środa, 26 kwietnia 2017

Potrzeba posiadania nerki.

Pojawiła się u mnie po pierwszym konwencie survivalowym. Z torbą chodzić nie było zbyt wygodne, więc zostawiałam wszystko w namiocie. Biorąc pod uwagę, że raczej większością w takich miejscach się znamy, a ci, których nie znamy są w porządku, jakiejś kradzieży się nie obawiałam, traktując namiot jak dom w Danii -  otwarty, nie mój, nie wchodzę. Mimo wszystko zrodziła się potrzeba, żeby te najważniejsze/najpotrzebniejsze rzeczy mieć zawsze wygodnie przy tyłku.
Obchodząc wszystkie sklepy turystyczne w Poznaniu, w końcu znaleźliśmy nerkę, która mi odpowiadała.

Deuter Organizer Belt był najładniejszy ;), ale przede wszystkim funkcjonalny. Większość biodrówek jest do siebie strasznie podobna, więc to już kwestia gustu, co kto woli. Pojemnościowo to 1,8l, wystarczy na portfel, telefon, klucze, chusteczki, nóż, krem ;) i jakieś drobiazgi. Niestety w momencie, kiedy trzeba upchnąć też etui okularnika, telefon ląduje w kieszeni. Słowo klucz „organizer”. Są przegródki, przegródeczki, kieszonki, kieszoneczki, łatwo wszystkie pierdoły uporządkować. Wygląda na porządnie uszytą z mocnych materiałów - ballistic/microrip nylon. Od wewnętrznej odprowadzana wilgoć – faktycznie jest z tym nieźle. Minusik za lekko luzujący się pasek przy dłuższym noszeniu.



To super cywilna nera, idealna dla kobietki. Czasem jednak przydałaby się ciut większa. Mając model „turystyczny”, zaczęłam szperać w „krawiectwie taktycznym”. Ta za duża, ta za mała, ta za bardzo taktikul, ta brzydka… Konrad i mój Padre noszą Bandicoota… Fajowy, ale ma za długi pasek i zsuwa mi się z tyłka… W końcu zdecydowałam się na Spearpointa M.T.S.2. Prosty, ładny, wygodny, odpowiedniej wielkości, z możliwością dopasowania strony klamry i długości paska.



Spearpoint nie podaje pojemności, ale wydaje mi się, że jest to jakieś 2,5l, więc już naprawdę niezły nadupnik. Tutaj mieści się wszystko co potrzeba. 2 kieszenie, w dużej gumki dla organizacji (są też pod spodem nerki), duża osobna przegródka, pętelka do zaczepiania np. kluczy. Szeroki pas, mocna klamra, cordura - jest jakość. Jedynie cena trochę powala, biorąc pod uwagę konkurencję. Wersja podstawowa nie ma rzepa. Kiedy potrzebuję mieć pod ręką więcej rzeczy, a nie mogę wziąć torby, to jest to dobra opcja. I nawet pasuje do sukienek i spódniczek ;)



Foka z buszu.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dni Ułana

Wczoraj nie było  nas w lesie, bo udaliśmy się razem z Anią na obchody Dni Ułana - super sprawa, fajny sprzęt wojskowy, rekonstrukcja bitwy z 1939 roku, jak co rok bardzo fajna impreza na wysokim poziomie. To łapcie trochę fotek ;)

















piątek, 21 kwietnia 2017

Etyka w fotografii przyrodniczej

Fotografia to nic innego jak zatrzymanie chwili. Często ta chwila ujęta w kadrze jest niezwykle intymna, dotyka sfery prywatnej czy też jakiegoś tabu. To jednak ma się bardziej do fotografii społecznej, podróżniczej, w której występują nieco inne aspekty etyki. Niezwykle ważna jest i etyka w przypadku fotografowania natury, zarówno ożywionej jak i martwej. W przypadku fotografii ludzi ryzykujemy atakiem na nas, krzywym spojrzeniem, no i oczywiście zranieniem czyichś uczuć, człowiek może się obronić, a natura już niekoniecznie. Brak etycznego podejścia może zniszczyć kruchą i delikatną naturę.


Najbardziej niewłaściwe podejście widać w rezerwatach oraz parkach narodowych, gdzie ludzie złażą ze ścieżek, by tylko zrobić fotkę jakiegoś kwiatka czy co jeszcze gorsze uczapić dupsko na stanowisku krokusów czy innej cennej flory.
Bardzo dobrze to widać między innymi w rezerwacie Śnieżycowy Jar - tam to dosłownie sajgon, samowolka i destrukcja w celu zrobienia zdjęcia srajfonem. Człowiek, zwracając uwagę ryzykuje pobicie i rzucenie uroku przez takiego barana. A najkomiczniejsze jest to, że ma kwiatki na wyciągnięcie ręki, ale nie, bo w myśl zasady: rozdepczę ileś i dopiero zrobię zdjęcie. Naprawdę momentami ręce opadają.



To o co chodzi z tą etyką w fotografii przyrody? Na czym ona polega?

Można pisać bez końca, najlepiej wypunktować takie podstawowe zasady:
  • Zachowujemy kulturę - jesteśmy gośćmi w domu zwierząt
  • Nie zmieniamy krajobrazu - nie wycinamy/wyrywamy patyków, krzaków, drzewek itd.
  • Nie fotografujemy gniazd i piskląt (zależnie od gatunku)
  • Nie fotografujemy z bliska, nie podchodzimy, nie dotykamy itd. młodych zwierząt.
  • Nie wchodzimy w cenne siedliska (nie rozdeptujemy roślinności)
  • Respektujemy zakazy - zakaz wstępu to nie wchodzę, nie rozdeptuję itd.
  • Nie płoszymy zwierzyny - to chyba logiczne
  • Nie budujemy wielkich konstrukcji itd.
  • Ograniczamy nasze wszelkie oddziaływania na środowisko
  • Nie śmiecimy 
  • Dbamy o prawdziwy i realny przekaz
  • Nie fałszujemy obrazu
  • Traktujemy fotografowany obiekt z szacunkiem
  • Powinniśmy dawać dobry przykład innym fotografom
  • Powinniśmy negować tych, którzy źle robią
  • Powinniśmy nieustannie doskonalić swoje zdolności 
  • Ograniczamy obróbkę do minimum, tak by nie modyfikować prawdziwego obrazu

Oczywiście to tylko mały procent zasad etycznej fotografii przyrodniczej, jest to wyciąg tych najważniejszych. Stosując się do nich możemy fotografować z czystym sumieniem i być dumni, że focimy z klasą ;) Natomiast aspekt etyki w fotografii społecznej itd., to sprawa na osobny post ;)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Wiewiórka Ruda

Święta z zającem się skończyły, to dziś lajtowy wpis o innym sympatycznym stworku, jakim jest wiewiórka. Chyba nie ma osoby, która na hasło wiewiórka się nie uśmiechnęła czy też nie wiedziała o czym mowa. Pospolity gryzoń, którego z łatwością  można spotkać praktycznie w każdym parku, skwerku zieleni


Wiewiórki pospolite są rude z góry, mają białą szyję oraz podbrzusze, uszy zakończone pędzelkami, jednak najbardziej charakterystyczną częścią jest puszysty rudy ogon, który w czasie biegania i skakania po gałęziach ułatwia kontrolę nad lotem. Samo ciało wiewiórki to około 20-30 cm, a to tylko długość korpusu bez ogona, który mierzy około 25 cm.
Taka rudzinka w ciągu roku potrafi odchować nawet trzy mioty małych (średnio w miocie +/- 7 małych). Po ciąży trwającej około 40 dni matka zajmuje się młodymi przez około 8 tygodni, w tym czasie uczy je życia ;)


Głównym żarełkiem wiewiórek są różnego rodzaju roślinki, nasionka, orzeszki, ale i grzyby, nie pogardzą też jakimiś robakami. Z racji diety wiewiórki zaliczają się zarówno do drapieżników 1 jak i 2 rzędu.


A gdzie taka wiewiórka mieszka, gdzie ma swój domek? 
Pokutuje przekonanie, że gryzonie te żyją w dziuplach. Owszem w okresie zimowym zamieszkują dziuple, gdyż drewno świetnie zabezpiecza je przed mrozem i złą pogodą. Jednak głównie dziuple wykorzystują na magazyny orzeszków, które uwielbiają.
Bardzo często wiewióry korzystają z cywilizowanych udogodnień jakimi są budki lęgowe, fajne, przestrzenne i darmowe M4. Typowym i wręcz podstawowym i naturalnym domkiem dla nadrzewnych gryzoni są gniazda. Samiec wraz z samicą przed okresem lęgowym poświęcają się na rzecz budowy (często nawet budują kilka takich mieszkanek). Gniazda tworzą podobnie jak ptaki, jednak są one dużo bardziej komfortowe, gdyż mają materac z mchu. Cała konstrukcja jest skrupulatnie maskowana listkami i igłami w celu zniknięcia w koronie drzew. Często też wiewiórki wykorzystują już istniejące ptasie gniazda, przerabiając je pod swoje wymagania.



Tak jak wspominałem, korzystają one z kilku gniazd, jedno z nich to podstawowy domek, kolejne to spiżarnia, a następne to zapas lub zmyłka dla drapieżnika.
Takie wiewiórcze gniazdo ma kulisty kształt, wygląda nieco jak piłka z patyków, liści itd. gdzieś w koronie drzewa.


Każdy ma swoich wrogów. I wiewiórki często są zmuszane do walki z kotami domowymi (jak nazwa wskazuje domowymi, a nie leśnymi, więc pilnujta swych pupili). Natomiast z naturalnych wrogów często do gniazd próbują się dostać kuny czy też ptaki drapieżne. Największym zagrożeniem dla naszego rodzimego rudzielca jest wiewiórka szara, która przywędrowała ze Stanów, jest większa, jak nazwa wskazuje szara i po prostu zbytnio konkuruje z naszą o pokarm przez co ruda ma problemy ze zdobyciem jedzonka oraz - jak nie trudno się domyślić -, zajmuje teren rudej.
Bardzo dużo tej szarej występuje w Izerach, tam dosłownie więcej czarno-szarych niż rudych, i w miastach, osadach, i w lesie. Dowodem na to, że szara to wredota jest fakt, że wyparła praktycznie całkowicie rudą z Wielkiej Brytanii!! Oczywiście sama się tu nie dostała, została przywieziona przez głupotę ludzką.


Geniusz wiewiórek?
Jak myślicie, zwierzaki są mądre czy nie?

Ja tu nie mam zawahania i zawsze powtarzałem, że są mądrzejsze od znacznej części ludzi. A na czym polega geniusz wiewiórki? Chociażby na zdolnościach oglądu przestrzeni, dzięki któremu może błyskawicznie się poruszać w koronach drzew. Ale jest coś jeszcze lepszego, gryzonie te umieją suszyć grzyby!! Tak, dobrze czytacie, suszą grzyby, zrywają takiego grzybka, zanoszą na gałązki w okolicy gniazda i czekają aż przeschnie, gdy będzie już suchy zjadają go ze smakiem.

Ciekawostką jeszcze jest, że w Polsce występują inni krewni tej nadrzewnej rudzinki, mianowicie suseł, świstak - ale jak zapewne wiecie one stronią od drzew i krzaków, po prostu wybrały naziemny tryb życia ;)

piątek, 14 kwietnia 2017

Czapka Carhartt Watch Hat

Jak wiadomo, głowa to rzecz ważna i trzeba o nią dbać. Latem, by nie przegrzać, a zimą, by nie zmarznąć, z doświadczenia wiem, że zawsze warto mieć w plecaku czy torbie jakąś cieplejszą czapkę. A to dlatego, że wieczorem na biwaku i to nawet w + temperaturach warto założyć coś na makówkę dla zwiększenia komfortu - dogrzanie głowy pozwala nam zabrać cieńszy polar lub cieniej się ubrać, niby nic, a jednak grzeje mocno. A czapka waży mniej od ciepłego polaru ;)


Testowałem, używałem dziesiątków czapek, ale ciężko było znaleźć taką, która będzie miała odpowiednie parametry: waga, jakość i ciepłota, a do tego wygląd. I jakiś czas temu wpadła mi w ręce czapa Carhartt Watch Hat - niby czapka jak czapka i to nie z wełny tylko z poliakrylu. Na pierwszy rzut oka to wowoow jaka fajna, super wygląd i design, ale patrzę na metkę i widzę akryl to pewnie lipnie z termiką będzie. Na szczęście się myliłem, bo czapka zaskoczyła mnie miło. Z metki też się dowiedziałem, że jest to produkt Made in USA.
Mała po zwinięciu, no dobra nie najmniejsza, ale dość mała. Z punktu widzenia survivalu, turystyki czy po prostu człeka chcącego dobrego i ciepłego nakrycia niezwykle ważna, a w sumie najważniejsza jest termika.


Powiem wam, termicznie bajka, nie za ciepło, nie za zimno lecz w sam raz. W temperaturach do -15*C jest naprawdę przyjemnie, fakt, że przewiewa, ale to nie przeszkadza zbytnio. Przynajmniej nadmiar potu jest wydalany szybciej. Natomiast w temperaturach bliżej zera stopni i nawet powyżej, dalej jest dość przyjemnie, przy marszu za ciepło, ale w trakcie postoju bajka.
Mimo że jest ona zrobiona z plastiku, to czapka nawet całkowicie przemoczona grzeje, co jest niezwykle ważne w ciężkich warunkach i doceni to każdy, kto przemókł podczas wędrówki, a musi jeszcze rozbić obóz.


Czyli termika jest naprawdę spoko, tak samo oddychalność, czapka nie ma najmniejszego problemu z odparowywaniem nadmiaru wilgoci. Oczywiście w wyższych temperaturach nieco bardziej się będzie przepacać, no ale to dość logiczna sprawa.


Co do komfortu noszenia, to Carhart Watch Hat to naprawdę wygodne nakrycie głowy, ciepłe, elastyczne, dobrze dopasowuje się do głowy, te czynniki sprawiają, że  to fajna opcja na chłody.
Z punktu widzenia survivalu ten wywijany materiał tworzy idealną skrytkę na: worek na śmieci, jakąś małą zapalniczkę itd. Może i przez to czapa gorzej wygląda i oddycha, ale zawsze można sobie zrobić taki zestaw survivalowy na głowie, co może nieraz nam uratować lub umilić walkę o przetrwanie.


Nigdy nie może być tak, że coś jest w 100% idealne, tak i tu jest pewna wada,  czapka potrafi się przekręcać i nieco zjeżdżać - jednak nigdy nie zjechała mi aż na oczy. Jest to momentami bardzo upierdliwe, ale na szczęście nie wpływa na parametry użytkowe.

 Carhartt Watch Hat to naprawdę fajna opcja na czapkę w teren i do miasta. Chodziłem w niej dzień w dzień i w terenie, i w mieście przez całą zimę, obecnie leży w plecaku na wieczory przy ognisku. Dość przystępna cena (65 zł), jakość wykonania, termika i fajny wygląd sprawia, że jest to moja ulubiona czapka. Owszem ma wadę, że potrafi się przesuwać czy obracać, ale mimo to polecam. Warto też wspomnieć, że jest dość duży wybór kolorów, więc każdy znajdzie coś dla siebie ;)




wtorek, 11 kwietnia 2017

Terenowa Apteczka Ziołowa

To, że koncerny farmaceutyczne rżną nas w cztery litery to sprawa oczywista. To, że lekarze często wcale nam nie pomagają to też powszechnie znany fakt, dlatego zawsze byłem zwolennikiem medycyny naturalnej. Czosnek, jakieś ziółka, herbata z cytryną, miód itd., ale moja wiedza szerzej nie sięgała. Tu z pomocą przyszła nowość na rynku, czyli Terenowa Apteczka Ziołowa Bartosza Jemioły, którego część z was może znać z YT. Książka wydana przez wydawnictwo Pascal w cyklu "sztuczki survivalowe", powiem wam, że tak jak poprzednie publikacje z tej serii zostawiają sporo do życzenia to Terenowa Apteczka jest naprawdę świetna.



Dzięki kompaktowym rozmiarom, możemy ją mieć zawsze przy tyłku, dzięki czemu w terenie będziemy w stanie sobie czy też komuś innemu pomóc w razie przeziębienia, ran, sraczki, czy innych problemów, które można napotkać na szlaku.

Fajną sprawą jest poświęcenie uwagi typowo kobietom, gdyż są tam przedstawione zioła i roślinki, które pomagają przetrwać okres. Przedstawione są 2 przepisy, zawsze coś. [Foka zazwyczaj pija samą miętę i wystarcza, więc jeśli napar wzbogacić o podane składniki da radę w gorszych momentach].

Mimo swoich rozmiarów, książka dokładnie porusza tematy różnych urazów i w wystarczający sposób je opisuje. Terenowa Apteczka Ziołowa podzielona jest na podrozdziały, opowiadające o tym jak walczyć z ranami ciętymi, złamaniami, bólem zębów, urazami oczu itd. Wszystko czytelnie zapisane, przystępnym językiem i w przyjemnej czcionce, nie za małej i nie za dużej ;)

Poza urazami jest jeszcze co nieco na temat higieny w terenie. Może nie jest ona najważniejsza, jednak dobrze jest raz na jakiś czas odświeżyć się, coby ludzie np. w pociągu od nas nie uciekali ;)

Gdyby tego wszystkiego było mało, w publikacji PASCALa mamy też zawartą tabelę, kiedy szukać danych roślin oraz jak można je wykorzystać w buszmeńskiej medycynie. Jest to niezwykle praktyczne i znacznie usprawnia korzystanie z książki.
Dla ułatwienia rozpoznania gatunków na końcu mamy serię kolorowych zdjęć z podpisami co jest co, jednak lepiej by było, gdyby zdjęcia były umiejscowione przy konkretnych medykamentach. Jest to jedynie mały minusik, przy ogromie plusów.



Na uwagę zasługuje fakt, że jest to dość nietypowa publikacja, gdyż wykorzystuje rzeczywistość poszerzoną. Polega to na tym, że ściągamy apkę PASCAL AR z Google Play i skanujemy smartfonem czy tabletem stronę, a aplikacja odsyła nas do filmiku uzupełniającego treść z książki. Bardzo fajne i ciekawe rozwiązanie, trudno w terenie o oglądanie filmików, ale w domowym zaciszu można sobie pooglądać co nieco o ziołolecznictwie.
Aplikacja działa płynnie, nie zacina się, filmiki nie tną i są ciekawe. Wprawdzie wolę książki w 100% papierowe, bez tej całej techniki, ale nie mogę nie przyznać, że pomysł poszerzonej rzeczywistości jest naprawdę spoko i dzięki niemu mamy kompendium wiedzy na temat lecznictwa w terenie.

Na okładce natomiast mamy nadrukowaną miarkę, która ułatwi nam zbiór roślin czy też inne działania terenowe, gdzie miarka się przydaje.
Z czystym sumieniem można polecić Terenową Apteczkę Ziołową każdemu bushcrafterowi, survivalowcowi, turyście czy też zwykłemu szaremu Kowalskiemu, bo nigdy nie wiadomo co nas spotka w życiu.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Buszmen na Tropie: Żurawia

Kolejny Buszmen na Tropie, tym razem dość krótki ale za to treściwy odcinek o żurawiu, który sam podszedł nam pod nos i pięknie krzyczał.

Tak więc miłego seansu ;)

sobota, 8 kwietnia 2017

Suszona wołowina od The Meat Makers Polska

Każdy facet żre mięso, no dobra nie każdy, ale każdy prawdziwy facet ceni sobie nieco białka zwierzęcego w codziennej diecie. Zwłaszcza na szlaku niezwykle istotne jest kaloryczne i smaczne jedzenie. Świetnym sposobem na zaspokojenie głodu na trasie jest suszona wołowina. I tu mamy dwa wyjścia, albo robimy sami, albo kupujemy jakieś gotowe produkty. Wybór jest dość duży, jednak jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym wyjściem z tych gotowych jest wołowinka i nie tylko od The Meat Makers - Polska.


Atutem suszonego żarcia od tej polskiej firmy jest duży wybór różnych smaków i różnych gatunków mięs.
Wołowina i indyk w wielu różnych wariacjach, np. pieprz z cytryną, czosnek i miód, musztarda z miodem i wiele innych. Co ciekawe, w ofercie mają też suszone mięso ryb, nie jadłem, ale stawiam, że dość dobre powinno to być.


Co do wołowiny i indyka to każda kombinacja jaką smakowaliśmy, a było ich trochę, jest naprawdę dobra, wszystkie były smaczne, a konsumpcja tego mięska niezwykle przyjemna i dająca powera do dalszego marszu.
A chyba najlepszym smakiem jest indyk z miodem i musztardą, smak boski. Lekko ostry i zarazem lekko pikantny, no niebo w gębie, czy jak powiedziałby klasyk z Kopsnij Drina Niebo w ziemi.




Ale żeby nie było inne smaki też są naprawdę dobre, a to co łączy wszystkie mięsa z oferty The Meat Makers - Polska to struktura mięsa, nie jest za suche, ani nie jest za wilgotne, i dosłownie rozpływa się w ustach. Szczęka nam się jakoś specjalnie nie męczy podczas jedzenia, co w przypadku wielu wołowin takie oczywiste już nie jest. Tu bezproblemowo włókna się oddzielają i możemy cieszyć się smakiem, bez nadwyrężania szczęki.


Poza smakiem i innymi odczuciami sensorycznymi podczas konsumpcji żarełko to ma dość sporą zaletę w stosunku do konkurencji, a jest nią cena. Za 40g paczkę musimy dać około 14zł. Nie jest to mało, ale i nie jest najwięcej. Stosunek jakość do ceny jest naprawdę optymalny. Oczywiście taniej zrobić samemu, a przygotowanie jest sporą frajdą, jednak nie zawsze mamy możliwości, by się pobawić w suszenie i wtedy taki indyk czy wołowina od The Meat Makers to naprawdę dobra opcja.

Fakt, że paczki są dość małe, można nawet powiedzieć, że za małe. Gdyż 40g to zaledwie przekąska na szlaku, ale jako dodatek do zupy, czy też jako zagryzka podczas marszu w zupełności starczy, ale by się najeść to taniej i lepiej samemu wysuszyć. Przydałyby się opakowania tak po 100/200g - byłaby to optymalna wielkość na wypady jako przekąska i dodatek do kolacji, obiadów itd.

Dużym plusem produktów The Meat Makers jest  fakt, że są to w 100% naturalne składniki, bez jakichś chemicznych dodatków.

Wad w sumie nie ma, smaczne, dobra konsystencja, cena też całkiem całkiem, nic tylko jeść ;)
Jedyne co mnie tu dziwi - na opakowaniach podane jest by zjeść w ciągu 48 godzin od otwarcia. Suszona wołowina zazwyczaj może naprawdę długo leżeć na powietrzu i to nawet kilka miechów, a tu max 48h. Dziwne, może takie zabezpieczenie producenta w razie co. Ja po tygodniu od otwarcia jadłem i nie skończyłem na tronie, ani żadnych perypetii z tego powodu nie miałem. Więc nie przejmowałbym się zbytnio tym ostrzeżeniem na opakowaniu. Jeśli nie zjemy od razu, to możemy na kolejny weekend zostawić ;)

Tak więc można z czystym sumieniem polecić suszone mięso od The Meat Makers dostępne w sklepie BASTRUMA