aktywności fizycznej to robaki są bardzo łatwe do pozyskania.  Również dużo łatwiej nauczyć się rozpoznawać czy dany robal jest zdatny do spożycia czy nie, co przy roślinach już nie jest takie proste.
Podstawą przy pozyskiwaniu robaków jest kilka prostych zasad.
Jeśli swobodnie sobie chodzi-nie ucieka, najprawdopodobniej jest trujący, jeśli jest kolorowy lub się świeci to może być trujący. No i gdy wydziela podejrzany smrodek również może być niejadalny.
Oczywiście to tylko podstawa dla robakożercy. 
Podręcznik Robakożercy-Łukasza Łuczaja to świetna propozycja dla każdego amatora survivalowej kuchni.
 Nie dość,że każdy opisany tu robak jest dokładnie scharakteryzowany to podane są na niego przepisy, które mogłyby znaleźć się w ekskluzywnych restauracjach. Fakt,że jedzenie robaków nikomu nie kojarz się z czymś miłym,smacznym a na pewno nie apetycznym po zapoznaniu się z tą książka na pewno się zmieni. Sposoby na przyrządzenie czegoś pozornie  obrzydliwego w wykwintne danie jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Które zaskoczy nawet doświadczonego leśnego kucharza.  I przekona większość ludzi do spróbowania podstaw tej kuchni.
 Podręcznik Robakożercy to z pewnością jedna z tych książek która powinna znaleźć się w bushcraftowej biblioteczce.


sobota, 21 grudnia 2013

Co z tym bushcraftem?

Wczoraj w internecie natknąłem się na stwierdzenie,że bushcraft polega na tym aby nic ze sobą nie brać-tylko nóż,krzesiwo i butelka. Moim zdaniem jest to wierutna bzdura. Jakiś czas temu opisywałem Współczesnego człowieka lasu.Czyli kogoś w stylu trapera.
Wygodny nocleg to podstawa. ale trzeba go sobie przynieść.
Jeśli ktoś mówi,że do bushcraftu należy brać tylko nóż i krzesiwo to chyba nie wie co to bushcraft. Te podstawowe elementy to ewidentnie zestaw survivalowy. W stylu Beara Gryllsa mam tylko nóż,krzesiwo i manierkę.... A czym jest bushcraft starczy spojrzeć na mistrza bushcraftu którym jest Ray Mears. Kto jak kto ale on wie na czym polega prawdziwe przetrwanie w stylu traperskim. 
Niesztuką jest przetrwać jeden nocleg bez sprzętu ale sztuką jest wędrowanie w stylu traperskim po dzikich zakątkach globu przez wiele dni a czasem nawet lat. Oczywiście nie zabierzemy ze sobą prowiantu na tyle dni ale sprzętu możemy już zabrać więcej.  Chodzi mi oto,że prawdziwi ludzie żyjący z tego co im da natura zabierają ze sobą niezbędny sprzęt. Świetnym przykładem może być Dersu Uzała słynny na całym świecie leśny człowiek który wędrował razem z Władimirem K.Arsenjewem po dzikim kraju Usyryjskim. Miał on ze sobą tobołek w którym nosił,siekierę,skórę na okrycie, kociołek, czy nawet jakiś namiot. Dersu to świetny przykład na potwierdzenie tego,że bushcraft nie polega na tym samym co survival.
Kolejnym dowodem na potwierdzenie mojej tezy jest wyprawa na Syberię która odbyła się w tym roku we wrześniu. O wyprawie możecie przeczytać i obejrzeć filmiki z niej na  FC survival.olsztyn.  W jednym z filmików jest wzmianka o tym jak miejscowi zareagowali na wyjątkowo małe plecaki survivalowców. Myśliwi stwierdzili,że mają ze sobą zdecydowanie za mało ekwipunku nawet jak na jeden dzień. 
Jak widzicie ci którzy są bushcraftowcami z przymusu a nie z wyboru maja zupełnie inne podejście do wyposażenia.
Piła nie jest niezbędna ale przydatna.
Bo jak już mówiłem  niesztuka jest przetrwać z samym nożem jednej nocy. A tak naprawdę w sytuacji naprawdę survivalowej i tak nie będziemy mieli nic ze sobą poza wiedzą.
 Oczywiście najprzyjemniej wędruje się bez plecaka czy z bardzo małym worem, ale z noclegiem to już inna sprawa a jak wiadomo wygodny nocleg to podstawa. Ale,żeby się wyspać trzeba wziąć ze sobą kilka rzeczy jak śpiwór, trap, karimata czy hamak.

Na koniec najważniejsze. Survival minimalistyczny czyli tylko nóż itp jest jednoznaczny z niszczeniem środowiska a nie oto chodzi. Bo jak przetrwać zamieć czy ulewna noc  bez schronienia. No właśnie nie jest to możliwe. I wtedy trzeba niszczyć las aby zbudować jakiś szałas. Poza tym,że niszczymy naturę to jeszcze tracimy na to sporo czasu i energii-a wystarczy  wziąć ze sobą plecak a do niego dorzucić np.trap. Dzięki temu schronienia mamy gotowe w kilka minut przy małej utracie energii. A co najważniejsze nie niszczymy lasu który wszyscy tak kochamy.


piątek, 20 grudnia 2013

John Rae

Kiedyś ludzie byli ze stali a okręty z drewna.  Dziś jest inaczej ale właśnie tacy byli podróżnicy w czasach kiedy żył i dokonywał niezwykłych odkryć wspaniały szkocki podróżnik-John Rae(ur. 30 września 1813 na wyspach Orkadzkich, zm. 22 lipca 1893 w Londynie)
Był on urzędnikiem kompani handlowej w zatoce Hudsona czyli osławionym HUDSON BAY COMPANY.
Faktorii zajmującej się handlem futrami i innymi dobrami w rejonie zatoki Hudsona a z czasem w całej Kanadzie.  Na jej zlecenie odbywał liczne podróże na dalekiej północy. Jego fenomen polegał na tym,że  korzystał z wiedzy  miejscowych a nie zdobyczy techniki które w tamtych czasach bardzo często doprowadzały do śmierci. Podczas swoich licznych wypraw stracił tylko jednego człowieka. To dowód na niezwykle dokładne  przygotowanie każdej wyprawy.  Podczas jednej z wypraw(W 1847)odkrył międzymorze między zatokami Repulsa i Boothia, która została nazwana jego nazwiskiem. Był to brakujący fragment  przejścia północno zachodniego. Czyli najkrótszej drogi na przepłynięcie  z Atlantyku na Pacyfik i odwrotnie. Niestety  z tego odkrycia bardziej znana jest postać John`a Franklina który był zwykłym bucem.
W roku 1845 wyruszył na  wyprawę na statkach Erebus i Terror, której zadaniem było przepłynięcie z Morza Baffina do Morza Beringa. wyprawa była wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt i prowiant. Puszki z racjami były z ołowiu-mało zdrowe. Ale to jeszcze nic w porównaniu z głupotą jaką wykazali się nie tylko ludzie Franklina ale przede wszystkim  on sam. Do kolacji przebierał się i jadł z porcelanowych talerzy.  Nie było by w tym nic złego gdyby szanował miejscowa ludność. Gdy skończyły mu się zapasy po utknięciu w lodach nie korzystali z technik Inuitów.Pewnie myśleli ,że to dzikusi itp. Co oczywiście nie jest prawdą. Rae doskonale o tym wiedział  korzystając z dobrych kontaktów z rdzenną ludnością mógł przetrwać w Arktyce.  Na poszukiwania ekspedycji Franklina  wysłano ponad 40 wypraw.  W 1853-1854 Rae otrzymał od Eskimosów pierwsze wiadomości o losach wyprawy Franklina, za co otrzymał nagrodę 100 tys. funtów szterlingów. Niestety na niewiele mu się ona zdała. W raporcie o znalezieniu zwłok uczestników wyprawy. Napisał,że najprawdopodobniej doszło do aktów kanibalizmu, co gorsza John Rae  nie  widział ich osobiście ale zawierzył  Inuitom  co również umieścił w meldunku.  Za oskarżenie o kanibalizm ludzie go znienawidzili a wdowa po Franklinie nie zostawiła na nim suchej nitki chciała go zniszczyć. Co po części jej się udało bo to Franklin  ma swoje pomniki w londynie i w kilku innych miejscach. Na jego cześć nazwano Góry Franklina (północna Kanada),Zatoka Franklina (północna Kanada),Cieśnina Franklina (północna Kanada),Dystrykt Franklina (północna Kanada).  Co moim zdaniem i wielu innych znających prawdziwą historię uważa za niesłuszne.  A  kto zna postać John`a Rae`a niestety mało kto. Jedyne co po nim zostało to  nazwa międzymorza, dom w którym się urodził oraz jego grób.
Pamiętajmy o wielkich odkrywcach bo niestety historia bywa zakłamywana.
Dom w którym się urodził John Rae


piątek, 13 grudnia 2013

Magazyn Sezon grudzień 2013

W aktualnym numerze (grudzień 2013) magazynu sezon można znaleźć krótką notkę dotyczącą zimowego etapu projektu INTO THE WILD-POLSKA.
Serdecznie zapraszam do lektury

wtorek, 10 grudnia 2013

INTO THE WILD-POLSKA ETAP 1

 Nareszcie udało mi się znaleźć trochę czasu i zrobiłem pokaz zdjęć z pierwszego etapu Projektu INTO THE WILD-POLSKA . Czyli wędrówki z całym dobytkiem przez 9 dni po górach izerskich. Mój plecak ważył nieco ponad 30kg i co gorsza zaczął się rozpadać już pierwszego dnia.
Więcej o pierwszym etapie możecie przeczytać tu
Zapraszam do obejrzenia zdjęć z wyjazdu.


Sponsorzy pierwszego etapu: 
Pracownia zegarmistrzowska w poznaniu na ulSzamażewskiego26
 Datalandhobby

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Louis Moufflet i jego psy.

Jak wiadomo I wojna światowa była wyjątkowo brutalna i ciężka.  W sierpniu 1915r  żołnierze stacjonujący w Wogezach czyli górach we wschodniej Francji przy granicy z Niemcami. Są pod ciągłym ostrzałem i przeżywają istne piekło. A natura postanowiła im nie pomagać w efekcie czego ilość śniegu uniemożliwiła im ewakuację. Co gorsza gdyby się wycofali Niemcy przełamali by front. Szansę  na ratunek wydają się nikłe ale tu z pomocą przychodzi Louis Moufflet z szalonym pomysłem. Chce sprowadzić 400 psów zaprzęgowych z Alaski  aby pomóc żołnierzom w utrzymaniu pozycji.
Razem z porucznikiem René Haasem wyrusza na tajną misje do stanów zjednoczonych aby zakupić psy. Na Alasce napotykają na spore utrudnienia przez co są zmuszeni przeprowadzić psy do Kanady. W misji pomaga im Scotty Allan  legendarny poganiacz psich zaprzęgów. Mają 120 dni na pokonanie 10.000 km niebezpiecznej drogi.

Gdy już docierają do kanady problemy się nie kończą.  Moufflet ma problem aby znaleźć armatora który podjąłby się transportu sfory z alaski. Po wielu rozmowach i przekonywaniu udało mu się znaleźć statek który zgodził się zabrać psy do Francji.  Odpłynęli ostatnim statkiem bo kolejnego dnia morze już zamarzło.
Francuscy żołnierze zajęli się psami i bardzo szybko nauczyli się sztuki prowadzenia zaprzęgu. W czasie wojny zginęła połowa psów sprowadzonych z Alaski. Jednak do dziś po  Wogez biegają potomkowie tych wspaniałych stworzeń które uratowały wielu żołnierzy z opałów.
Całą historię można obejrzeć w filmie Sfora z Alaski reżyserii Marca Jampolsky'ego. Świetnie nakręcony film dokumentalny. Połączenie zdjęć archiwalnych z inscenizowanymi sytuacjami i pięknymi dzikimi zakatami Alaski.
Film można obejrzeć w całości na YouTube http://www.youtube.com/watch?v=gH0vTO1QJNA

sobota, 7 grudnia 2013

TOP 10 -czyli rzeczy które powinieneś mieć ze sobą zimą.

Zima to specyficzna i wyjątkowo wymagająca pora roku dla wędrowca.  Dlatego większość ludzi zawiesza swoją działalność turystyczna  lub ogranicza ją do jednodniowych spacerów. Natomiast mało kto postanawia wybrać się na nocleg w terenie.
Dziś opisze 10 rzeczy które są niezbędne a przynajmniej pomocne podczas zimowej jednodniowej wycieczki do lasu. Oczywiście te 10 przedmiotów wchodzi w skład ekwipunku na wyprawy dłuższe.
  1. Pierwszą podstawową sprawa jest nóż. Można tu wybrać klasyczny nóż ze stałą głownią lub scyzoryk czy multitoola . Ja zawszę zabieram ze sobą  morę  i multitoola. Taki zestaw umożliwia i naprawę uszkodzonego ekwipunku i niezbędne prace terenowe. 
  2. Termos/butelka. To co wybierzemy zależy od nas. Termos zapewni nam możliwość napojenia się   ciepłym płynem. Butelka nie daje tego komfortu ale ma jedną dużą zaletę nad termosem. Mianowicie gdy będziemy chcieli stopić śnieg to w butelce go upchniemy włożymy pod kurtkę i po pewnym czasie będziemy mieli wodę, natomiast w termosie śnieg nie chce się topić i w efekcie mamy termos wypchany po brzegi śniegiem z którym niewiele możemy zrobić. Ja osobiście wolę  butelkę ale na dłuższe wyprawy zabieram i termos i butlę. Ważne aby butelka miała duży wlew jak ta:Nalgene
  3. Apteczka. Nieraz może okazać się,że albo my lub ktoś na szlaku dozna jakiś obrażeń i niezbędne będą nam podstawowe medykamenty jak: bandaż,plaster,coś przeciwbólowego, opatrunki,   witamina C, temblak +leki które zażywamy. No i najważniejsza rzecz w apteczne to koc NRC umożliwi on nam ogrzanie się w survivalowej sytuacji a nawet pozwoli nam zbudować prowizoryczne schronienie.
  4. Zestaw survivalowy opisany tu.
  5. Trochę dobrej podpałki do grilla.  Dobrej bo nie wszystkie chcą się palić. + dobre krzesiwo.
  6. Telefon+gwizdek-do nawiązania ewentualnego  kontaktu z ratownikami.
  7.  Czołówka- aby nie zaskoczyła nas noc.
  8. Składana piła najlepszy wybór to fiskars xtract
  9. Zestaw nawigacyjny:kompas,mapa i ewentualnie GPS. Należy jednak pamiętać,żeby zanadto nie ufać temu użądleniu  bo może ono zawieźć.
  10.  Jakiś kubek lub garnek aby można było coś ugotować lub stopić śnieg. Warto dorzucić kilka torebek herbaty.
  • I rzecz ekstra bez której niemożna przetrwać czyli  Rozsądek i umiejętności których nie zastąpi żadne urządzenie.

Nie-muszę chyba pisać,że przyda nam się plecak aby to wszystko jakoś wygodnie przenosić.
Warto jeszcze dorzucić rakiety śnieżne, ale tylko wtedy gdy ilość śniegu przekracza możliwość swobodnego marszu.
Jest to zestaw opracowany przeze mnie i dla mnie. Jednak zazwyczaj i tak zabieram więcej rzeczy jak chociażby aparat,lornetkę,kamerę czy inne zabawki które nie są niezbędne ale zdecydowanie umilają wędrówkę. Jest to lista tylko i wyłącznie poglądowa i zawiera podstawowy ekwipunek. Każdy powinien stworzyć sobie zestaw podobny do mojego  i oparty na własnych doświadczeniach.
Do tego zestawu należy jeszcze dorzucić odpowiednie ubranie ale to już zupełnie inna sprawa.

piątek, 6 grudnia 2013

Sztuka telemarku-Allen O`Bannon i Mike Clelland

Zima idzie a z nią ostre przygotowania do zimowego etapu projektu INTO THE WILD-POLSKA . Projekt zakłada pokonanie trasy o długości 140km w Bieszczadach na drewnianych nartach ze Szwedzkiej armii.  Mają  one wiązanie typu kandahar czyli coś w rodzaju dziadka telemarku czy skiturów. Czyli można na nich jeździć jak na biegówkach lub zjeżdżać jak na zjazdówkach.  Z jednym małym ale. To wiązanie nie trzyma  pięty. I dlatego trzeba stosować specjalną technikę zjazdu zwaną telemarkiem.
Sztuka telemarku-Allen O`Bannon i Mike Clelland to jedna z trzech opisywanych przeze mnie  książek poradników wydanych przez sklep podróżnika.  Czyli Sztuka zimowej wędrówki i Sztuka wędrowania z plecakiem i biwakowania w terenie.  Te  trzy książki łączy jedna wielka zaleta są bardzo czytelne i rzeczowe. Co to znaczy,że w bardzo przyjemny komiksowy i zabawny sposób przekazanych jest  wiele praktycznych porad.  Z różnych  dziedzin turystyki czy to letniej wędrówki z plecakiem,zimowego biwaku czy właśnie jazdy telemarkiem. Sztuka telemarku- to 123 rady dotyczące  różnych technik zjazdu od tych najprostszych do  takich które są zarezerwowane dla wprawionych w boju.
Każda rada jest zilustrowana  czytelnym i zabawnym rysunkiem tak aby łatwo przyswoić sobie  i  doskonalić technikę jazdy telemarkiem. Podsumowując jest to świetna propozycja dla  każdego kto  chcę się nauczyć jeździć na nartach technika telemarku.

czwartek, 5 grudnia 2013

Bushcraft izery listopad

Jak wiadomo nie zawsze chcę się czytać relacje z wyjazdów ale obejrzeć zdjęcia czy jakiś filmik to już zupełnie inna sprawa. Dlatego na moim kanale na YouTube pojawił się kolejny film pt. Bushcraft-Izery listopad  . Filmik to zbiór zdjęć i krótkich ujęć z dwóch wyjazdów  w listopadzie oczywiście w Góry Izerskie.  
Muzyka to Willie Nelson highwayman. Zapraszam do oglądania:


poniedziałek, 2 grudnia 2013

Kto nie ryzykuje nie wygrywa!

Od  samego początku pośród osobników naszego gatunku znajdowali się niepokorni i nierozumiani którzy byli skłoni podjąć większe ryzyko by osiągnąć cel. Dziś oczywiście jest podobnie. Niestety większość ludzi nie jest w stanie pojąć dlaczego ktoś ryzykuje swoje życie, przyjaźń aby przeżyć niesamowitą przygodę.
Większość stwierdzi,że to samolub, głupek, ryzykant, podobnych określeń można by wymieniać bez końca.
Nieraz ludzie zadają mi pytanie poco to wszystko.  Mógłbym odpowiedzieć,że to coś od czego jestem uzależniony, kocham to robić,jest to jedyna rzecz dla której chcę żyć.  Można tez powiedzieć bardziej filozoficznie gdyby nie wolność i możliwość swobodnej wędrówki w dziczy zacząłbym gnić od środka i długo bym tak nie pociągną. Jednak zazwyczaj odpowiadam tak: Dlaczego ludzie ryzykują? Bo mogą. Dlaczego zdobywają szczyty? Bo są do zdobycia. Jeśli w ogóle zadajesz takie pytania i tak tego nie zrozumiesz. Może nie jest to najmilsza odpowiedź ale to prawda. Większość tych negujących  inicjatywy to osoby,które nigdy nie stawiły czoła śmierci czy nie miały okazji sprawdzić się w ekstremalnych sytuacjach. A dlaczego? Bo są zbyt wygodni, nie maj motywacji czy po prostu im się nie chce. Cześć twierdzi,że to nie dla nich,że nie dadzą rady ale czy tak będzie naprawdę. Nie przekonają się o tym dopóki nie spróbują. Bo jak to się mówi  najważniejszy jest pierwszy krok.

sobota, 30 listopada 2013

Co zrobić gdy walniemy się siekierą w palec.

Pamiętam i chyba nigdy nie zapomnę tego jak podczas jednego z wyjazdów w góry prawie odrąbałem sobie palec.  Jedno jest pewne nie jest to miłe ale na pewno pouczające doświadczenie. Pierwszy morał z tej przygody jest taki,że kłoda którą rąbiemy powinna mieć min 10cm średnicy(albo i więcej). Drugi morał z tego jest taki,że fiskars X7 jest pieruńsko ostry i wchodzi w "mięcho" jak w masło.Nie wiem czy ro dobrze czy nie. Możliwe,że tępa siekiera mogła by bardziej zmasakrować palec. Najważniejszy morał jest taki,że w takiej sytuacji trzeba zachować zimna krew i warto mieć ze sobą apteczkę.

W momencie gdy uderzymy się siekierą lub jakimkolwiek innym ostrym narzędziem musimy zachować zimna krew i nie panikować. Ja uchroniłem się przed zemdleniem chodząc w kółko,podskakując i śpiewając wszystkie piosenki jakie przyszły mi do głowy,czyli kolędy,dżem itp. Mi to z pewnością pomogło bo dzięki temu podniosłem sobie ciśnienie i nie myślałem o urazie. A nie było to jakieś tam lekkie nacięcie ale ostrze weszło aż do kości. I co najdziwniejsze powodem lekkich zawrotów głowy i przytłumionego słuchu nie był ani bul ani widok dość dużej ilości krwi tylko widok mojej kości-NIE POLECAM!
Ale przejdźmy do pomocy medycznej.  Podstawą w takiej sytuacji jest szybkie założenie opatrunku i zatamowanie krwawienia. Najlepiej do tego użyć gazy i owinąć miejsce urazu bandażem. Jeśli nie mamy ze sobą ani bandaża ani opatrunku możemy wykorzystać kawałek koszuli lub jakiś inny materiał-byle był czysty. Jeśli jesteśmy w miejscu gdzie rośnie dużo mchu można go przyłożyć do rany. Mech ma właściwości antyseptyczne dzięki czemu świetnie zaopiekuje się raną.

Warto też po zatrzymaniu krwawienia oczyścić to miejsce za pomocą wody utlenionej. A co jeśli jej nie mamy ze sobą? Można nasikać. Wiem nie brzmi to przyjemnie ale działa. Opatrunek powinniśmy zmieniać tak często jak to tylko możliwe. Najlepiej raz dziennie. Ja zaraz po zatrzymaniu krwawienia nie zmieniłem opatrunku ani nie odkaziłem rany moczem czy wodą utlenioną po prostu poszedłem spać.
Następnego dnia zagotowałem sobie wodę poczekałem aż ostygnie i włożyłem łapsko do wody aby opatrunek się odmoczył i po kilkunastu minutach moczenia opatrunek odpadł. Widok był mało przyjemny ale rana już zaczęła się zasklepiać.  Na wszelki wypadek polałem ją wódką. No i znów opatrunek i tak codziennie.
Fakt,że ja nie poszedłem po powrocie do lekarza może nie był najlepszym wyjściem ale uznałem,że samo się zagoi i też po 14dniach już  wszystko się ładnie zagoiło. Ale warto pomyśleć o wizycie w niektórych przypadkach.
Jeśli zdarzy się wam kiedykolwiek podobna sytuacja i będziecie robić to co ja. Nic wam się niestanie. Ale najlepiej uważać!

piątek, 29 listopada 2013

Wełna Merino

http://www.scarfguy.com/ram.jpg
Nie dość,że sympatyczna to jaka użyteczna.
Jak wiadomo niema nic gorszego od nieoddychającej bielizny. Dlatego prawie każdy współczesny wędrowiec korzysta z dobrodziejstwa koszulek czy innych części bielizny wykonanej z materiałów oddychających. Dzięki takiemu wynalazkowi  wilgoć w błyskawicznym tempie jest oddalana od skóry. Niestety większość tych materiałów jest sztuczna ale  i na to jest remedium w postaci wełny Merino.  Jest to wełna z owiec żyjących na nowej Zelandii w alpach południowych.  Gatunek ten jest wystawiany na skrajnie nieprzyjazne warunki atmosferyczne. Od upałów po mrozy i śnieżyce. Ewolucja sprawiła,że runo tych owiec jest w stanie ochronić je przed tak skrajnymi warunkami. Włókna są delikatne i zdecydowanie cieńsze niż owiec żyjących w łagodniejszych warunkach dodatkowo ich sierść jest bardzo gęsta. Najwyższej jakości wełna pochodzi z hodowli w Australii i na Nowej Zelandii. jak już pisałem włókna tej wełny są zdecydowanie delikatniejsze od zwykłej wełny dzięki czemu nie drapie użytkownika. Wielka zaletą Wełny Merino jest fakt,że jest ona odporna na zapach. Po prostu nie nasiąka zapachem potu dzięki czemu nie czujemy dyskomfortu po kilku dniach użytkowania i nasi towarzysze też mogą spokojnie oddychać. Świetnym dowodem na to jest rekord w noszeniu odzieży wykonanej z tej wełny czyli 196dni-to ponad pół roku. I nie było to noszenie jej w mieście ale podczas ekstremalnych warunków. Jak wiadomo wełna grzeje jak jest mokra przez co jest jednym z najlepszych materiałów"survivalowych" z wełna Merino jest tak samo tyle,że jest ona lżejsza.
Tkanina ta jest przewiewna dzięki czemu cechuje się świetnymi właściwościami oddychającymi.  Dzięki temu,że procesy oddychania przebiegają przez pory włókien dzięki czemu odzież z wełny może być bardziej zbita niż w przypadku włókien syntetycznych. Co w efekcie daje większy komfort cieplny.  Duża zaletą jest fakt,że wełna Merino jak i zwykła jest ognioodporna. Czym już syntetyczne materiały nas nie uraczą.
Rzeczą którą z pewnością docenia ekolodzy jest fakt,że wełna jest biodegradowalna oraz przyjazna ludzkiemu organizmowi. Nie powoduje alergii chroni przed promieniami UV. Również dużą zaleta jest to,że pochodzi z natury. A jak wiadomo Matka Natura jest najlepszym wynalazcą.
 Wełna z tych owieczek ma wiele zalet a właściwie ma tylko zalety ale ma jedną wadę cenę. Koszulka kosztuje powyżej 200zł a inne części odzieży  są w podobnych cenach.
Ale jedno jest pewne odzież z wełny Merino to zakup na lata z którego będzie zadowolony każdy. A na ekstremalne wyprawy niema nic lepszego.
 Czasem idzie trafić na okazję i dostać taką bieliznę z demobilu. Mi się  udało kupić komplet(koszulka,kalesony) za 70zł z niemieckich oddziałów KKS.
Bielizna z wełny Merino od KKS

środa, 27 listopada 2013

Przetrwać z Bearem Gryllsem

http://hostmat.eu/images/42792663942616387362.jpgPrzetrwać z Bearem Gryllsem to najnowszy program z mistrzem sztuki przetrwania i kontrowersji.
Głównym założeniem programu jest sprawdzenie 10 zespołów po dwie osoby ze znajomości technik przetrwania. Drużyna która zostanie do końca może wygrać 500 tys.$. W każdym odcinku Bear ocenia zachowania wszystkich osób biorących udział w tym programie i gdy uzna,że ktoś by nie przetrwał wyklucza go z dalszej gry. Oczywiście każdy ma szansę zdobyć immunitet wygrywając jakieś zadanie.
Ciekawym pomysłem jest to,że każdy zespół przed na początku odcinka musi wylosować nóż na którym napisane jest ich zadanie.A są nimi:zdobycie jedzenia,nawigacja, schronienie,ogień.
Szczerze powiedziawszy gdy obejrzałem pierwszy odcinek to się załamałem. jedno wielkie show bez ładu i składu. Przypomniał mi  się wtedy  program wyspa czy robinsonowie-a może jakoś inaczej.Gdzie aby wygrać trzeba było robić skrajnie głupie rzeczy.   Tu jest podobnie w pierwszym odcinku zadaniem było wypicie moczu wymieszanego z błotem,po wcześniejszym przegotowaniu takiej mikstury. No jak dla mnie nie jest to jakieś super sprawdzenie umiejętności przetrwania tylko raczej próba złamania uczestników programu.
Po obejrzeniu kolejnych odcinków nieco zmieniłem zdanie bo  zadania czy różne przeszkody na które trafiają zespoły miały już większy sens. Nie jest to może jakiś najlepszy program ale i nie jest też najgorszym programem o tematyce survivalu. Ale ja bym go raczej zaliczył do kategorii komedia survivalowa.
Oczywiście można tam znaleźć fajne patenty survivalowe jednak większość sytuacji przedstawionych w tym programie może doprowadzić do łez. I nie tylko z powodu   komedii która tam się nieraz rozgrywa ale z ignorancji zespołów wobec natury i zagrożenia.

poniedziałek, 25 listopada 2013

NAVAL Przetrwać Belize

Dżungla to jedno z najtrudniejszych i największych wyzwań dla człowieka. I jest to chyba opinia większości ludzi. Książka NAVAL Przetrwać Belize to opowieść GROM-owca i szkoleniu z zakresu sztuki przetrwania jak i prowadzenia działań w dżungli. Książka nie jest ani poradnikiem przetrwania ani typową książka podróżniczą. Jest to opis dżungli oczami  komandosa.
Można znaleźć tu mnóstwo porad do zastosowania również w naszym klimacie. Jak sztuka doboru ekwipunku czy pakowanie się do plecaka.
Książka jest napisana bardzo przyjemnym i soczystym językiem. Autor nazywa rzeczy po imieniu i nieraz nie oszczędzając przy tym słów.

Opisanych jest tu wiele fascynujących i zaskakujących przygód które NAVAL przeżył w Belize,gdzie granica miedzy życiem a śmiercią jest mniejsza niż kilka centymetrów. Czyhają tam  na każdego wędrowca jadowite pająki,węże,robactwo i wredne rośliny które tylko czekają aby kogoś ukuć czy błoto które potrafi pochłonąć człowieka żywcem a co gorsza On jest komandosem i musi przemieszczać się cicho i skrycie a nie jak podróżnik którego głównym celem jest przetrwać przebyć daną trasę i osiągnąć cel.
 Przetrwać Belize to z pewnością jedna z tych książek która może zmotywować największego lenia do ruszenia swoich 4 liter ku przygodzie.
Książka ta kończy się bardzo fajnym stwierdzeniem ale to musicie sprawdzić sami!

sobota, 23 listopada 2013

200km, przez góry. Słowacja &Polska- lesnydziad.pl

Wędrówka na dystansie 200km po górach brzmi fajnie. Jeszcze fajniej brzmi jeden człowiek z psem pieszo przez góry Polski i Słowacji.  Niedługo rusza właśnie taka wyprawa  w której będzie brał udział Leśny Dziad i jego dzielna suczka Aza.
Cały prowiant zabierają ze sobą, a sprzęt jest ograniczony. Jeśli się wam podoba  taki projekt zapraszam na zaprzyjaźnionego bloga:
lesnydziad.pl

piątek, 22 listopada 2013

Ed Stafford

http://images.nationalgeographic.com/wpf/media-live/photos/000/246/cache/ed-stafford-amazon-river_24624_600x450.jpgJak można nazwać kogoś kto pokonał pieszo trasę wzdłuż Amazonki, a jego wędrówka trwała 2lata. Jak nazwać kogoś kto spędził samotnie na bezludnej wyspie 60 dni bez jakiegokolwiek wyposażenia ułatwiającego przetrwanie. No właśnie jak?  Kimś takim  jest Ed Stafford, były kapitan brytyjskiej armii a obecnie ekstremalny podróżnik. Za przejście wzdłuż Amazonki otrzymał rekord Guinnessa.

Program opowiadający tą niezwykłą podróż składa się z dwóch części i przekazuje w naprawdę fajny sposób
mnóstwo praktycznych porad ułatwiających życie na szlaku w dżungli.
Fakt,że nie dokonał on jeszcze zbyt wielu rzeczy sprawia,że nie jest on jakoś bardzo znany. Ale rzeczy których dokonał są naprawdę niezwykłe i z pewnością zapiszą się w historii wielkich wypraw. Takich jak zdobycie bieguna czy odkrycie źródła Amazonki.
Ed Stafford to z pewnością wyjątkowy typ podróżnika,który nie podejmuje się rzeczy łatwych.

czwartek, 21 listopada 2013

Suchy tyłek to podstawa

Pogoda coraz bardziej mokra i niesprzyjająca.  Zawsze podczas wędrówki przez las czy jakikolwiek teren przychodzi czas na postój. A nieraz niema gdzie usiąść bo mokro czy błoto. I wtedy jest spory problem czy usiąść na mokrym i przemoczyć tyłek a może nie usiąść. W takiej sytuacji z pomocą przychodzi genialne i proste rozwiązanie jakim jest siedzisko. Jest to kawałek specjalnie wyprofilowanej
maty składanej lub nie. Można kupić gotowca lub zrobić coś takiego samemu z kawałka karimaty. Oczywiście można wykorzystać folie lub usiąść na rękawicach ale jednak siedzisko to świetny patent. 
Największa zaleta siedziska ujawnia się zimą gdy gdziekolwiek byśmy nie usiedli to  możemy sobie odmrozić tyłek albo przymarznąć do lodu czy czegoś podobnego. Ja najbardziej lubię siedzisko wykonane z jakiejś pianki przypominającej neopren o grubości 1cm produkowanego przez FN. Niestety  kilka już zgubiłem a FN obecnie robi je z czegoś innego-nie izoluje już tak dobrze. Siedzisko to pozwala siedzieć na tafli jeziora przy -10*C nie odczuwając dyskomfortu.  Używam również wersji składanej(relags) która niestety jest dużo cieńsza i mniejsza ale za to jest składana co ułatwia jej transport. Nie izoluje tak dobrze jak FN ale na sezon letni w zupełności starcza.
Również bardzo fajnym patentem który kiedyś znalazłem w jakiejś książce. Polegał on na doszyciu kawałka karimaty do plecaka pod pasem biodrowym dzięki czemu nie było trzeba się obawiać na czym się siada.Był on wykorzystywany w dżungli  gdzie ryzyko ukąszenia przez skorpiona lub jakiegoś innego przyjemniaczka w dupsko jest dość duże.
W jednym odcinku człowiek który przetrwa wszystko Les Stroud pokazuje swój patent na zabezpieczenie siedzenia przed wilgocią i zimnem. Używał on kawałka  jakiegoś materiału(chyba skóra) który miał przyczepiony do paska dzięki czemu mógł siadać gdzie tylko zechciał bez ryzyka przemoczenia spodni.
Jak widzicie siedzisko to podstawa w wędrówkach,szczególnie w okresie jesienno-zimowym

niedziela, 17 listopada 2013

Spodnie Helikon-Tex ECWCS Pants Gen II

Jakiś czas temu doszła do mnie paczka od kolejnego sponsora projektu Into The Wild-Polska a mianowicie od Helikon-Tex a w niej spodnie ECWCS Pants Gen II.  Oczywiście za wcześnie aby opisywać ich test. Dlatego dziś suche fakty na ich temat. 

Spodnie te są robione zgodnie z amerykańskim standardem Extended Cold Weather Clothing System, czyli jest to jedna z warstw odzieży która pozwala przetrwać największe mrozy. Do tworzenia tych spodni została wykorzystana membrana Helikon-Tex® Comfort H2O Proof zapewniająca ochronę przed deszczem wiatrem zachowując świetne właściwości oddychania.
pojemna kieszeń kargo
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to jakość wykonania i materiałów. W skrócie  można by powiedzieć perfekcja. Wszystkie szwy ładnie zakończone i podklejone. Zamki renomowanej firmy YKK a sam materiał spodni wydaje się być bardzo odporny na urazy mechaniczne.  Bardzo fajnym rozwiązaniem jest pętla przy rozporku umożliwiająca otwarcie go nawet w grubych rękawicach. Kolejną sprawą jest  szeroka listwa przy zamku w nogawce chroniąca przed przewiewaniem czy wodą. Co do tego zamka to sięga on do kolana dzięki czemu możemy założyć te spodnie nie zdejmując botów. Można go również wykorzystać do poprawienia
rozpinane nogawki
wentylacji. Rzep przy nogawce umożliwia dokładne dopasowanie szerokości nogawki do naszych potrzeb-jest wyjątkowo mocny(nie zrywa się). Również fajna sprawą jest kieszeń która nie jest kieszenią. Już wyjaśniam. Na biodrach mamy dwie kieszenie bez dna które umożliwiają nam  dostęp do spodni podstawowych.  Mamy jeszcze dwie kieszenie kargo zapinane na guzik.
 W pasie możemy je wyregulować za pomocą gumek i/lub paska.
kieszeń "bez dna"
Ogólnie rzecz biorąc jak na pierwsze wrażenie Spodnie Helikon-Tex ECWCS Pants Gen II to fajne spodnie na deszcz lub na siarczysty mrozy. Więcej konkretnych informacji i testów po zimowym wyjeździe w Bieszczady.
PS. Dotarły do mnie słuchy,że nie wszyscy umieją czytać ze zrozumieniem. Więc pod membranę trzeba włożyć jakieś spodnie polarowe lub softie.-myślałem,że to oczywiste.

                                                                                     SPECYFIKA:
wygodna pętla przy rozporku
  • Wodoodporność: 10000 mmOddychalność: 8000g/m2/24h
  • Regulowana talia
  • Rozpięcia na wysokości bioder (ocieplenie dłoni)
  • Dwie kieszenie udowe cargo
  • Wzmocnienia na siedzeniu i kolanach
  • Zamki boczne YKK®
  • Rozpinane, regulowane nogawki
  • Podklejane szwy
  • Rozporek zamkowy YKK®
  •  





 


wszystkie szwy podklejone