poniedziałek, 21 maja 2018

Lesovisko, czyli 5 urodziny Lesovika

W miniony weekend mieliśmy okazję i przyjemność wziąć udział w świętowaniu piątych urodzin firmy lesovik. Było kolorowo, było pysznie, było pięknie, było aż tak super, że ciężko to słowami opisać, więc  niech zdjęcia to opiszą ;)




sobota, 12 maja 2018

Manfrotto Off-road Hiker 30 - plecak idealny.

Plecak to podstawowy element każdego wędrowca, tak samo fotografa. Często jest problem ze znalezieniem odpowiedniego, który zabezpieczy sprzęt foto i pomieści ekwipunek na cały dzień albo i nawet na weekendowy wypad. Takim plecakiem jest Manfrotto Off-road Hiker 30.


Zaprojektowany tak, by sprostać wymaganiom fotografa, który dużo się przemieszcza podczas fotowypraw i potrzebuje dodatkowej przestrzeni, przy jednoczesnym możliwie szybkim wyjmowaniu aparatu.


O bezpieczeństwo sprzętu foto dba specjalny wyjmowany futerał, który bezproblemowo pomieści lustrzankę (nawet pełną klatkę) z podpiętym obiektywem 70-200, do tego 2 mniejsze obiektywy, jakiś mały mikrofon i kilka innych bajerów. Co ważne, dzięki specjalnym przegródkom, wpinanym na rzepy można zorganizować przestrzeń wewnątrz futerału. Jedyna wada, otwiera się od góry, by wyjąć obiektyw lub coś innego z dna, trzeba wyjąć wszystko co jest wyżej. Wkład można wyjąć i używać z innym plecakiem (mieści się w Deutera Speedlite 20). Mniejszym, gdy nie potrzebne nic poza szpejem foto lub większym, gdy niezbędna jest jeszcze większa ilość sprzętu outdoorowego. Gdy z Manfrotto Off-road Hiker wyjmiemy wkład, uzyskamy całkiem spory plecak trekkingowy - dobra opcja na wypady, gdzie nie zabiera się szpeju fotograficznego - chociaż takie wyjazdy chyba nie istnieją :P


O bezpieczeństwo aparatu i obiektywów nie musimy się martwić. Używam od 2 lat i nieraz było naprawdę groźnie, a sprzęt wyszedł cało - plecak rzucany, nie jedną glebę zaliczył i nie dość, że sprzęt nie ucierpiał, to nawet na plecaku śladów nie ma.
Wadą jest brak organizera, przegródek na drobnicę fotograficzną: karty pamięci, baterie, filtry itd. Ja zaadaptowałem takie etui z plecaka Katy i za pomocą rzepa montuję na klapie wkładu.

Poza wkładem na sprzęt foto jest jeszcze kieszonka na pasie biodrowym, która idealnie nadaje się do przenoszenia małego kompaktu, kamery czy innego sprzętu elektronicznego - ma nawet wyjście na słuchawki. Tu też ochrona aparatu jest na przyzwoitym poziomie, chociaż podczas wywrotki i uderzenia z pełnym impetem aparatu czy kamery nie uratuje.




Pozostała komora bezproblemowo zmieści mały śpiwór, hamak, tarp, małą kuchenkę, kurtkę puchową. Na upartego na jedną nockę można się spakować. Komora, jak to zazwyczaj w plecakach trekkingowych jest zaciągana linką i zapinana kapturem, w którym znajduje się pokrowiec przeciwdeszczowy.
Poza komorą główną jest jeszcze płaska kieszeń, idealna na żarcie liofilizowane, mapę, książkę itd.
Plecak z jednego boku daje dostęp do komory z futerałem fotograficznym, a z drugiego ma znowu płaską kieszeń, nadającą się np. na kuchenkę typu piecyk survivalowy, pomieści też sandały Monksandals. Z tej samej strony jest też siatkowa kieszeń, która świetnie sprawdza się jako element montażu dużego statywu lub jako miejsce na kubek i butelkę.
Jeśli dysponujemy ultralekkim statywem możemy przytroczyć go na przodzie plecaka za pomocą specjalnych pętelek (coś jak do kijków trekkingowych, można też wykorzystać je właśnie na nie). Dodatkowo na spodzie są troki, wystarczające na doczepienie małego namiotu.

System nośny jest naprawdę zaawansowany. Najczęściej plecaki fotograficzne mają na plecach po prostu piankę, a tu pełna ergonomia i komfort nawet w wysokich temperaturach. Siatkowe plecy z dystansem ratują przed stopieniem, same szelki też są "przewiewne", co naprawdę pomaga w upalne dni.


Jak przystało na plecak turystyczny Hiker wyposażony jest w porządny pas biodrowy, dzięki czemu długi marsz z obciążeniem nie sprawia kłopotów. Chodziłem z 20 kilogramami w nim i było naprawdę całkiem przyjemnie. Na pasie jest już wspomniana kieszeń na sprzęt elektroniczny z jednej strony, a z drugiej siatkowa kieszonka na inne drobiazgi.

Plecak jest bardzo wygodny nie tylko podczas marszu, ale i jazdy na rowerze. Niestety wady też ma - brak regulacji rozmiaru, więc albo pasuje albo nie. Niskie osoby mogą mieć problem z wpasowaniem się. Kolejną wadą jest za mała regulacja pasa biodrowego, jesteś chudy - latem zapomnij o mocnym zaciągnięciu :P W chłodniejsze pory roku, dzięki ciuchom nie ma tego problemu, ale latem jest lipa, a wystarczyłoby minimalnie zmniejszyć skrzydełka pasa i wydłużyć taśmy.
Mimo tych wad, uważam Manfrotto Off-road za jeden z najwygodniejszych plecaków z jakimi miałem do czynienia.

Już wspominałem, że plecak wyposażony jest w pokrowiec przeciwdeszczowy - jaskrawy worek z troczkiem do podczepienia, by wiatr go nie porwał. Faktycznie zapewnia ochronę przed deszczem i jest na tyle obszerny, że pomieści przytroczony statyw czy inny ekwipunek.

Dodatkowe atuty plecaka:

Cena 400-500 zł
Jak na plecak fotograficzny i trekkingowy w jednym renomowanej firmy z wieloma fajnymi rozwiązaniami to naprawdę tanio.

Rozmiar akceptowany jako bagaż podręczny
W większości linii lotniczych można go wziąć na pokład (55/24/30). Z racji ciągłych zmian warto to zawsze sprawdzić.

Impregnacja
Materiał z jakiego wykonano plecak jest zaimpregnowany, dzięki czemu nie chłonie wody od razu.

Nie rzuca się w oczy jak typowy plecak fotograficzny
Bardzo istotne podczas wyjazdów do miast itd.

Waga
1,9 kg, nie jest lekki, ale biorąc pod uwagę, że ma potężne wypełnienie, chroniące lustrzankę, i zaawansowany system nośny, plus mocne materiały, to waga jest na naprawdę fajnym poziomie.

Świetne materiały i wykonanie
Brak niedoróbek, niejedna firma turystyczna mogłaby się uczyć od Manfrotto jak zrobić plecak trekkingowy.

Dodatkowy pas piersiowy
Do zabezpieczenia aparatu podczas marszu.

Do wyboru do koloru
Hiker jest dostępny w kolorze zielonym, niebieskim, czerwonym i kremowym.


Podsumowując, Manfrotto Off-road Hiker 30 to jedna z najlepszych opcji dla fotografów outdoorowych.




poniedziałek, 7 maja 2018

Bikepackingowo po Kaszubach.

Majówka w tym roku dość długa. Pomysłów sporo, a trzeba wybrać jeden. Wypadło na Kaszuby. Spakowani w stylu bikepackingowym, czyli minimalistycznie, ruszamy pociągiem do Chojnic, gdzie zaczynamy kolejną przygodę.
Jadąc pociągiem obserwujemy spustoszenie jakiego dokonały zeszłoroczne burze i wichury, armagedon, katastrofa, zero lasu. Trochę przerażeni co nas spotka dalej, wsiadamy na rowery i ruszamy w stronę Małych Swornegaci. Kaszubska Marszruta pozwala sprawnie dojechać do mojego ukochanego miejsca. Lasy, jeziora, łąki, bagna itd., wszystko czego do szczęścia potrzeba ;) Pierwszego dnia lajtowo, niecałe 30 km, namiot rozbijamy na praktycznie pustym polu za mostem. Odpoczywamy i chłoniemy energię, płynącą z cudnego miejsca, jakim są Bory Tucholskie.
Rano nieśpiesznie zwijamy obozowisko, jedziemy do Swornegaci przez Chociński Młyn.


Mijamy Drzewicz i kierujemy się na Brusy. Na wcześniejszym odcinku nie było widać większego spustoszenia po wichurze, tu już momentami i harvestery pracowały, i las na horyzoncie był ździebko łysy.


Trasę zaplanowaliśmy tak, by jechać głównie lasami i szutrami, by było jak najbardziej dziko. Bikepacking to idealna forma do przemieszczania się praktycznie w każdym terenie. No może poza kilkoma momentami, kiedy trzeba było przepychać rowery przez głęboki piasek, przenosić przez bagnisko czy zwalone drzewa, ale to już uroki wildtracków ;)


Docieramy do miejsca, gdzie według mapy jest pole namiotowe. I może kiedyś tam było. Fakt, ładna łąka przy jeziorze. Infrastruktury biwakowej nie ma, ale to najmniejszy problem. Cała łąka pokryta jest połamanymi i powyrywanymi drzewami. Kawałek obok znaleźliśmy płaski skrawek ziemi. Namiot postawiony, mały serwis roweru i przystępujemy do gotowania. Nasza wielopaliwówka nigdy nie zawiodła, zawsze paliła, czy zima, czy lato, czy deszcz, czy upał, zawsze świetnie się sprawdzała. Ale tym razem odmówiła posłuszeństwa. Rozkręcam, przedmuchuje, przetykam itd., ale nic, zdechł na amen - jak na razie dalej nie wiemy co się z nią stało, ale dochodzenie trwa ;) Jesteśmy zmuszeni do poszczenia, a na dodatek przeżywamy najazd kleszczy. Więc włazimy głodni i zmęczeni do namiotu i idziemy spać. W nocy obudziło nas jeszcze dziwne czerwone światło, latające nad jeziorem i lasem. Może jakieś ufo albo inny spisek ;)


Wstajemy razem ze wschodem słońca, na sypialni widzimy kleszcze, kleszcze, kleszcze łażą po namiocie. Sajgon jakiś, nigdy aż takiego najazdu tych gnojków nie mieliśmy. Strzepujemy wszystkie, szybko się pakujemy, sprawdzamy czy nie ma pasażera na gapę i ruszamy w trasę.


Pedałujemy szutrami, a to pod górkę, a to z górki, jeśli nie byliście na Kaszubach to nie wiecie co to znaczy jazda po pagórkach ;) Docieramy do bardzo stromego zjazdu po korzeniach, gdzie postanawiamy jednak sprowadzić rowery. Na dole czeka nas piękne bobrowe rozlewisko, system kilku tam, podtopiony las, przez to wszystko prowadzi nasz szlak. Kładki jest tylko kawałek po drugiej stronie, a na naszym brzegu tylko mokre i zbutwiałe belki. Nie pozostaje nam nic innego jak przenieść sprzęt foto, a później wrócić po rowery. Obyło się bez kąpieli i większego zamoczenia ;) Znowu bikepacking dał dowód swojej przewagi nad tradycyjnymi sakwami.


Docieramy do kamiennych kręgów w Węsiorach, gdzie "ładujemy baterie". Następnie kierujemy się do Stężycy i jemy pierwszy ciepły posiłek od doby. Pizzopodobny placek, szału nie robił, ale było to całkiem zjadliwe. Postanawiamy poszukać noclegu. Żadna miejscowa agroturystyka nie ma miejsca pod namiot, marina też nie za bardzo jest nastawiona na biwak, więc jedziemy dalej. Trafiamy na usytuowaną w super otoczeniu piękną, zabytkową leśniczówkę Uniradze.


Leśniczego nie zastajemy, ale po rozmowie telefonicznej pozwala rozbić się pod domem. Rano jesteśmy zaproszeni na herbatkę i pogaduszki leśnych ludzi. Czas nieubłaganie leci, więc musimy się pożegnać i ruszać dalej.


Kuchenka nieczynna, więc żywimy się na zimno - swoją drogą okazuje się to dobry sposób na jedzenie w trasie.
Po dłuuugim ciągnięciu ostro pod górę mamy przed sobą Szymbark. Skansen, w którym znajduje się między innymi dom do góry nogami, najdłuższa deska na świecie, Dom Sybiraka itd. Niektóre atrakcje nawet całkiem ciekawe, ale niestety komercha i cepelia psuje nastrój.


W skansenie pożywiamy się gofrem i ruszamy na Wieżycę, wdrapać się na najwyższe wzniesienie Wzgórz Szymbarskich (328,7 m.n.p.m), z którego rozpościera się piękny widok na Kaszuby.


Późna pora kieruje nas na pole biwakowe, przynajmniej tak wynika z mapy, którą dostaliśmy od leśniczego z Uniradze. Docieramy do planowanego miejsca noclegu, a tu się okazuje, że to tylko teren rekreacyjny leśnictwa. Od leśniczego słyszymy: nie wolno, ale ja was nie wygonię. Więc rozbijamy obóz i idziemy spać z perspektywą wstania o 5, by dojechać o przyzwoitej godzinie do Trójmiasta. Całą noc pada, a właściwie leje, momentami wali grad. O 4 rano nie jest lepiej i nic nie zapowiada poprawy, więc olewamy wczesną pobudkę i śpimy do 7. W przerwach od deszczu zwijamy obozowisko i jedziemy do Somonina, skąd pociągiem docieramy do Gdyni. Tam szybki atak na Błyskawice i Dar Pomorza. Tak skończyła się nasza bikepackingowa majówka na Kaszubach.




Przedstawiamy Wam rowerowego partnera, który wyposażył nas w torby bikepackingowe, dzięki którym mogliśmy połączyć przyjemność buszowania z przemieszczaniem się na dwóch kołach ;)