poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Zakaz wstępu do lasu

Kilka informacji od nas na temat wprowadzonego wątpliwie legalnego zakazu wstępu do lasu. W opisie filmu na YT macie opis podstaw prawnych :)


środa, 1 kwietnia 2020

wtorek, 24 marca 2020

Ferie w Borach Tucholskich

Żywot nauczyciela nie jest taki zły, bo są ferie zimowe, natomiast z racji zmian klimatu ferie powinny się nazywać jesienne, deszczowe, chlapowe czy jeszcze inaczej, opisując paskudną niezimową aurę jaka ostatnio jest w każde ferie...


Korzystając z ferii w szkole Ani, ruszyliśmy w las. Tym razem padło na Bory Tucholskie, a dokładniej okolice Tlenia, gdzie jest kilka obszarów pilotażowych do biwakowania.

Koło południa dojechaliśmy na parking nad Wdą w Bedlenkach, ruszyliśmy w mżawce szlakiem. Pierwszą atrakcją na naszej marszrucie był wielki kamień narzutowy. Wysoki na 3 metry, o obwodzie 25 metrów! Głaz nosi dwie nazwy, albo św. Wojciecha, bo podobno prawił tutaj kazania, albo diabelski kamień. Legenda głosi, że diabeł chciał przejść przez Wdę, ale była za szeroka, więc postanowił wrzucić głaz i przeskoczyć po nim na drugi brzeg, gdy już był prawie na miejscu wyszło słońce i przypaliło skubańca, wtedy porzucił kamień i uciekł gdzie pieprz rośnie.

Następnie powędrowaliśmy w stronę miejscowości Żur, niestety znaczna część trasy wiodła asfaltem, co było skrajnie nieprzyjemne dla stóp, ale co zrobić jakoś trzeba dojść do celu. Już po zmroku dotarliśmy do żółtego szlaku, gdzie nad Wdą postanowiliśmy się rozbić.


Noc była ciepła, ale na zmianę deszcz, wiatr i to skrajnie silny, śnieg z deszczem itd. Całą noc szarpało tarpem. Co ciekawe rankiem był przygnieciony dość grubą warstwą mokrego śniegu, a dookoła obozu było nawet miejscami z 2 cm śniegu :P


Aura całkiem przyjemna, szlak w scenerii lekko zimowej był naprawdę urodziwy. Żółty szlak wiedzie brzegiem rzeki, kręta ścieżka nad szeroką Wdą to naprawdę cudne miejsce do wędrówki.


Mimo niezgodności szlaku w terenie ze szlakiem na mapie, przyjemnie pokonywaliśmy kolejne kilometry, podziwiając piękno Borów Tucholskich, zwłaszcza że wędrowaliśmy wąskimi ścieżkami, jarami, mostkami nad bagniskiem czy nawet musieliśmy przejść strumień w bród, szlak po prostu jest dziki, ale dobrze oznakowany. 
Bez większych przygód w zmiennej aurze dotarliśmy do Tlenia, gdzie okazało się, że mamy jeszcze do przejścia więcej kilometrów niż zakładaliśmy, a pora coraz późniejsza. Postanowiliśmy trochę przeskoczyć... W około godzinę i 3 samochody zrobiliśmy jakieś 25 km :D Taka magia.
Zanim udaliśmy się w las na biwak, odwiedziliśmy kładkę nad Wdą przy Leosi. Kładka jak kładka, ale rzeka tam ma charakter górski i robi wrażenie nawet w deszczowej szarówce. Obok kładki jest pomnik JP II, co ciekawe wiata i poletko przed nim są na mapie oznaczone jako miejsce biwakowe,  spoko baza na nockę podczas spływu. Ruszyliśmy z powrotem i już po ciemku rozbiliśmy się w lesie, pogoda w kratkę, ale źle nie było. 



W deszczu doszliśmy do buszmobilu i ruszyliśmy jeszcze do rezerwatu Cisów Staropolskich. Pogoda nie rozpieszczała, dojechaliśmy... i co się okazało? Rezerwat z racji kiepskiego stanu drzewostanu zamknięty, nie ma zwiedzania :( Zmuszeni zadowoliliśmy się małymi ciskami, wróciliśmy do auta i tak zakończyliśmy ten zimowy, jesienny biwak. 






czwartek, 5 marca 2020

Islandia Fiordy Wschodnie

Onieśmieleni pięknem lodowca wjeżdżamy na wschód. Fiordy Wschodnie to niezwykłe miejsce, zupełnie inne niż wszystko wcześniej. Z początku jedziemy w scenerii podobnej, łąki, pastwiska, skały, ale czuć inny klimat. Pierwszy postój robimy na poboczu w malowniczej dolinie. Nie nas jednych zmusiła do zatrzymania, kilka osób fotografuje, inni podziwiają. Klimatu dodają owce pasące się na torfowisku. Co ciekawe owiec na Islandii jest około 900 tysięcy, a ludzi nieco ponad 300 tyś i w tym podobno około 10% to Polacy.



Po pewnym czasie wjeżdżamy do wnętrza ziemi i prujemy kilka kilometrów tunelem. Strasznie nieprzyjemny do jazdy, ale świat po drugiej stronie góry jest wart tej męczarni. Zaraz za tunelem jest pomnik, instalacja, nie wiem jak to nazwać. Czerwone krzesło na skale. Niby nic, ale fajnie usiąść na takim tronie z pięknymi widokami ;)


Po chwili jedziemy klifem, po lewo potężne góry, po prawo przepaść i ocean. Do tego mega kręta trasa, chmury bądź mgła ograniczająca widoczność praktycznie do zera. Dodając silny wiatr z przodu, nie było lekko, ale osiełek dzielnie parł ku przygodzie.


Czas nas gonił, więc zwiedzanie ograniczyliśmy tylko do rybackiej wioski Djupivogur. Mała osada, ale z bardzo ciekawą atrakcją. Mieszkaniec wyrzeźbił w kamieniach w powiększonej skali jaja gniazdujących w okolicy ptaków. Mało popularna atrakcja, a robi wrażenie, poza skalą to oddanie kolorystyki jaj!


Przez przypadek dotarliśmy do galerii osobliwości. Mieszkaniec osady prowadzi specyficzne muzeum natury i sztuki, sam wytwarza wiele elementów wystroju z kości, drewna itd. Część wystawy składa się ze szkieletów zwierząt. Miejsce ciekawe i to bardzo, eksponaty na zmianę budzą zachwyt i przerażenie. Według nas obowiązkowy punkt do odwiedzenia, mało turystów, a miejsce zupełnie inne, tak jakby czas tu się zatrzymał. I nie bójcie się właściciela, wygląda jak szaleniec, ale jest sympatyczny ;)


Niestety czas jest nieubłagany. Musimy zawracać.


Jedziemy jedynką i zatrzymujemy się już tylko w miejscach, gdzie przedtem pogoda była tragiczna lub mamy na tyle czasu, że możemy jeszcze raz napawać się pięknem Islandii. Ponownie odwiedziliśmy diamond beach. Pogoda była piękna, słońce, ciepło (jak na lodowiec), więc nie mogliśmy odpuścić zobaczenia w takiej aurze brył lodu.


Nieprzewidzianą atrakcją okazało się wyrzucone na brzeg cielsko, jakiegoś chyba morświna, nie mieliśmy okazji zobaczyć żywych w wodzie, to Islandia obdarzyła nas padliną na plaży.



Korzystając z pięknej pogody, odbiliśmy kawałek od głównej drogi, by zobaczyć jedno z najpiękniejszych drzew na świecie i faktycznie fajnie wygląda, a wszechobecne owce dodają tylko uroku miejscu, w którym kiedyś tętniła życiem farma, po której dziś zostały tylko kamienne murki, owce i furtka. Bardzo fajną rzeczą na Islandii jest to, że władze, jak i mieszkańcy dbają o swoją historię i pielęgnują pamięć o tym, co minęło.



Pogoda dalej zaskakuje, cały czas przemieszczamy się w pięknej aurze. Jadąc na wschód, przy drodze mijaliśmy dziwną konstrukcję, instalację z metalu, tym razem postanowiliśmy sprawdzić, co to takiego. Okazało się, że to pozostałości po potężnym stalowym moście, który nie przetrwał spotkania z rwącą rzeką, która znacznie przybrała z powodu erupcji wulkanu, poza wodą, rzeka niosła kamienie, żwir i wielkie kawały lodu. Ten pomnik pokazuje, jaką siłę ma natura, że tak naprawdę jesteśmy przy niej słabiutcy ;)


Korzystając z pogody aż za dobrej jak na islandzkie warunki, docieramy ponownie do poletka pełnego kopców z kamieni - Laufskálavarða.


Po krótkim spacerze w upale, ruszamy dalej, by wejść na  Hjörleifshöfði - zieloną wyspę pośrodku czarnych piasków. Mimo niskiej wysokości to podejście daje w kość, duża wybitność potrafi zmęczyć. Najfajniejsza była wędrówka podczas soczystej zieleni i piękne widoki. Na szczycie jest grób wikinga, przynajmniej tak głosi legenda. Chodząc ścieżkami, można dotrzeć do pozostałości po farmie czy nawet kilku z minionych lat.
Szlakiem możemy obejść całą górę i dotrzeć do jaskini, szału ona nie robi, ale warto odwiedzić będąc tam.


Odbijamy na Dyrhóael, by spróbować upolować maskonura w lepszej pogodzie niż ostatnio. I wiecie co? Udało się! Najpierw łapcie zdjęcie z poprzedniej wizyty w tym miejscu.


Wtedy lało, wiało, pogoda była straszna, ale tym razem znów Islandia uśmiechnęła się do nas i taki oto mamy efekt:


Ruszamy dalej na zachód, pogoda nieco odpuszcza, ale dalej nie pada! Zatrzymujemy się na chwilę przy wodospadzie Skogafoss. Przez spore opady w głębi kraju stracił na uroku, bo woda stała się błotnista.
Kawałek od niego zatrzymujemy się przy jaskini z fasadą. Na Islandii sporo ludzi do dziś żyje w jaskiniach i mają tam naprawdę przytulne gniazdka. Tu akurat jaskinia niegdyś pełniła funkcję owczarni, obecnie jest atrakcją przyrodniczą, bo na ścianach i sklepieniu jest mnóstwo paproci, klimat i magia tego miejsca są nie do opisania. Co ciekawe jest też legenda o duchach które straszą w tym miejscu ;)

 

Po duchach i paprociach przyszedł czas na staniki. Na płocie jednej farmy kobiety z całego świata wieszają swoje staniki i już nazbierała się ich całkiem spora kolekcja. Poza stanikami widać również męski wkład w postaci bokserek i skarpet :P


Ten dzień kończymy w całkiem przyjemnej pogodzie na darmowym kempingu - Gata free camping. Polecamy miejsce, kawałek od Keflaviku, darmowe, kibelek i kuchnia ogólnodostępna, jedynie trzeba za prysznic płacić. Do tego sklep ze starociami i wełnianymi wyrobami, przemili właściciele, naprawdę warto tam się zatrzymać.




Ostatni dzień na wyspie był typowo islandzki, pogoda straszna, deszcz, mgła, wiatr, ale to i tak nas nie powstrzymało przed wykorzystaniem czasu na maksa :D
Pierwszym celem były pola geotermalne Krysuvik, ciekawe miejsce, ale z pewnością nie dla ludzi z wrażliwym węchem ;)


Dalej zbliżając się do końca naszej podróży, dotarliśmy do źródeł Gunnuhver. Z tego co pamiętam jest to największe źródło geotermalne na Islandii. I robi wielkie wrażenie, potężne jezioro, cały czas to z lewa to z prawa bucha para, wrzątek bulgocze i wali siarka oraz inną chemią. Tu podobno można spotkać ducha wiedźmy, która zamieszkiwała te tereny.
Co ciekawe poza wiedźmą mieszkali tu też ludzie i to w XX w. Wybrali ten teren na swój dom z racji wyższej temperatury, dzięki której łatwo było uprawiać jedzonko itd. Obecnie w miejscu, gdzie stał ich dom jest krater z wrzątkiem.


Idąc dalej przez dosłownie cmentarzysko rybitw popielatych, dotarliśmy do jednej z popularniejszych wśród Islandczyków latarni morskiej, by kawałek dalej ujrzeć pomnik alki olbrzymiej, pięknego ptaka, którego wybiliśmy, Natomiast nieopodal brzegu można ujrzeć wielką skałę wystającą z ziemi, gdzie jest największa kolonia głuptaków na świecie!


Na zakończenie pobytu postanowiliśmy na chwilę skoczyć do Ameryki, a dosłownie przejść z europejskiej płyty tektonicznej na amerykańską.  Są na to dwie opcje, albo mostem międzykontynentalnym, albo dziurą w ziemi po czarnym piachu ;)


Dojechaliśmy do cywilizacji, zrobiliśmy zakupy w bonusie i wróciliśmy do Polski. Od razu po wyjściu z samolotu było czuć, że to polskie powietrze. Śmierdziało okrutnie, przyzwyczailiśmy nosy do czyściutkiego... Islandia jest piękna i na bank kiedyś jeszcze tam wrócimy na dalsze zwiedzanie :D