wtorek, 3 września 2019

Islandia - relacja cz.1 SNAEFELLSNES

Islandia, odległa wyspa, która cieszy się coraz większą popularnością - niestety. Ale dalej są miejsca, gdzie można cieszyć się dziką pustką i nie są to wcale miejsca odległe, miejsca trudno dostępne itd. Są piękne, ciche, dzikie i spokojne, kawałek od głównej drogi. W dużej mierze właśnie o nie oparliśmy swój tygodniowy wyjazd na tę wyspę.
Relację podzielimy na kilka części, bo widzieliśmy tyle, że ciężko byłoby to upchnąć na raz ;)

Pierwszą przygodą był dla nas sam lot. Pierwszy lot w życiu to ciekawe przeżycie, odnalezienie się w zasadach lotniska też :P Bez przygód po trzech godzinach lądujemy w Keflaviku. Uszy zatkane, więc ledwo słyszę, ale jakoś odnajdujemy się w korytarzach, odbieramy naszą torbę i idziemy na parking. Po chwili przyjeżdża po nas Mariusz z IceCar. Przyjeżdża busem, niebieskim renault traffic, a mieliśmy mieć kombi toyoty. Ale myślimy, może tym odbierają i pod bazą dostaniemy nasze kombi. Jedziemy pod Reykjavik. Tam się dowiadujemy, że właśnie busem będziemy podróżować. Myślę spoko, wygodnie będzie (zwłaszcza, że stawiamy na spanie w aucie). Żegnamy się z ekipą IceCar i ruszamy ku przygodzie.



Pierwsza Przygoda
Oddalamy się od miasta i trafiamy na pierwszy tunel, 6 km jazdy pod milionami ton skał i pod wodą fiordu. Wyjeżdżamy spod ziemi i dalej jedynką kierujemy się na zachód. Chciałoby się powiedzieć, że słońce chyli się ku zachodowi, ale jest już mega późno, a jasno jak w dzień - dzień polarny jest super! :D  Można zwiedzać dzień i noc, a właściwie dzień i dzień, ciekawe doświadczenie. Kolejny fiord pokonujemy już mostem i tankujemy w Borgarnes. Wyjście z auta to niezłe przedsięwzięcie. Wiatr nie pozwala otworzyć drzwi. Na szczęście jakoś się udaje.

Powtórka z walki z wiatrem, na szczęście w tę stronę łatwiej poszło. Szybka lokalizacja i ruszamy dalej, ale już nie jedynką, a drogą numer 54. Godzina późna, więc przydałoby się znaleźć miejsce na noc. Koło północy znajdujemy małą zatoczkę, gdzie da radę wjechać osiełkiem. By potwierdzić, że jest tam jasno jak w dzień, zobaczcie te zdjęcia! Zrobione z ręki o północy.


Na kolację lyofood i spać. Swoją drogą śmieszne jest to, że Islandia jest krajem, gdzie taniej wychodzi jeść lyofilizaty niż kanapki. Chleb kosztuje koło 20 zł + obkład, smarowanie i powiedzmy, że zamkniemy się w 30/40 zł, czyli danie typu strogonow będzie wychodzić taniej ;)


Leniwy poranek, podziwianie widoków i zaczynamy pierwszy pełny dzień na wyspie wikingów. Przemieszczamy się dalej na zachód i zjeżdżamy w bok wąska drogą, by na farmie pod kempingiem stanąć i ruszyć na mały trekking. Mały, bo zaledwie 2 godziny w dwie strony idzie się na krater Eldborg. Szlak nie jest oznakowany, ale ciężko się zgubić, jedyna ścieżka w lesie. Tak w lesie, bo mimo iż drzewa nie przekraczają 2, no może w porywach do 3 metrów to jest las na warunki islandzkie. Islandczycy mawiają: jeśli zgubiłeś się w lesie, to wstań z kolan.
Dużą atrakcją podczas trekkingu jest możliwość obserwacji ptaków. Pierwszy, jaki nam się napatoczył to sieweczka obrożna, miły mały ptaszek. Kolejnym gatunkiem i to już niezwykle dla nas ciekawym jest pardwa górska, uznawana za pyszną, przez co trafia na wigilijne stoły Islandczyków.  Co ciekawe okres polowań na nie przypada na miesiące zimowe, a pardwy w tym okresie maskują się idealnie, gdyż zmieniają upierzenie na białe!
Większość szlaku prowadzi po płaskim, natomiast jego końcówka zmienia się diametralnie i ostatnie kilkadziesiąt metrów idziemy ostro pod górę, momentami szlak posiada ułatwienia typu łańcuchy. Co przydaje się i to cholernie, gdyż szczyt krateru jest stromy.
Wskrabujemy się na górę i możemy podziwiać piękne widoki i wielką dziurę krateru, który powstał  6500 lat temu!! Wspinaczka niezwykle męcząca, a ten staruszek ma zaledwie 112 metrów. Poza widokami i spektakularną dziurą możemy oddychać czystym powietrzem i cieszyć się samotnością, gdyż na szlaku turystów zero. Jednak niedługo podziwiamy widoki, bo wieje tak, że łatwo byłoby stać się częścią krateru, spadając w dół.


Schodzimy i wędrujemy w kierunku auta. Dopiero kawałek przed parkingiem spotykamy 2 osoby. Wsiadamy do osiełka i ruszamy ku kolejnej przygodzie. Jednej z najważniejszych pod kątem fotograficznym na naszej trasie. Plaży, gdzie foki mają gdzieś turystów i można je fotografować i obserwować z bliska. Miejsca nieobleganego aż tak przez turystów i spokojnego. Dlatego pozwolicie, że nie podamy dokładnej nazwy plaży, ale jedynie to, że jest to na półwyspie Snaefellsnes.
Z asfaltu zjeżdża się kawałek szutrem, parking z małą liczbą aut i jednym autokarem. Nie jest tak kameralnie jak przy Eldborgu, ale nie jest też najgorzej. Ruszamy na spacer, z początku ptaki, fale i kamienie. Po chwili w oddali pojawia się jakaś foka. Nie jest źle, zwłaszcza, że czytaliśmy, iż czasem fok nie ma wcale albo trzeba czekać kilka godzin. Idziemy dalej brzegiem i za górką widzimy grupkę ludzi, a przed nimi foki. Nie dwie, nie trzy, a kilkanaście, po kilkunastu metrach widzimy ich jeszcze więcej.
Widok bomba, a gdy przeszło się przez kupę głazów, to były na wyciągnięcie ręki. Rzadko się zdarza, by wystarczył obiektyw 70-200, a tu w zupełności. Najbliżej kilka fok było 10 czy 15 m od nas!
Wylegiwały się, nic sobie nie robiły z naszej obecności, co więcej nic sobie nie robiły z obecności kilkudziesięciu turystów. Od razu przystąpiłem do robienia zdjęć, Ania obserwowała te spasione ssaki. Kilkadziesiąt minut obserwacji, fotografowania, w pięknej pogodzie to aż zbyt dobrze jak na Islandię. Dajemy fokom już spokój i wracamy na drogę. Warto też zwrócić uwagę na inne gatunki w tym miejscu, spora grupka krwawodziobów, edredony, sieweczki i jeszcze kilka innych, które nam uciekły :P


Po atrakcjach przyrodniczych przyszedł czas na atrakcje sakralne. Podziwiając piękne krajobrazy, dojeżdżamy do Budakirkja, malowniczo położonego czarnego kościoła. Specyfika Islandzkich kościołów jest zawsze taka sama, malutkie, mieszczące z 30 osób (w sumie po co więcej jak w wiosce mieszka 10  no czasem właśnie 30 os.), do tego zawsze z przodu mała wieżyczka, a pod nią wejście. Kameralne, często bardzo ładne nie tylko z zewnątrz, ale i wnętrza są zdobione w klimacie morskim, wielorybniczym itp.

Przy kościele malutki cmentarzyk i pierwszy owad. Trzmiel! Na Islandii są trzmiele, mocno się zdziwiłem - bo dotąd nic nie widzieliśmy, żadnego owada, poza kilkoma meszkami.


 Pogoda dalej nam dopisuje, co jest dziwne, gdyż nastawiliśmy się  na ciągły deszcz, armagedon, apokalipsę i ogólnie, że zbyt fajnie nie będzie, pogodowo oczywiście. Korzystając ze sprzyjającej pogody, kierujemy się na Arnastrapi, małej wioseczki, która już jest nieco oblegana przez turystów. Największą jej atrakcją, z naszego punktu widzenia, są wielkie klify. Miejsce fotogeniczne i obfitujące w liczne ptaki gniazdujące na potężnych pionowych ścianach. Gdy tak podziwiamy krajobraz, zaczepia nas para turystów i pyta czy w lornetce widzimy wieloryby, bo wydaje im się, że widzieli. Ja nic nie widziałem, Ania też, no ale w sumie szansa na zaobserwowanie tych ssaków istnieje. Nam jednak szczęście w tym aspekcie nie dopisuje. Na alei prowadzącej do platformy widokowej na klifach stoi potężna sylwetka człowieka-trolla. Swoją drogą super jest ten mistyczny i bajeczny klimat Islandii. Gdy legendy połączymy z krajobrazami, to dosłownie łatwo w te bajki uwierzyć. W bajki? ....



Kierując się dalej na zachód, robimy mały postój w zatoczce przy drodze, by przejść się nad jeziorko w kraterze. Szlak ciężko znaleźć z drogi, bo to cieniutka ścieżka, ale warto się zatrzymać i zrobić mały spacer.


Osiełek kolejny raz zatrzymuje się w Hellnar, gdzie jest kolejny kościół na naszej trasie, tym razem biały i w kiepskiej kondycji, gdyż cały spięty pasami, by się nie rozpaść. Widok ten smuci, chociaż sam kościół szału nie robi, jest z blachy. Z kościoła kierujemy się pieszo w stronę oceanu, by spojrzeć na klify z dołu. Słońce wyszło i zaczęło tak świecić i grzać, że tylko lekki wiaterek od wody ratował sytuację. Kierujemy się na plażę Djupalónssandur.


Wspomniana plaża jest ciekawa z kilku powodów i przez to już sporo turystów tam można spotkać, w tym pierwszy raz podczas wyjazdu spotkaliśmy tam Polaków. Plaża jest swoistym pomnikiem przyrody i historii. Dawno temu w jej pobliżu rozbił się statek, a jego szczątki leżą na plaży oraz w głębi lądu. Leżą tak od lat i mają zostać tam na zawsze, by ukazywać niebezpieczeństwo oraz siłę oceanu oraz upamiętniać ofiary tego żywiołu. Szczątki robią fajny klimat, niestety nie wszyscy turyści rozumieją powagę miejsca. Inną rzeczą sprawiającą, że plaża ta jest ciekawa i popularna jest to z czego się składa, masy okrąglutkich czarnych kamyczków. Bardzo przyjemna do siedzenia i odpoczywania. Zwłaszcza w temperaturze jaką mieliśmy, 28*C. Tak 28 na Islandii się zdarza, niestety, bo wolałbym te 15*C. Pamiętajcie, odwiedzając to miejsce, by nie zbliżać się zbyt do wody, gdyż wiele osób zostało tu porwanych przez fale.



Inną ciekawostką na Djupalónssandur są kamienie, które podobno sprawdzały czy z ciebie chłop, czy baba. Każdy kamień waży więcej, od 23 kg do ponad 150 kg. Im większy podniesiony, tym bardziej męskim się jest.


Po próbie męstwa ruszamy w klimaty polskie, bo na wyjątkową jak na Islandię piaszczystą plażę, żółtą, piaszczystą plażę! Mało turystów, widoki fajne, warto odwiedzić, kawałek od plaży znajduje się ciekawe, chociaż mało spektakularne i fotogeniczne miejsce, jakim jest studnia Irlandczyków. Niby nic takiego, dziura w ziemi. Ale zwieńczeniem studni jest szkielet wieloryba, a właściwie resztki szkieletu. Kawałek od głównej drogi, a turystów dosłownie zero, więc polecamy odwiedzić.


Uzupełniamy wodę na stacji. Woda na Islandii jest tak czysta, że można ją pić wszędzie prosto z kranu. A smakuje lepiej niż jakakolwiek woda, jaką dotąd piłem. Jadąc drogą, mamy okazję podziwiać wodospad, dziesiątki wodospadów na odcinku kilku kilometrów. Dosłownie droga wiedzie wzdłuż ściany, z której co kilka metrów cieknie woda, raz mocniej raz słabiej. W towarzystwie takich widoków docieramy na plan filmowy Gry o Tron, znów multum turystów. Kirkjufell to jednak flagowa atrakcja wyspy, więc nic w tym dziwnego. Góra fajna, wodospad też, ale zdecydowanie lepiej to wygląda na zdjęciach niż w realu. Fajny musi być szlak na szczyt, stromo, ślisko, a widoki z góry (o ile są) muszą robić wrażenie. Nas goni czas, więc ograniczamy się do podziwiania go z dołu i spaceru po okolicy wodospadów. Jest to pierwsze miejsce, gdzie widać sporo zapaleńców fotografii, statywy, obiektywy, obwieszeni sprzętem. I wtedy ogarnia Cie to uczucie, że nie jesteś osamotniony w swojej chorobie zwanej fotografią :V



Spod majestatycznego stożka udajemy się już na planowane miejsce noclegu. Miejsce, które potwierdza aktywność wulkaniczną Islandii, można to dosłownie odczuć na własnej skórze. Z głównej drogi odbijamy w szuter i docieramy na parking kawałek od źródełka. Tam kilka samochodów, a ludzi jeszcze więcej, ale głównie Islandczyków. Postanawiamy zrobić sobie najpierw przerwę, odpocząć nieco i przygotować jedzenie. Wiatr był tak silny, że auto się trzęsło i niósł tyle pyłu, że co chwila gasił i zapychał nam wielopaliwowa kuchenkę, musiałem schować się za kamieniem, by po jakichś 200 ml benzyny i 40 minutach walki rozpalić ją już tak, że nie musiałem stać nad nią i pilnować.
Pojedli, odpoczęli, koło 22 wszyscy odjechali, więc my ruszyliśmy na źródełko. Sami, cisza, spokój i 0*C. Dobrze, że woda miała koło 40*C. Chociaż rozebranie się i wskoczenie do wody łatwe nie było. Wyjście jeszcze gorsze.



Miejscówka naprawdę przyjemna, czyste kibelki, śmietnik, parking, zero syfu, piękny widok na Eldborg, a kawałek od parkingu opuszczony dom, w którym jacyś Islandczycy sobie biwakowali.  Tyle z półwyspu Snaefellsnes, na kolejną część naszych islandzkich przygód musicie chwilę poczekać. Ale warto, bo zabierzemy Was na Golden Circle