piątek, 15 lutego 2019

Krzesiwo FIRESPARK Helikon-tex

Ogień jak wiadomo jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym czynnikiem w przetrwaniu. To on pozwala ogrzać się w chłodne dni, przygotować coś do jedzenia, wysuszyć mokre ubranie, zasygnalizować pozycję czy też po prostu miło spędzić czas. Metod rozpalania ognia jest naprawdę wiele, osobiście najbardziej lubię dwie, klasycznie zapalniczką :V ale i krzesiwem. W swoim zbiorze mam różne krzesiwa od jakichś podłych chińczyków, które iskrzą tak, że benzyny nie podpalą, po jakieś bardziej wydajne topowe modele. Natomiast od kilku miesięcy używam krzesiwa, które stworzył Helikon w połączeniu z Survivaltechem. Mianowicie model FIRESPARK, czyli zaawansowane krzesiwo survivalowe, które sprosta ciężkim warunkom.



Najważniejszy w krzesiwie jest pręt. I tu mamy do czynienia z naprawdę długim i grubym, który daje bardzo dużo mocnych skoncentrowanych iskier, dzięki czemu rozpalenie ogniska nie stanowi żadnego problemu niezależnie od warunków. Co ważne nawet mokry działa dobrze i nie śniedzieje, nie zaobserwowałem na nim żadnego nalotu od wilgoci, co zdarzyło mi się przy kilku innych modelach.
Dzięki wykorzystaniu mocnego pręta i umiejętnym używaniu FIRESPARK wystarczy na wiele lat.

























Ciekawym rozwiązaniem w FIRESPARKU jest zastosowanie mocnego i aluminiowego chwytu, który ma idealne proporcje i wygodnie leży w dłoni, nawet w mokrej czy w rękawicach. Bonusem krzesiwa jest zastosowanie we wnętrzu rączki skrytki na różne rzeczy. Możemy w niej schować tabletki do odkażania wody, w przypadku używania bardziej EDCowego zmieści się kilka banknotów, ja jednak we wnętrzu przenoszę nieco podpałki (dragon power), dzięki czemu nawet gdy czegoś suchego w lesie nie znajdę, mam czym rozpalić ognisko. Nieważne co przenosimy w skrytce nie musimy się o to martwić w trakcie opadów czy nawet gdy zamoczymy krzesiwo, dzięki uszczelce woda nie ma prawa się wedrzeć do wnętrza - sprawdzałem i nie ma obawy. Jedyny minus jest taki, że niełatwo wydobyć podpałkę i trzeba sobie pomóc jakimś patyczkiem, wykałaczką czy czymś podobnym.





























Przez zakrętkę przepuszczono pętelkę z linki, którą możemy zabezpieczyć krzesiwo przed zgubieniem lub szybciej dobyć krzesiwo, np. z kieszeni.

Podsumowując, krzesiwo Helikona z serii Bushcraft jest naprawdę godne polecenia, mocne, uniwersalne, sprawdzi się zarówno w edc, jak i survivalu czy outdoorze, cenowo też wychodzi całkiem spoko. Jedynie waga to aż 50 g, czyli ultralight to nie jest, ale dzięki temu jest mocne i nie ma obawy o uszkodzenie w najmniej odpowiednim momencie.
Helikon i Survivaltech stworzyli produkt, który sprawdzi się zarówno w zastosowaniach amatorskich, jak i bardziej profesjonalnych. FIRESPARK to idealne uzupełnienie do noża survivalowego, survivalkitu czy zestawu edc. Z czystym sumieniem polecam!

Do krzesiwa nie dostajemy żadnego iskrownika, bo z założenia każdy ma przy sobie nóż, więc bezproblemowo górną krawędzią klingi lub ostrzem damy sobie radę ;)




piątek, 1 lutego 2019

Wpienione drzewa

Kilka dni temu wybrałem się do lasu mimo sporego deszczu. Momentami lało tak, że nic nie było widać, ale co tam, nawet w taką pogodę wędrówka przez knieje jest fantastyczna, zwłaszcza jak się w lesie nie było kilka tygodni. Gdy tak łykałem kolejne kilometry doszedłem do małego bagienka, a konkretniej do rozlewiska małych strumyczków, kanałów. Od dawna było tam sucho, ale ostatnie kilka dni deszczu napełniło kanały wodą, a ziemia zamieniła się w bagnisko. Na szczęście miałem kalosze, więc nie była to dla mnie żadna przeszkoda. Gdy zagłębiałem się w to środowisko, zauważyłem nieco piany na pniu olchy, idąc dalej zobaczyłem na kolejnym i na kolejnym drzewie pianę. Na niektórych było jej trochę, na innych bardzo.





Z ciekawości zacząłem szukać informacji co to takiego, bo wygląda dość intrygująco i dziwnie. Szukałem w polskich źródłach i nie za bardzo coś było, w Google różne dziwne rzeczy się pojawiały, nawet piana zlizywana z kolan księdza...

Ale przestawiając się na angielski, udało się znaleźć nieco więcej informacji. To niezwykłe zjawisko pojawia się w skutek obfitych opadów. Gdy leje naprawdę mocno, woda ściekająca po pniu zabiera ze sobą kurz, minerały (np. sole) i pyłki innych roślin, które osiadły na powierzchni kory.
Gdy tak spływa, napotykając liczne bruzdy na powierzchni pnia miesza ze sobą te różne substancje i napowietrza się, przez co możemy zaobserwować pianę, która przypomina mydło na pniu i pod nim.

Co ważne takie toczenie piany przez drzewa nie ma żadnego wpływu na ich zdrowie.

Mimo że piana nie zagraża drzewom, to czasem na pniach pojawia się z innego powodu. Jest to wtedy tak zwany strumień alkoholowy. Piana powstaje na drzewie wtedy, gdy sok drzewa fermentuje przez drobnoustroje. Grzyby i drożdże w powstałych w drewnie ranach, pęknięciach itd. fermentują, tworząc gazy i alkohol. Taka substancja wycieka z uszkodzeń i ścieka po pniu, tworząc strumień śmierdzącej fermentacją piany.

Świat przyrody zawsze zaskakiwał i zaskakiwać będzie ;)




wtorek, 22 stycznia 2019

Pierwszy biwak 2019 - mroźne Izery

Jest zima to musi być zimno. Pierwsze sensowne wolne w roku, więc postanawiamy z Anią pojechać w góry wymrozić się i zakosztować śniegu, bo na naszych nizinach śnieg to raczej gatunek z czerwonej księgi.

Przygody zaczęły się jeszcze zanim dojechaliśmy do Świeradowa, śnieżyca, lód na drodze, poślizg, jazda polną drogą na szerokość auta, po jednej stronie rzeka, po drugiej krzaki - bo trza skrótem zamiast cywilizowanym objazdem ;)


W Świeradowie odstawiamy auto na parking i ruszamy na szlak, pogoda nastraja optymistycznie, nie sypie, jest dość ciepło, ale chmury są gęste, więc na widoki nie liczymy. Ruszamy szlakiem, po chwili wychodzi słońce i pokazuje nam piękną panoramę całej okolicy. Nakarmiliśmy oczy i ruszamy dalej pod górę, brnąc po kostki w świeżym śniegu. Im wyżej, tym śniegu więcej i tym bardziej pada. Momentami tak gęsto prószyło, że ledwo widziałem Anię, a była ode mnie max 20 metrów. Zresztą sami zobaczcie.


Przecieramy dalej szlak i gdy już weszliśmy na pożądaną wysokość, pogoda zaczęła się klarować. Słońce na zmianę z chmurami i przyjemny chłodek. W takiej aurze, bez innych turystów maszerowaliśmy w stronę Chatki Górzystów.


Kawałek od schroniska spotkaliśmy ekipę EDC i razem poszliśmy na piwko. W planie było jeszcze parę kilometrów w kopnym śniegu na miejsce biwaku, ale postanowiliśmy odpuścić i poszukać czegoś bliżej,  EDC też postanowili, że spędzą noc w terenie i poszliśmy razem pobiwakować w śniegu.


Obóz rozbity, każdy coś tam sobie pichci, je, topi śnieg, czyli typowe zimowe biwakowanie, a temperatura stale spada, zrobiło się tak zimno, że wszystko metalowe w moment przymarzało!


Noc minęła naprawdę przyjemnie, mimo że temperatura z prognozowanych -8 spadła do jakichś -22*C, a ja miałem śpiwór z extremem do -15, to wyspałem się całkiem nieźle, zresztą Ania też mówiła, że noc minęła naprawdę przyjemnie. Swoją drogą powiem Wam, że tak od 0 w dół najfajniej się śpi ;)

 

Rano ruszamy jeszcze na mały spacer po hali, bo musimy jeszcze tego dnia zejść do auta. Pogoda piękna, mocne słońce sprawia, że jest naprawdę ciepło, widoki piękne i w takiej aurze pokonujemy kolejne kilometry, a koło 18 ruszamy już do domu. Było krótko, ale fajnie ;)





piątek, 11 stycznia 2019

Pogrom dzika

Pogrom dzików, internet wrze, a od 12 stycznia żaden dzik nie może czuć się bezpieczny. Dlaczego tak?
Otóż nasz wspaniały rząd (starałem się nie poruszać tematów politycznych, ale tu chodzi o przyrodę, o środowisko, o miejsce naszych przygód, więc muszę złamać te moją zasadę) wydał rozkaz (teraz tylko zalecenie) na wybicie praktycznie całej populacji dzika na terenie kraju. Z szacowanych 215 tyś ma zostać eksterminowane 200 tyś!! A to wszystko niby pod pretekstem walki z ASF.



Czemu mamy do czynienia z taką sytuacją? Otóż ministerstwo środowiska pod pozorem walki z afrykańskim pomorem świń żąda od myśliwych wybicia praktycznie wszystkich dzików żyjących w naszym kraju. Według nich dzik jest największym problemem w walce z ASF. Nie on jest największym, ale nie wymagajmy za dużo od rządzących :P Owszem, dziki są wektorem przenoszenia tego wirusa, ale gdyby nie fakt, że pierwsze zarażone prosiaki, a właściwie ich zwłoki były wyrzucane do lasu itd., to byśmy nie mieli problemu z tą chorobą. Jak dzik ma zarazić świnie z hodowli? Przecież dzik nie wchodzi do chlewni, a świnia na spacery do lasu też nie chadza. Więc skąd zarażenia? Problem polega na tym, że hodowcy/rolnicy często nie przestrzegają podstawowych zasad bezpieczeństwa i nie stosują się do zasad bioasekuracji.


Czyli co? W jakiejś chlewni są zarażone świnie, chłop pracuje przy nich, idzie do kolejnej chlewni, w której ma te same ubrania i używa tych samych narzędzi, przedmiotów, i tak się przenosi wirus.

Pasza często jest po prostu trzymana na podwórku, jakimś poletku bez nadzoru itd. Z takiej stołówki korzystają dziki i mogą zostawić ASF.

Rolnik może być myśliwym i przenosi na swoich ubraniach, na sobie, na oponach, aucie itd. wirusa, następnie przekazuje go swoim świniom w całkowicie nieświadomy sposób.

Ponadto wirusa przenoszą też inne zwierzęta, więc jeśli ktoś ma luźno biegającego psa lub wykorzystuje psa do polowania, to może on przynieść do gospodarstwa ASF, co więcej nawet kleszcze są przekaźnikami tego cholerstwa. Myśliwy przynosi tuszę po polowaniu do domu i zaraża całe swoje gospodarstwo.

Największy problem mają małe hodowle, gdyż duże, masowe przedsiębiorstwa hodowlane są zamknięte i mają szereg zabezpieczeń, dzięki którym ASF im niestraszne.


Jak walczyć z tym problemem? Na pewno nie eksterminując dziki, bo to nic dobrego nie przyniesie, o czym za chwilę. Najlepszą metodą jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa i bioasekuracji, problem zmaleje, a może i zniknie.
No dobrze, ale co to jest ta bioasekuracja?
To odseparowanie świń od środowiska zewnętrznego, czyli zamykane są gdzieś, gdzie jest pewność, że nie przyjdzie żaden wektor wirusa. Zwierzęta nie są karmione zlewkami i odpadkami, a paszą z pewnego źródła. Paszą, która nie ma szans na kontakt z dzikami. Do tego zmiana obuwia i ubrania przed wejściem do chlewni i przy wyjściu z niej. Stosowanie specjalnych mat dezynfekcyjnych w gospodarstwie. Zaprzestaniem polowania na co najmniej dwa dni przed bezpośrednim kontaktem ze świniami. Ponadto należy przestrzegać przepisów uboju tak, by były pod kontrolą weterynarza i co ważne świnie w stadzie muszą pochodzić z pewnego źródła, a nie z tanich, niepewnych hodowli, bo najprawdopodobniej właśnie tak się pojawił ASF w Polsce.

Należy zwrócić uwagę, że ten idiotyczny pomysł na walkę z ASF jest ministerstwa środowiska, a nie samych myśliwych. O ile o myśliwych można mówić różnie, można ich lubić, ale można i nienawidzić, to w przypadku pomysłu wybicia dzików większość myśliwych jest oburzona i są przeciwni, uważają za bezsensowne i nieetyczne eksterminować gatunek do tego stopnia, by strzelać do wszystkiego. Przydałaby się stanowcza postawa PZŁ, niestety silna presja ze strony rolników i polityków, różne układy i groźby powodują, że chcąc, nie chcąc, środowisko myśliwskie musi realizować odstrzał. No, chyba że jednak się postawią, ale w to wątpię :(

Jaki skutek może mieć eliminacja dzików? Bardzo niekorzystny, a to z kilku powodów. Po pierwsze wraz z odstrzałem do gleby, wody i całego środowiska trafi wiele krwi i odpadów.  Żywy dzik przenosi wirusa przez około 10 dni, a w padlinie, odpadach itp. wirus może żyć i się rozprzestrzeniać przez wiele miesięcy.

Ponadto zmniejszenie populacji polskiego dzika spowoduje, że do kraju zaczną przychodzić dziki ze wschodu, z terenów znacznie bardziej zarażonych ASF.
Gdyby tego było mało, to diametralne zmniejszenie populacji dzika spowoduje spore gradacje różnych robali, pasożytów drzew. Dziki, ryjąc w ściółce zjadają co najmniej 30% różnych złych stworzeń, dzięki czemu las jest w dobrej kondycji. Wiele lat temu, gdy populacja dzika też została zmniejszona w Puszczy Noteckiej doszło do gigantycznej gradacji pewnego owada, przez co znaczne połacie lasu zostały zniszczone. Do tego ściółka w lesie nie będzie spulchniana itd. Dzik jest jednym z ważniejszych elementów środowiska.

Warto nadmienić, że eksterminacja dzików ma zapewnić wygrane kolejne wybory, dzięki głosom wsi. Bo będą spełnione postulaty, teoretycznie sukces w walce z ASF i nikłe, a właściwie zerowe szkody w uprawach już tej wiosny. Polowania mają być prowadzone w każdym terenie, niezależnie czy to pole, czy las, czy park narodowy, dziki mają zostać wybite. Na terenie całego kraju, mimo że w Polsce zachodniej nie ma problemu z ASF. 90% kraju jest wolne od pomoru. Ale co to rządzących interesuje, tak samo co ich interesuje opinia przyrodników i naukowców, myśliwych, liczą się głosy :(


Miejmy nadzieję, że rząd się opamięta, a myśliwi będą trzymali się swoich wartości i etyki zamiast rozkazów idących z wysokich stołków.



piątek, 4 stycznia 2019

Strider Adventure Gear - nerka EDC

Nerka, pewnie większość z Was ma trzecią na pasku ;) Nerki stały się tak popularne, że ich nosicieli już nie przypisuje się do jednej, dość mało sympatycznej grupy. Nerki są wyposażeniem coraz większej liczby ludzi, jednak większość jest powiedzmy średnio ładna z naszego leśnego punktu widzenia. Bo jakoś świecące, tęczowe, w kwiatki czy ch wie w co nerki nie mówią do mnie. Na szczęście na rynku są nery stricte stworzone dla nas do noszenia EDC, na graty mniej lub bardziej przydatne. Co ważne nie jesteśmy ograniczeni tylko do produkcji seryjnych dużych firm, ale mamy też sporo mniejszych lub większych manufaktur. Jakiś czas temu na biodro trafiła nerka EDC szyta przez Strider Adventure Gear. Jak na paramilitarny model jest dość niepozorna, nie rzuca się w oczy, pozwala na skryte noszenie, co jest niezwykle przydatne podczas codziennego przemieszczania się po mieście, jazdy komunikacją miejską itd. Osobiście lubię nosić nerkę w sposób mogłoby się wydawać nieprawidłowy, bo z przodu - w komunikacji i tłoku bezpieczniej i zawsze mam ją pod ręką i nie muszę się wyginać, by coś wyjąć. Zarówno z boku, z tyłu, jak i z przodu nosi się wygodnie, a zamek zapewnia wygodny dostęp jedną ręką.
Dzięki dość płaskiemu i podłużnemu kształtowi świetnie układa się na biodrze i nie przeszkadza podczas jazdy samochodem, rowerem itd., a jest naprawdę pojemna. Na pierwszy rzut oka wydaje się mała, ale przestrzeni we wnętrzu tyle, że naprawdę zmieści się tam praktycznie każde EDC.


Środek jest bardzo przemyślany, główna komora jest przedzielona, dzięki czemu tworzy przegródkę, która pomieści praktycznie każdy telefon, nawet te największe, jednocześnie wygodnie możemy go tam wkładać i wyjmować. Pozostałe miejsce w nerce zostało zaplanowane tak, by móc wygodnie zorganizować swoje EDC. Do dyspozycji mamy kilka gumek do zabezpieczenia naszych rzeczy (świetnie trzymają dowód rejestracyjny), natomiast na drugim boku (tym od strony biodra) mamy 3 kieszenie z gumy, które idealnie pomieszczą latarkę, multitoolla, zapalniczkę itd. Wszystko mamy na miejscu, nic nie lata i nie hałasuje. Ponadto w środku zmieści się dość spory portfel i klucze, a żeby nie latały po wnętrzu jest kółko, do którego możemy je podczepić.



W celu zmniejszenia jej taktyczności nie dodano panelu velcro na froncie, z jednej strony zabieg jak najbardziej popieram, ale teraz nie mam gdzie swojej narzepki nosić :( Specyfika produktu.



Ciekawym rozwiązaniem w nerce EDC ze Strider Adventure Gear jest możliwość noszenia jej na dwa sposoby. Pierwszy - klasycznie na pasku zapinanym klamrami, co ważne klamry mamy z każdej strony, czyli Ci co noszą na lewym, jak i prawym boku będą mogli łatwo i wygodnie zakładać i zdejmować. Pasek może wydawać się za cienki, by dobrze przenosić nieraz spore obciążenie. Jak wynika z mojego doświadczenia, nie tylko przy tej nerce, pas o szerokości 25 mm w zupełności wystarczy.
Drugim sposobem na noszenie jest zrywny panel PALS, dzięki któremu możemy nerkę zamontować, do torby, plecaka, czy innego wyposażenia w standardzie PALS. Dość fajne rozwiązanie, bo każdy może nere dostosować do swoich potrzeb.
Wadą jest jedynie to, że gdy nie nosimy nerki jako ładownicy na PALSACH, musimy zdjąć ten panel, gdyż ma ostre krawędzie i często tnie po brzuchu/boku, a ciuchy są poszarpane. Spora wada w momencie, gdy mamy na sobie jakieś termo z merynosa, a nerka nam podziurawi koszulkę.

Nera dobra i w mieście, i w lesie ;)

Sama jakość jest naprawdę świetna, jeden z najlepszych produktów, z jakimi miałem do czynienia, nie odstaje od czołówki customowych produktów. Mocne materiały, staranne szwy, nigdzie nic się nie pruje i nie odstaje. Mimo wypchania trzyma fason i nie gniecie. Klamry cały czas dobrze pracują i same się nie wypinają. Gumy wewnątrz nie rozciągają się nadmiernie, więc naprawdę co do jakości i wykonania nie ma zarzutów. W sumie jedyną wadą jest ostry panel PALS. Cena jest dość wysoka, jednak w porównaniu z podobnymi firmami porównywalna. Design produktów Strider Adventure Gear mi się podoba, prosty, bez udziwnień, pakowny itd. Jednak jak już słyszałem, wielu osobom się to nie podoba.
Według mnie naprawdę warto zastanowić się nad tą opcją do noszenia edecowych gratów ;)



sobota, 22 grudnia 2018

Jedzenie karpia - tradycja czy fikcja?

Dawno nic przyrodniczego nie pisałem, a święta się zbliżają, to zróbmy takie małe kombo świąteczno-przyrodnicze. Mało kto wyobraża sobie wigilijny stół bez tej ryby. O tym czy jest smaczna, czy nie rozprawiać nie będziemy, ale z pewnością część z Was jej nie lubi, a część wręcz przeciwnie, inni zjedzą kawałek, bo taka tradycja, ale czy na pewno?

Otóż nie do końca, fakt, że od kilkudziesięciu lat w mediach, na stołach, w sklepach króluje karp. Karp  przyrządzany na miliony sposobów wdarł się tak w naszą kulturę, jak Mikołaj wymyślony przez coca-cole.
Znalezione obrazy dla zapytania karp

Ryba, która wszystkim kojarzy się ze świętami Bożego Narodzenia jest dla naszej przyrody gatunkiem obcym, zawleczonym do Polski między XII a XIII w. przez Cystersów, którzy to właśnie na polskich ziemiach założyli pierwsze jego hodowle. Chyba każdy słyszał o Miliczu. Pomijając fakt, że w celu hodowli zniszczono lokalne środowisko, to jednak z drugiej strony powstały stawy, gdzie życie jest bujne i niezwykle ciekawe zarówno dla obserwatorów przyrody, jak i fotografów czy zwykłych turystów. Do lat 50. na wigilijnych stołach karp nie był widywany. Jedli go głównie Żydzi.



Mimo że karp był hodowany w Polsce już dawno, nie był uznawany za rybę świąteczna. Hodowano go i jedzono jako zwykły posiłek, bez jakichś specjalnych okazji. Oczywiście podczas Wigilii też trafiał na stół, ale zdecydowanie rzadziej niż np. śledź czy inne gatunki. Na wigilijne stoły w ilościach masowych zaczął trafiać w okresie powojennym, gdy były problemy ze zdobyciem czegokolwiek. PRL był ciekawym i nieraz kolorowym okresem, ale o przepych na stołach nie było tak łatwo. A o ryby było niezwykle trudno. Dlatego w okresie głębokiej komuny popularny stał się karp. Można powiedzieć, że komuna sprawiła nam tradycję karpia na święta, tak jak imperialiści czerwonego starszego pana, który przez komin przynosi prezenty ;)
A czemu akurat postawiono na karpia? Otóż ilość innych ciekawych gatunków była zbyt mała, by zaspokoić zapotrzebowanie, ponadto część ryb była po prostu nieosiągalna, a karp łatwy w hodowli, szybko rośnie, od lat związany z naszymi wodami, to też padło na niego. Do tego stopnia, że praktycznie wszystkie państwowe stawy zostały nim zarybione. Co więcej, partia wymyśliła hasło: KARP NA KAŻDYM WIGILIJNYM STOLE W POLSCE, gdyż zapewnić obywatelom rybę na stole raz w roku było zdecydowanie łatwiej niż na co dzień. Ludzie cieszyli się i z karpia, który przez wielu jest uznawany za rybę niesmaczną (zresztą sam zaliczam się do tej grupy), ale parafrazując na bezrybiu i karp smaczny. Problemy z dostępem do innych ryb i propaganda sprawiły, że karp się przyjął na dobre i dziś, mimo iż wybór gatunków jest naprawdę spory i tak większość Polaków nie wyobraża sobie świąt bez tej ryby. Śmiało można powiedzieć, że za czasów młodości naszych dziadków nie było tradycji jedzenia karpia w święta, ale czy jak od przeszło 40 lat karp gości na stołach, to nie mamy już do czynienia z tradycją?

Wesołych Świąt wszystkim i bogatego gwiazdora!







środa, 12 grudnia 2018

Helikon-tex EDC Insert Large

W życiu czasem przydaje się ład i skład, zwłaszcza przy szpeju noszonym na co dzień docenia się uporządkowanie go. Gdy potrzebujemy czegoś nagle, to nie ma czasu szukać w przepastnym plecaku czy torbie.

Z pomocą przychodzi nam EDC Insert od Helikona. Organizer, który pomieści wszystko, co nam w codziennym życiu potrzebne, latarkę, multitoolla, małą apteczkę, jakieś źródło ognia i co tam jeszcze mamy w EDC.
Tak samo świetnie się sprawdza jako organizer survivalowo-bushcraftowy. Zmieścimy w nim nóż, ostrzałkę, składany kubek, latarkę, jakiś notes, kuchenkę survivalową, krzesiwo, zapalniczkę itd., nawet krytyczną rację żywnościową, czyli mały zestaw survivalowy, w którym wszystko jest poukładane i na miejscu, dzięki czemu wszystko w krytycznej sytuacji mamy od razu pod ręką.




W zabezpieczeniu, zestawie EDC czy survivalowym musi być porządek, bo tu nie ma przelewek. W  EDC Insert dzięki wewnętrznym gumkom oraz kieszonce wszystko pięknie siedzi na miejscu.

Organizer jest zamykany na zamek YKK, dzięki czemu nawet luźno wrzucone przedmioty są zabezpieczone przed zgubieniem. Ja osobiście inserta używam na kilka sposobów. W plecakach trekkingowych, jak np. mój ukochany OSPREY AETHER czy Helikon SUMMIT, wrzucam go luzem do kieszeni w kapturze lub przy plecach, nie muszę szukać latarki pośród innych rzeczy tylko szybko otwieram organizer i wyjmuję latarkę czy co tam mi potrzebne. Fakt, podnosi to wagę, ale za komfort i zysk czasowy jestem w stanie te kilkadziesiąt dodatkowych gram przeżyć.


Natomiast w plecakach fotograficznych, w torbach, np. courier bag czy plecaku reinder montuję go za pomocą rzepa do panelu, zyskuję dodatkową kieszeń z organizerem. Panel w organizerze INSERT jest zabezpieczany patką z materiałem, gdy go oderwiemy czy wrzucamy do zwykłego plecaka, nigdzie nam się nie czepia, a po odchyleniu tego zabezpieczenia w moment możemy przyczepić go do  plecaków czy toreb wyposażonych w system Versatile Insert Systen.



Jakiś czas temu opisywałem nerkę FISH DRY PACK, która jest wodoodporna, ale we wnętrzu nie ma żadnych przegródek do organizacji naszych rzeczy, w niej też idealnie mieści się organizer w wersji large. Razem tworzą świetną parę na przygody nad jeziorem czy w dziczy ;)



Co do jakości wykonania, to jak to przy Helikonie zazwyczaj jest ona naprawdę świetna, dobrze zszyte mocne materiały, nie ma się co bać, że coś się rozwali. Wady żadnej nie zauważyłem, wszystko działa jak należy, nigdzie się nie zużył nadmiernie.
Warto się zaopatrzyć kiedy mamy problem z organizacją naszych bambetli w plecaku czy torbie, za nieco wygórowaną cenę otrzymujemy kawał przemyślanego i świetnie wykonanego produktu.